Tokio Maraton to przez wielu wyczekiwane wydarzenie. Bieg zaliczany jest do cyklu World Marathon Majors, który skupia największe maratony na świecie rozgrywane jeszcze w Berlinie, Bostonie, Chicago, Londynie, Nowym Jorku. Tokio do grona dołączył najpóźniej, dopiero w 2013 roku. Sam maraton też nie ma długiej historii. Rozgrywany jest od 2007 r., ale szybko zyskał na popularności. Chęć do startu w tegorocznej edycji, 2020 r. wyraziło 293 275 biegaczy, podczas gdy miejsc ogólnodostępnych było tylko 26 370. Po raz pierwszy swoją własną pulę otrzymali również mieszkańcy Tokio. Zgłosiło się ich aż 32 000, ale i tu miejsc było tylko 1000. Łącznie 38 000 biegaczy (37 500 na dystansie maratonu i 500 na dystansie 10 km), szczęśliwców miało stanąć na starcie 1 marca. Już wiadomo, że tak się nie stanie. Organizatorzy ze względów bezpieczeństwa ograniczyli grono uczestników tylko do elity. Panujący koronawirus COVID-19 i potwierdzony przypadek w Tokio, diametralnie zmienił plany wielu biegaczom.

Jednym z uczestników tegorocznej edycji biegu miał być Artur Kobuszewski znany jako Biegowy Wariat. Miał już swój przydzielony numer startowy: 82404, który miał przynieść szczęście i pomóc w realizacji biegowego marzenia. Zabieganego Artura udało się złapać na chwilę i wypytać o jego nastawienie do tej całej sytuacji.

Jak przyjąłeś informację o odwołaniu biegu?

Biegowy Wariat: W poniedziałkowy poranek koleżanka mi napisała, że maraton w Tokio został odwołany, że pobiegnie tylko elita. Zaśmiałem się, że jako elita to mogę pobiec. Z każdą chwilą napływały kolejne, podobne wiadomości. Pomyślałem jednak, że to jakiś głupi żart. Pojechałem do pracy, od znajomych którzy też mieli biec, zacząłem dostawać sygnały, że to jednak jest prawda. Nie jest to beznadziejny żart. Odcięło mi prąd. Przeżyłem lekki szok. 3 lata starania się o start w maratonie w Tokio, a na 12 dni przed wylotem dowiaduje się, że biegu nie będzie.

Otrzymałeś od razu oficjalny komunikat od organizatora?

Biegowy Wariat: Zaczęło się od wspomnianych wieści od znajomych i komunikatów, na początek głównie z japońskiej prasy, których z każdą godziną było coraz więcej. Wszyscy pisali, że zostaje tylko grupa ok. 200 osób z elity, ale tak naprawdę oficjalnej informacji nigdzie nie było. Cały czas gdzieś z tyłu głowy wydawało mi się, że to jest nieprawda. Beznadziejny żart, babol prasowy. Ktoś, gdzieś zrobił niepotrzebne zamieszanie. Komunikat organizatora pojawił się dopiero w poniedziałek koło godz. 16-17:00 czasu polskiego. Z kolei dopiero w środę przyszedł mail, że będziemy mieli możliwość wystartowania w przyszłym roku, bez losowań, ale musimy jeszcze raz opłacić start…

Po tej sytuacji, będziesz dalej walczyć o World Marathon Majors?

Biegowy Wariat: Znasz mnie. Jak mówię A, to mówię i B, C… i idę dalej. Nie ma mowy bym się teraz poddał. Jestem uparty. Jak coś sobie postanowię, to dopinam to do końca. W tym przypadku to, że nie wystartuję nie jest zależne ode mnie. Cały czas pocieszam się, że mam zaplanowany start w Bostonie. Różnica między Tokio a Bostonem, 1,5 miesiąca, była w planach. Po prostu obecnie muszę przeciągnąć formę do 20.04 do maratonu w Bostonie, a w przyszłym roku wystartować w Tokio. Kiedyś, jak zaczynałem przygodę z „majorsem”, moja żona powiedziała, że chciałaby pojechać do Tokio. Powiedziałem jej, że do Tokio polecimy razem, i to stamtąd wrócę z medalem tzw. Six Star Finishers. Jak się jednak okazało, że wywalczyłem Boston i mam możliwość startu w Tokio, to Boston zamykałby moją walkę o „majors’a”.

[Artur ma już za sobą starty w maratonach w Chicago, Berlinie, Nowym Jorku i Londynie]

Trochę sobie przepowiedziałeś kolejność.

Biegowy Wariat: [śmiech] Sam to powiedziałem, sam to wywołałem. Jak to się mówi, wiele razy, jak nie zawsze, jesteśmy kowalami własnego losu. Czasami rzucamy coś w eter, a to wraca do nas jak bumerang. Wtedy dochodzimy do wniosku, faktycznie, sami tego chcieliśmy.

Czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło? Spełnisz obietnicę.

Biegowy Wariat: Tak. Życie jest przewrotne, jest nieobliczalne. Kiedyś powiedziałem, że World Marathon Majors zamknę w Tokio. Wyjdzie na to, że tak właśnie będzie. Radzę sobie jednak z tą zmianę. Łapię dobrą energię na Tokio, bo mimo wszystko tam lecę. Chcę zobaczyć Tokio od kuchni, okiem kibica. Chcę też pokazać innym, że mimo iż marzenie nie spełnia się tak jakbyśmy tego chcieli, nie realizuje się tak jak to zapowiadało się jeszcze kilka dni temu, to dalej można się dobrze bawić.

Przygotowania do Tokio kosztowały Ciebie sporo pracy?

Biegowy Wariat: Tak. To było pół roku przygotowań. Trzeba się zastanowić teraz co z tym zrobić. Dobrze, że mam start w Bostonie. Dzięki temu wiem, że ta praca nie idzie na marne. Inaczej musiałabym szukać alternatywy, by wykorzystać to co sobie wypracowałem. Mam świadomość, że wrócę, wciąż mogę zrealizować swój cel [ukończyć wszystkie maratony World Marathon Majors], ale teraz po prostu trochę później, niż to miało być w planach. Grupa Warszawskie SBRT i Przyjaciele, współpracownicy ze Sklepu Biegacza, ludzie którzy mnie obserwują, pytali się często, co będę robił jak skończę walkę o „majorsa”. Zawsze mówiłem, że mam plany, choć inne niż maratońskie. Okazuje się jednak, że nie muszę zbyt wiele planować. Z World Marathon Majors będę się dłużej bawił, jeszcze kolejny rok. Już tyle lat  walczę o realizację celu, bo nie ukrywajmy, nie da się go zrobić, przynajmniej dla większości, w rok czy dwa, tak jak się robi m.in. koronę półmaratonów czy maratonów. To jest kilkuletnie przedsięwzięcie. Które jak wspominałem i dla mnie się wydłuży. Jak we wszystkim, chodzi o to, że mimo, że nam coś nie wyszło, nie siadamy, jak małe dziecko z pękniętym balonikiem, bo nasze marzenie jak ten balonik pękło. Wstajemy, pompujemy następny balonik i idziemy dalej.

Twoje przygotowania do Tokio były chyba najbardziej kompleksowym podejściem, porównując z innymi maratonami?

Biegowy Wariat: Tak, wszystko było dopięte na ostatni guzik. Dietetyk, fizjoterapeuta, solidny trening, ok. 400 km biegania w miesiącu. Dlatego też jak się dowiedziałem, to w poniedziałek w pierwszym momencie powiedziałem – nie, to się nie dzieje. Nawet we wtorek rano jak wstałem, myślałem, że to może jednak koszmar. Żyjcie jednak trzeba brać takim jakim jest, to co nam daje, godzić się z tym. Widać tak miało być.

To kompleksowe podejście zmieniło coś w przygotowaniach maratońskich w porównaniu z poprzednimi startami?

Biegowy Wariat: Widzę diametralne różnice. Żywienie w pewnym monecie kulało u mnie przed poprzednimi maratonami. Mimo, że jestem na obniżonej kaloryczności, to dalej mam energię. Widzę poprawę w funkcjonowaniu całego organizmu. Na solidne przygotowanie składają się te wszystkie małe puzzelki, które musimy poskładać razem, wtedy mamy efekt. Jeżeli mamy cel, to takie kompleksowe podejście jest istotne. Przygotowania do Tokio to był ogrom pracy, który nie tylko ja włożyłem, ale też ludzie wokół mnie, bym był gotowy.

Pod kątem diety, zmieniłeś coś diametralnie?

Biegowy Wariat: Nauczyłem się ponownie systematyczności jedzenia. Okazało się też, że na diecie można się dobrze bawić w kuchni. Zacząłem też pilnować ilości snu i po cięższym treningu też się staram lepiej regenerować.

Odwołany maraton nie demotywuje Cię w kwestii wyjścia i wykonania treningu?

Biegowy Wariat: Nie, choć pierwszego dnia miałem kryzys. Odezwało się we mnie dziecko, które tupnęło nogą i powiedziało – nie, nie zrobię treningu, który miałem zaplanowany. I faktycznie go nie zrobiłem. Ale wstałem we wtorek i powiedziałem – nie, tyle pracy, tyle miesięcy… Jestem tu gdzie jestem, a mam plan być dalej. Muszę iść do przodu. Maraton nie odbędzie się teraz, ale odbędzie się za rok. Nie wystartuję w nim teraz, ale wystartuję za rok. Mam Boston na którym muszę się skupić. I lecę dalej. Wtorkowy trening poszedł już nawet lepiej niż to było zakładane.

Patrząc na Twoje nastawienie, chyba łatwo pogodziłeś się ze zmianą?

Biegowy Wariat: To nie tylko chodzi o bieganie, o sport, o zawody. Tu chodzi o to, że jak coś nam nie wychodzi, że nie poszło teraz, to już jest koniec. Próbowałem losowania przez parę lat. Chyba gorzej przeżyłem ubiegłoroczny fakt, gdzie na kwalifikację do Bostonu zabrakło mi 7 sekund. Co to jest w perspektywie maratonu, 42 km? Nic. Też mi wtedy nie wyszło. Miałem chyba większe wewnętrzne rozgoryczenie niż jak teraz odwołali Tokio. Te 7 s zmusiło mnie do większej pracy, by podczas London Marathon zrobić jeszcze lepszy czas. Udało się. Londyn dał mi klasyfikację na Boston, i to z zapasem nie 1 czy 2, a 40 sekund. Motywuje sam siebie, ludzie wokół mnie też dają mi motywację.

W Tokio planowałeś walczyć o konkretny wynik?

Biegowy Wariat: Tak, nieśmiało powiem, że miało to być między 2:50-55, tak szykował mnie trener Adam Draczyński.

Przekładasz to teraz na Boston Maraton?

Biegowy Wariat: Tak, ale jak dobrze wiemy, mimo, że zaliczany jest do World Marathon Majors, to trasa nie spełnia wymagań. Nie będzie oficjalnego rekordu. Aczkolwiek złamanie bariery na wymagającej trasie, będzie satysfakcjonujące.

O oficjalną życiówkę będziesz zatem walczył za rok w Tokio?

Biegowy Wariat: Skupię się na przygotowaniach do Tokio. Na jesień pomogę w walce o wynik podopiecznemu. O oficjalny swój wynik powalczę w Tokio za rok.

Trzymamy kciuki!

Więcej o tym jak Artur zaczął swoją przygodę z bieganiem możecie poczytać na stronie: Od kanapowca do Biegowego Wariata. 

Od kanapowca do Biegowego Wariata – Artur Kobuszewski