Bartosz Skowroński, na co dzień trener personalny, prowadzący również zajęcia ogólnorozwojowe dla biegaczy. Prezentuje ćwiczenia zawsze z wielką precyzją, patrząc na niego, nikt nie powiedziałby, że ledwie kilka miesięcy temu groziło mu kalectwo. Jeden trening, zły ruch i diagnoza lekarska brzmiąca jak wyrok.

Zapraszamy do rozmowy z Bartkiem.

Dziś patrząc na Ciebie, raczej nikt nie powiedziałby, że masz za sobą poważny wypadek, któremu uległeś podczas jednego z treningów. Opowiesz co się wtedy wydarzyło?

Bartek: To był zwyczajny trening, na którym ćwiczyłem różne rodzaje salt. Podczas jednej z prób zrobiłem zbyt mocne wybicie przez co nie udało mi się prawidłowo dokręcić nóg i runąłem na materac głową w dół. Ten nie zamortyzował silnego uderzenia. Skończyło się totalnym brakiem czucia w całym ciele.

Co było dalej?

Bartek: Kolega, który był ze mną, wezwał pogotowie. Co ciekawe, pracownicy parku trampolin, w którym to się zdarzyło, nie wiedzieli gdzie pracują, na wezwaniu nie byli w stanie podać nawet nazwy ulicy. Dzisiaj wydaje się to być zabawne, wtedy nie było. Na szczęście kolega interweniował. Karetka przyjechała w przeciągu około 15 min i tutaj pojawia się kolejna, z perspektywy czasu, zabawna sytuacja, bo ratownicy kazali sobie pomóc… Poprosili żebym sam przesunął się na nosze, ale ja nie miałem przecież czucia, nie byłem w stanie się ruszyć. Ostatecznie przewieziono mnie do najbliższego szpitala.

Jakie były pierwsze diagnozy?

Bartek: Dalej było tylko gorzej. Zrobiono mi prześwietlenia oraz rezonans magnetyczny. Uraz okazał się być na tyle poważny i skomplikowany, że zdecydowano się na przewiezienie mnie do Szpitala Wojewódzkiego. Tam neurochirurg nie miał dla mnie dobrych informacji. Zdiagnozowano, najprościej mówiąc, złamanie karku. Lekarz wspomniał, że operacja, którą muszę przejść jest ryzykowna i ciężka. Mogło zakończyć się tak, że byłbym całkowicie sparaliżowany i musiałbym być żywiony rurką. Dodatkowo fakt, że miałem mocno rozbudowane mięśnie, nie ułatwiał operatorom sprawy. Szanse na powodzenie zabiegu szacowano na 50 na 50, ale nie na to czy będę chodził czy nie, tylko, jak to powiedzieli lekarze – postaramy się zrobić wszystko żeby pana nie bolało i żeby mógł pan chociaż siadać na wózek inwalidzki. To miała być ta lepsza opcja, a w razie niepowodzenia, mogło być znacznie gorzej.

Fot. archiwum Bartosz Skowroński

Ale okazało się, że jednak wróciłeś do pełnej sprawności?

Bartek: Tak. Operacja trwała 8 godzin. Okazało się, że lekarzom nie udało się dostać do rdzenia kręgowego z przodu, więc musieli wykonać również cięcie z tyłu. Usunęli mi staw międzykręgowy i ustabilizowali szyję, za pomocą metalowej płytki i wkrętów. Po operacji, wbrew wcześniejszym zapowiedziom neurochirurga, czucie w rękach i nogach jednak wróciło. Dość szybko odzyskałem władzę w rękach, ale początkowo byłem w stanie utrzymać jedynie plastikowy widelec przez 2 sekundy.  

Czy uratowało Cię to, że wcześniej byłeś bardzo sprawny?

Bartek: Tak, nawet sam neurochirurg na wizycie, którą miałem 2-tyg. później powiedział, że gdyby nie fakt, że osobiście mnie operował przez te 8 godzin, to nigdy nie uwierzyłby, że miałem taki wypadek i tak poważny uraz. Przyznał, że pierwszy raz spotkał się z tak wytrenowaną osobą na każdej płaszczyźnie. Z jednej strony, jak wspomniał lekarz, operacja była utrudniona przez silnie rozbudowane mięśnie, ale z drugiej pozwoliło mi to na szybki powrót do pełnej sprawności.

Jak przebiegał Twój powrót do zdrowia?

Bartek: Operację przeszedłem ze środy na czwartek. W sobotę wyszedłem ze szpitala już na własnych nogach. Dwa tygodnie później miałem zaplanowaną kontrolę, na której lekarz miał zaplanować moje dalsze leczenie. Po testach neurochirurgicznych i prześwietleniach okazało się, że nie kwalifikuję się na żadną rehabilitację, bo moje ciało samo poradziło sobie z urazem. Nie mam stawu, ale mięśnie przejęły jego funkcje i same stabilizują to co trzeba.

Zacząłem wtedy szukać fizjoterapeuty, który pomógłby mi racjonalnym w powrocie do treningów. Nie chciałem ryzykować, bałem się, że sam wystartuję z ćwiczeniami za szybko i za mocno. Początkowo zgłosiłem się do sportowej kliniki. Jednak,  pomimo dobrej renomy, nie wiedziano tam specjalnie co ze mną zrobić. Szukałem więc dalej i trafiłem na Olę Przytulską i Fizjolab. Ona poradziła mi, abym jak najszybciej wrócił do swojego normalnego treningu, ale z mocno zmniejszonym ciężarem, skupiając się głównie na aktywacji mięśni. Taki był też mój pierwotny plan na powrót do aktywności fizycznej, ale potrzebowałem ostatecznego potwierdzenia od specjalisty, sam bałem się podjąć taką decyzję.

Cały czas byłem pod stałą kontrolą neurochirurga, który przy każdej wizycie nie krył zdumienia moim polepszającym się stanem sprawności. Płyty, z wynikami moich badań, nigdy nie były mi oddawane, bo jak powiedział lekarz – jestem tak ciekawym przypadkiem, że tego typu historie omawiane są w szerszym gronie na konsyliach. Tak naprawdę miała mnie czekać jeszcze jedna operacja, która miała na celu usztywnić odcinek szyjny kręgosłupa. Jednak każda kolejna kontrola pokazywała, że moje ciało doskonale dało sobie radę bez dodatkowego zabiegu. Druga operacja mogłaby tylko ograniczyć moją rotację w odcinku szyjnym.

Zasięgnąłem, w tej kwestii, opinii innego neurochirurga. On, gdy tylko zobaczył moją bliznę z przodu i z tyłu, zapytał jedynie czy to ja jestem tym trenerem personalnym, który miał niedawno wypadek i według wszystkich przypuszczeń, nie powinien już nigdy chodzić, a co dopiero znowu trenować. Utwierdził mnie w przekonaniu, że kolejna operacja jest zbędna i z medycznego punktu widzenia jestem całkowicie sprawnym człowiekiem.

Gdy wychodziłeś ze szpitala, miałeś raczej chwilę zwątpienia czy jednak dużą motywację, by odzyskać sprawność?

Bartek: Będąc w szpitalu, po tym jak lekarz poinformował mnie o moim stanie i po tym jak zdecydowałem się na operację, czekałem tylko na narkozę. Czekałem aż mnie odetną, bym nie musiał dłużej o tym myśleć. Tak naprawdę, cała ta sytuacja, to, co mogło się wydarzyć, zaczęło trafiać do mnie dopiero gdy z tego wychodziłem. Dopiero wówczas, dotarła do mnie świadomość, jak wiele mogłem stracić. Uświadomiłem sobie też, że mimo wszystko miałem wiele szczęścia, dostałem drugą szansę i starałem się myśleć pozytywnie. Ciężko to wytłumaczyć, jednak przez cały ten czas rekonwalescencji, wizualizowałem sobie zdrowie i to mi pomogło. Choć miałem też chwile słabości, np. przez pierwsze 3 tygodnie, co jakiś czas, mimowolnie, odtwarzał mi się w głowie wypadek. Gdy wtedy upadałem, nie straciłem przytomności, widziałem i pamiętałem więc wszystko – siebie uderzającego w materac i to, że nie mogę wstać. Te obrazy często do mnie wracały.

Ten wypadek zmienił coś w Twoim podejściu do życia?

Bartek: Zawsze starałem się być jak najlepszą wersją siebie, stawiałem sobie bardzo wysoko poprzeczkę. Dziś, widzę, że nie doceniałem tego, co już miałem i osiągnąłem. Niepotrzebnie goniłem za perfekcją. To było dążenie do bycia najlepszym, we wszystkim, chyba się w tym trochę pogubiłem. Dziś podchodzę do życia inaczej, cieszę się, że myję zęby, że mogę chodzić, mogę przebywać z rodziną, że wróciłem do treningów i pracy, którą uwielbiam. Już nie muszę wykonywać jakichś dziwnych ćwiczeń, takich jak np. martwy ciąg z saltem, gwiazdy bez rąk… Choć paradoksalnie, dążenie do tego, by moje ciało mogło zrobić wszystko, uratowało mi życie. Teraz jednak wiem, że mogę to osiągnąć również na inne sposoby.

Prowadzisz treningi ogólnorozwojowe dla biegaczy w FizjoLab. Jakie Twoim zdaniem są największe problemy wśród biegaczy?

Bartek: Wiadomo – mięsień pośladkowy. To trochę niesamowite, że osoby, które biegają, mają osłabiony mięsień posturalny, który tak naprawę wprowadza nogę do ruchu. Zazwyczaj osłabiona jest również górna część ciała. Wśród biegaczy zazwyczaj siła niestety nie jest trenowana, co moim zdaniem jest największym problemem.

Wśród biegaczy zazwyczaj najpopularniejszymi ćwiczeniami jest plank, czyli tzw. deska i przysiad. Twoim zdaniem to są dobre ćwiczenia, czy jednak niekoniecznie?

Bartek: Deska tak, o ile jest wykonywana poprawnie. Przysiad – to zależy. Tak naprawdę przysiad jest trudnym ćwiczeniem, wielostawowym. Do tego trzeba podejść bardzo indywidualnie. Jeżeli to są tylko te dwa ćwiczenia w planie, jest to bardzo mało. Najlepiej gdyby biegacz zaczął od wizyty u fizjoterapeuty, zobaczył, gdzie u niego leży problem. Warto też popracować nad górą ciała. Tu dobre są ćwiczenia – tzw. militarypress, overhead squat. Często są nielubiane, ale powinniśmy robić właśnie te ćwiczenia, z którymi mamy problem, które nam nie wychodzą, bo tego nasze ciało potrzebuje, a nie tego co lubimy i co przychodzi nam z łatwością.

Czyli, nie dźwiganie nie wiadomo jakich ciężarów, a podstawy?

Bartek: Dokładnie. Dźwiganie ciężarów jest często analizowane w odniesieniu do zawodowców, mówi się, że dźwiganie jest niezdrowe, bo ktoś z czołowych zawodników miewa kontuzje. Nie ukrywajmy jednak, tam gdzie jest rywalizacja na najwyższym poziomie, tam nie ma mowy o zdrowiu i racjonalnym treningu, takie osoby muszą przekraczać swoje granice. Jeżeli biegamy rekreacyjnie czy przygotowujemy się do zawodów, które nie są na szczeblu mistrzowskim, to nie musimy zwiększać ciężaru, mamy się skupiać na tym, by się czuć dobrze. Wszystko musi mieć umiar.

Przed treningiem siłowym powinniśmy się rozgrzewać czy możemy od razu zacząć ćwiczyć?

Bartek: Niezależnie od rodzaju treningu, rozgrzewka musi być wykonana zawsze. Jeżeli robimy przysiady, ale mamy problem ze stawem skokowym, to przed ćwiczeniem, trzeba ten staw także zmobilizować. Należy przygotować ciało do wysiłku i aktywować odpowiednie partie mięśni. Nie jest tak, że porobię pajacyki i czuję się od razu rozgrzany więc przechodzę do ćwiczeń, choćby przysiadów. Taka praktyka może prowadzić do urazów i kontuzji.

Zatem najważniejszy jest mądry trening, który, jak w Twoim przypadku, może też uratować nam sprawność?

Bartek: Tak, jeżeli trenujemy z głową, to taki trening pozwala później przy np. urazach czy złamaniach w szybszym powrocie do zdrowia. Jeśli jednak coś robimy źle przez całe życie i później trafia się uraz, to może być tylko gorzej.

Trening siłowy jest dla każdego?

Bartek: Tak, ale warto wiedzieć czy są jakieś przeciwwskazania od fizjoterapeuty. W Polsce się o tym jeszcze nie mówi, ale np. na sarkopenię, czyli zanikanie mięśni, u osób starszych, wskazane jest dźwiganie ciężarów, dostosowanych oczywiście do predyspozycji ćwiczącego. Tak samo jest z osteoporozą, żadne suplementy nie zastąpią dobrego treningu. Tyle tylko, że u nas wciąż się mówi, że trening siłowy niszczy kręgosłup. Taka opinia, tak naprawdę wzięła się z braku umiejętności i wiedzy osoby trenującej albo jej trenera, a także ze źle prowadzonych zajęć. Poprawnie wykonywany, regularny trening siłowy może nas jedynie wzmocnić.

Znasz jeszcze jakieś mity związane z treningiem siłowym?

Bartek: Wśród biegaczy, że trening siłowy zwalnia, że osoby trenujące tracą na dynamice. Jeżeli biegacz zacząłby tylko trenować siłę, ale nie biegać, to owszem zwolni, natomiast jeżeli raz w tygodniu dorzucimy trening siłowy, to on nas tylko wzmocni, a nie spowolni.

Dzięki za rozmowę!

Bartek swoimi radami dzieli się na swoim FanPage’u Trenuj z Bartem.

ultraboost 20