Kilka miesięcy temu zostałam zapytana dlaczego nie przebiegłam jeszcze maratonu, przecież biegam od czterech lat, a to ponoć marzenie każdego biegacza. I przyznam szczerze, że gdy zastanowiłam się nad tym dłużej uświadomiłam sobie, że organiczna mnie tylko czas, który należy poświęcić na przygotowania. A że jestem ambitną osobą i do tego pracującą matką to przypominałam sobie, że to JA jestem mistrzynią organizacji!

Podczas wakacji trafiłam na konkurs w którym do wygrania był pakiet na Silesię Maraton, który odbywa się w październiku na górnym Śląsku. To wyjątkowy bieg ponieważ jego trasa biegnie aż przez cztery miasta Chorzów, Katowice, Mysłowice oraz Siemianowice Śląskie. Jako że byłam już zapisania na połówkę tego dystansu postanowiłam, że spróbuję. Pamiętam jak śmiałam się i mówiłam: „dobra jak wygram to przebiegnę ten maraton..” Na wyniki długo nie czekałam, kiedy dostałam odpowiedź organizatora „Małgorzata mamy nadzieję, że dodamy Ci trochę motywacji do zwiększenia dystansu w tym roku„- zamarłam.

No, ale kto jak kto, ale ja słowa dotrzymuję!  Decyzja zapadła. Zostały mi dwa miesiące na przygotowanie, bałam się, ale wiedziałam że nie zaczynam od zera, moja forma w tym sezonie jest dość dobra.

Zarysowałam sobie plan treningowy, wiedziałam że muszę postawić na siłę biegową (trasa Silesii jest bardzo wymagająca, to jeden z najtrudniejszych maratonów w Polsce) i długie wybiegania, których do tej pory nie robiłam.

W trakcie przygotowań niestety wydarzyła się wielka tragedia w moim życiu osobistym, mój Ojciec przegrał nierówną walkę z rakiem. I choć pomagaliśmy mu w walce od roku i do końca wierzyliśmy że zdarzy się cud, nikt nie spodziewał się, że odejdzie tak szybko.

Świat się dla mnie zatrzymał, pierwsza myśl w tamtym momencie była taka, żeby zrezygnować lub przesunąć bieg na następny sezon. Szybko jednak odkryłam, że treningi stały się moją terapią. W domu mogłam zgrywać matkę, żonę twardzielkę, a wieczorami biegałam. Często zalana łzami, ale było mi to wtedy bardzo potrzebne i przynosiło ulgę.

Postanowiłam, że walczę dalej dla niego, dla mojego taty i ten bieg chcę dedykować właśnie jemu, w podziękowaniu że był taki dzielny, walczył do końca. To on nauczył mnie, że nie można się poddawać i wtedy już wiedziałam, że ta lekcja będzie bardzo przydatna podczas mojego wyzwania.

Przygotowania nie były łatwe, najgorsze były pobudki podczas weekendów o 5.30-6.00 po to żeby wrócić jak najszybciej z treningu, aby nie zakłócić rytmu dnia reszcie rodziny. Ale z perspektywy czasu to były wspaniałe momenty, gdy ledwo żywa wchodziłam do domu, a mąż sygnalizował mi że mam 20 min na kąpiel i doprowadzanie się do ładu, bo wyjeżdżamy nad wodę, basen, czy inną wycieczkę. Istne szaleństwo, ale bardzo miło je wspominam.

W ostatnich dniach przed biegiem towarzyszył mi ogromny stres, ale myślę że był on mi potrzebny aby skupić się na ostatnich przygotowaniach bardziej merytorycznych. Przyłożyłam się do diety, dostarczałam organizmowi wszystkiego czego potrzebował w dniu startu. Doświadczeni koledzy powtarzali „maratonu nie przebiegniesz na wariata” dlatego skupiłam się na suplementacji i kompletowaniu odpowiedniej wyprawki.

Pakiet odebrany, nie mam już odwrotu


Na linii startu ustawiłam się z moim znajomym Krzysiem, który z dobrego serca postanowił zostać moim Aniołem Stróżem. Bardzo jestem mu wdzięczna i już wiem, że kiedyś to ja spróbuję pomóc komuś innemu. Ruszamy z przepięknego Parku Śląskiego to „zielone płuca” aglomeracji śląska. Wielkość  ponad 600ha czyni go największym tego typu obiektem w Polsce i klasyfikuje wysoko w świecie.

Plan był taki, ze biegniemy dystans 4x10km, żeby głowa się nie zbuntowała, a resztę już jakoś dociągniemy.

Krzysiu powiedział, że to ja nadaję tempo, a on się dostosuje. Więc biegłam tak, aby cały czas czuć się komfortowo, zegarek kontrolowałam raz na jakiś czas.

Pierwszy trudny dla mnie odcinek to ok 7 km, w tym miejscu mieszkał i miał swoją miejscówkę na trasie biegu mój największy kibic. Na szczęście skończyło się  tylko na wylaniu kilku łez, posłałam całusy w stronę nieba i musiałam robić wszystko, aby szybko odzyskać równowagę.

Pierwsze 10 km, nawet nie zdążyłam się spocić było idealnie. Nasz drugi etap był trudniejszy ponieważ zaczął padać grad, później deszcz, do tego przyszedł zimny wiatr. 

Na 15 km mój wyczekiwany punk przebiegamy przez Nikiszowiec, który jest dzielnicą Katowic o niepowtarzalnym, urzekającym klimacie. To osiedle robotnicze z 1908 roku. Oprócz przepięknych starych kamienic czekała na nas również górnicza orkiestra, która grając powodowała ciarki chyba u każdego zawodnika.

Nikiszowiec

Połowa dystansu za nami, a my na zegarze mamy dopiero dwie godziny, szło idealnie, ale zdawałam sobie sprawę, że przed nami ta trudniejsza część. Biegło się coraz ciężej. Przed 25 km pierwsza strefa kibiców wypatrzyła mnie koleżanka Agnieszka, podbiegła do mnie, przytuliła  i życzyła powodzenia na dalszej trasie. Ona nie wie, ale to było jedno z najmilszych doświadczeń w moim życiu. Oj jak ja wtedy potrzebowałam tego „kopniaka energetycznego.”

Droga zaczęła się dłużyć, cały czas czekałam, na powrót do Katowic na drogę Monte Cassino, tam łączyła się trasa z półmaratonem. Reszta trasy była mi już dobrze znana z poprzednich lat. Liczyłam na to, że pojawia się nowi ludzie na trasie, może spotkam kogoś znajomego. Niestety spotkało mnie ogromne rozczarowanie, w tym roku organizator puścił krótszy dystans szybciej, tak abyśmy się nie kotłowali na mecie i niestety śladu po zawodnikach już nie było. I jak tak sobie teraz myślę, to był powód mojej ściany na 29km. Zmęczenie było już ogromne do tego rozgoryczenie i głowa padła. Zaczęłam szlochać jak małe dziecko, kilku zawodników pytało mnie, czy wszystko ok.  I to był moment  w którym porozmawiałam sobie z tatą, wiem, że był wtedy ze mną. Dmuchnął mi w plecy i nie miałam wyboru, pociągnęłam do przodu w poszukiwaniu Krzysia.

Trzy godziny w ciągłym biegu i jest, upragniony 30km. Przede mną ostatnia dyszka, dam radę. Zmęczenie było już ogromne, koledzy opowiadali mi o sowich betonowanych nogach, ale moje były jak z żelaza i to mocno zmarzniętego. Nie mogłam nimi ruszać, były bardzo ciężkie i zimne, w tamtym momencie marzyłam o długich ciepłych legginsach szczególnie w okolicach kolan. Miałam problem z ruszaniem nimi, ale próbowałam, robiłam małe kroczki i tak jakoś to szło, tylko już wolniej i z bólem. Musiałam sobie w głowie ustalić kolejny cel, padło na rondo w Siemianowicach Śląskich z metalowymi kulami.

Za nimi czekała mnie ogromna niespodzianka. Podbiegł do mnie kolega Adam, z którym znamy się tylko z FB, w ciężkim momencie spotkanie z nim było jak wygrana w totolotka. Musiał być nieźle zaskoczony, gdy że rzuciłam mu się na szyję jakbym spotkała starego przyjaciela. Bardzo szybko nawiązaliśmy dobry kontakt. Wspólnie przeanalizowaliśmy nasz czas, nasze priorytety i doszliśmy do tego samego wniosku „MY NIC NIE MUSIMY”

Adam zrobił sobie prezent na 40 urodziny i to również był jego debiut. Na 35 km mięliśmy oboje tak wyśrubowany czas, że wcale nam się nie śpieszyło do mety. Bo to nie sztuką jest zrobić pierwszy bardzo dobry wynik, a później zarzynać  się przy kolejnych biegach, bo głupio żeby następny wyszedł słabszy. ;)

Przed nami był najtrudniejszy odcinek po górkę do wieży telewizyjnej w Siemianowicach Śląskich, a my jak gdyby nigdy nic cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Wspólny jesienny spacer w promieniach słońca, spadające kolorowe liście z drzew, rześkie powietrzne. Byliśmy zadowoleni i już pewni sukcesu, wiedzieliśmy, że wynik i tak będzie przyzwoity i satysfakcjonujący.

Do biegu  zmotywowaliśmy się dopiero w Parku śląskim, gdzie zostało nam 3 km to finiszu. Po drodze odnaleźliśmy jeszcze Krzysia, który nie chciał zamykać zawodów sam, bo jedna z jego prawd życiowych brzmi: „ważne, aby skończyć w tym samym czasie” ;)

Przed samym stadionem, a bieg kończył się na Stadionie Narodowym w Chorzowie ogromna niespodzianka czekali przyjaciele z dzieciakami, więc szybkie przytulasy, całusy i czas na zasłużoną METĘ.

Na trybunach również najbliżsi znajomi zdzierali gardła, a ja ze wzruszeniem, łzami w oczach i podskokach ukończyłam ten Królewski Dystans.. 42, 195m

W kotle czarownic zameldowałam się z czasem 4.36.02 to najlepszy wynik jaki mogłam sobie wymarzyć, zrobiłam to dla siebie, ale przede wszystkim dla TATY. Od dziś już wiem, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych.

Co dalej.. zacznę od umycia okien, już wystarczająco długo czekają ;)


Historię dzisiejszej bohaterki można śledzić na FB gdzienogiponiosą do czego Was serdecznie zaprasza Maratonka Gosia.

baner-wybierz-buty-biegowe-dla-siebie