La Sportiva Lavaredo Ultra Trail to jeden z biegów wchodzących w cykl Ultra-Trail World Tour. W ramach odbywającego się festiwalu zawodnicy do wyboru w tym roku mieli cztery dystanse: Cortina Skyrace (20 km/ +1000 m), Cortina Trail (48 km/ +2600 m), debiutujący bieg UltraDolomites (87 km/ +4600 m) oraz najdłuższy Lavaredo Ultra Trail (120 km/ +5800 m), którego w tym roku rozegrano już 13. edycję.

Łącznie wystartowało ok. 5 tysięcy uczestników z 65 krajów, co jest nowym rekordem frekwencji tego wydarzenia. Jak co roku liczne grono stanowili również Polacy, którzy ponownie zaznaczyli swoją obecność również zajmując wysokie lokaty. Paulina Wywłoka wygrała UltraDolomites, Katarzyna Wilk była 2. w Cortina Skyrace, a Martyna Wiśniewska uplasowała się tuż za podium w Cortina Trail.

Sporo emocji wywołują zawsze najdłuższe zmagania. Wyścig na dystansie 120 km rozpoczął się o 23:00 w piątek 23 czerwca w głównej arterii Corso Italia, przy dźwiękach Ennio Morricone. To było ekscytujące zarówno dla zawodników, jak i widzów. Trasa tego biegu prowadzi ścieżkami Dolomitów, wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z tym dystansem chciało się zmierzyć ok. 1800 zawodników, w tym 66 reprezentantów Polski. Wśród nich był Michał Postupalski. który na mecie zameldował się w czasie 22:53:27.

Z Michałem rozmawiamy o jego wrażeniach po biegu.

Start w Lavaredo Ultra Trail był marzeniem?

Michał: To był w zasadzie czysty przypadek. W 2018 roku uzgodniłem z rodziną, że nie pobiegnę żadnego ultra i tak niestety było. Przygotowania do zawodów zajmują sporo czasu a dla amatora, który jak ja, biega stosunkowo wolno, czas potrzebny na trening się wydłuża. Najdłuższy dystans jaki pokonałem w 2018 roku to było 30 km podczas Ultramaratonu Kaszubska Poniewierka.

Krótkie starty spowodowały u mnie także pewne „rozluźnienie treningowe”. Nie potrafiłem za bardzo się skupić na bieganiu, pojawiały się „dziury” w treningach. Chciałem powrócić do biegów ultra. Musiałem też przekonać do tego jakoś rodzinę. Postanowiłem, że upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu: ja dostanę swoje ultra a rodzina dostanie jakieś dłuższe wakacje. Akurat ktoś wrzucił na portal społecznościowy informację, że zaczynają się zapisy na Lavaredo Ultra Trail (LUT). I wtedy już wiedziałem, że chcę w nim wystartować. Pierwsze co zrobiłem, to sprawdziłem, czy spełniam wymogi (czy mam odpowiednią liczbę punktów ITRa). Następnie wykonałem telefon do trenera Piotra Sucheni z zapytaniem, czy będzie mnie w stanie przygotować na ukończenie biegu w limicie (30h). Wówczas pozostało mi tylko ogarnięcie jakiegoś sympatycznego miejsca urlopowego, gdzie wspólnie z rodziną obecnie wypoczywamy.

Jakie miałeś największe obawy przed startem?

Michał: Szczerze mówiąc to nie miałem prawie żadnych obaw. Sporo przygotowywałem się do tego startu. Pracowałem sumiennie przez wiele miesięcy. Odbyłem dwa krótkie „obozy biegowe” w górach, a trzy tygodnie przed LUT wystartowałem jeszcze w Ultramaratonie 2 x Babia Góra (55km, +3800, limit 11h). Udało mi się uzyskać wysoką, jak dla mnie, 31 pozycję. Potem wystarczyło tylko utrzymać formę, chociaż przyznam, że przez pierwszy tydzień po starcie zastanawiałem się, czy uda mi się zregenerować. Nigdy nie startowałem w tak krótkim okresie w dwóch zawodach na dystansach powyżej maratonu, stąd ta niepewność, ale podobno trener wie, co robi i chyba robi to dobrze, skoro teraz rozmawiamy.

Do Cortiny przyjechaliśmy 5 dni wcześniej. Droga zajęła nam 2 dni. Z Trójmiasta do pokonania mamy aż 1500km. Po drodze zrobiliśmy sobie postój na nocleg. Mojej rodzinie taki pomysł bardzo się spodobał, bo kilkanaście godzin w samochodzie z upchanymi w dziwnych miejscach pakunkami, namiotem, śpiworami itp. jest naprawdę męczące. Po dotarciu na miejsce miałem zrobić jeszcze trzy krótkie treningi i to wszystko. To był mój czas na aklimatyzację. Sympatyczną sprawą było poznanie rodziny biegaczy, obok której rozbiliśmy się na polu namiotowym. Korzystając z okazji chciałbym pozdrowić Tolę i Przemka. Przemek startował w Lavaredo drugi raz. Opowiedział mi trochę o trasie i swoim poprzednim starcie, jak to miał zwidy pod koniec biegu.

Jak wspominałem wcześniej celem dla mnie było ukończenie biegu w limicie, lecz ze względu na panujące wysokie temperatury (35 stopni w cieniu) zacząłem żartować, że będzie to dla mnie walka o przeżycie. Jak się okazuje, miałem częściowo rację, bo bieg w limicie ukończyło 71,8% startujących, zwykle jest ich nieco więcej.

Właśnie sobie przypomniałem, że jednak miałem obawy. Dotyczyły one tego, czy mój zegarek jest w stanie tak długo rejestrować trasę. Na szczęście zrobiłem jeden trening z zegarkiem podłączonym do powerbanka i wszystko obawy minęły.

Fot. Michał Postupalski

Jak oceniasz trasę?

Michał: A pod jakim kątem? Jeśli chodzi o trudność, to wg mnie trasa nie była jakoś szczególnie trudna. Więcej trudności sprawiła mi wspomniana wcześniej Ultrababia, gdzie na 1 km było więcej przewyższeń niż na Lavaredo. Jest wiele odcinków, gdzie można spokojnie truchtać lub mocno zbiegać. Są też takie, szczególnie w drugiej części trasy, gdzie się podchodzi, podchodzi i jeszcze raz podchodzi. Wiadomo, że im dłużej jesteśmy w biegu, tym bardziej wszystko wydaje się nam trudniejsze. Popełniłem kilka błędów i będę teraz nad nimi pracował, aby w przyszłości ich nie powtórzyć.

Jeśli natomiast chodzi o krajobrazy podczas biegu, to żałuję, że wystartowałem, bo… obawiam się, że żaden inny bieg nie jest w stanie dorównać pod tym względem Lavaredo. Widoki są nie do opisania! Gdy tylko wyszło słońce, automatycznie wyciągnąłem komórkę z tyłu plecaka i przełożyłem do przedniej kieszeni, aby nie przegapić żadnego ciekawego ujęcia. Zrobiłem kilka zdjęć, ale niestety nie oddają one tego klimatu, tej chwili podczas biegu. Tam po prostu trzeba być i to zobaczyć.

Jaki był dla Ciebie najtrudniejszy fragment trasy?

Michał: Zdecydowanie od przepaku w Cimabanche mierzący 20 km do najbliższego punktu z wodą. Podchodzi się tam w dużej części w odkrytym terenie i przy takiej temperaturze, jaką mieliśmy, 1,5 l płynów by mi nie wystarczyło. Zatrzymywałem się przy każdym, ale to każdym najmniejszym strumieniu, moczyłem czapkę w zimnej wodzie i zakładałem od razu na głowę. Po chwili wypijałem kubek wody z tego samego strumienia, napełniałem go ponownie i szedłem dalej popijając z niego. Tylko dzięki temu udało mi się wytrwać w tych temperaturach. Nie  byłem jedyny, który tak robił.

W sumie w trakcie całego biegu wypiłem pewnie z 15 l płynów, ale niestety to i tak było za mało, bo się odwodniłem. Na tym odcinku pojawiła się pierwsza myśl, żeby odpuścić, bo gdy zaczyna się kręcić w głowie, to wiesz, że coś jest nie tak i szkoda zdrowia. Na szczęście jakoś sobie z tym poradziłem. Poza tym widziałem kilkoro zawodników śpiących pod krzakami, w cieniu, właśnie na tym fragmencie trasy.

Dlatego warto wspomnieć o innej trudności tego biegu jaką jest godzina startu. Dotychczas wszystkie biegi zaczynałem albo rano, albo np. o 3 w nocy. Wtedy można jeszcze pospać z 3-4h. Gdy startujesz o 23:00, to musisz znaleźć sposób, aby pospać w dzień. Inaczej skończysz jak ja, czyli będąc „na chodzie” przez około 38h w tym 23h w trakcie biegu. Starałem się zdrzemnąć w ciągu dnia chociaż na 1h. Rodzina robiła mi odpowiednie daszki z koców, abym mógł pospać w cieniu, bo w namiocie było zbyt gorąco, ale mimo to przy tak wysokich temperaturach tylko leżałem z zamkniętymi oczami, marząc o śnie.

lavaredo ultra trail (2)

Fot. Materiały prasowe La Sprotiva Lavaredo Ultra Trail

…a najprzyjemniejszy moment z biegu?

Michał: Zdecydowanie ostatnie kilkaset metrów, dobieg deptakiem do mety, gdzie czekała rodzina. Chyba wybrałem dobrą porę wbiegnięcia, bo Cortina była tłumnie oblegana przez spacerowiczów, którzy kibicowali, wiwatowali, przybijali piątki. Po prostu coś niesamowitego! Czułem się jak zwycięzca, a nie któryś tam zawodnik na mecie.

Piękną chwilą był też telefon do żony, który wykonałem, jak drugi raz chciałem odpuścić. Ale jak mi powiedziała, że tyle osób mi kibicuje i trzyma za mnie kciuki, to postanowiłem powalczyć dalej.

Jak oceniasz organizację imprezy?

Michał: To było dla mnie wielkie święto biegów ultra. Działo się naprawdę sporo, bo różne wywiady, dyskusje, biegi dla dzieci itp. Wystawiało się wiele firm, których nazwy poznałem pierwszy raz w życiu i miałem możliwość obejrzenie ich produktów. Było to zorganizowane fantastycznie. Cortina tym żyła. Niestety z uwagi na to, że musiałem się oszczędzać, nie było mi dane za wiele chodzić i uczestniczyć w tym wszystkim. Ale mimo wszystko nie żałuję.

Na Lavaredo jeszcze wrócę! Chcę się lepiej przygotować i za jakieś 2 lata poprawić swój czas, bo uważam, że mogę przebiec to znacznie szybciej. Nie za rok, bo obawiam się, że w ciągu roku nie uda mi się poprawić tego, na czym mi zależy najbardziej, ale za 2 lata już pewnie tak. Uważam po prostu, że nie byłem przygotowany do Lavaredo w taki sposób, w jaki chciałbym ten wyścig przebiec. Nie jest to wina bynajmniej trenera. Jestem jeszcze za mało doświadczonym biegaczem i można powiedzieć, że porwałem się z motyką na Słońce. Niektórzy powiedzą, że chyba nie do końca, bo złamałem 23h. Ja jednak uważam, że mimo zrealizowania celu niedosyt pozostał i chciałbym go osiągnąć następnym razem w sposób, który mnie zadowoli.

Fot. materiały prasowe La Sportiva Lavaredo Ultra Trail

Jaką miałeś taktykę na ten bieg i czy się sprawdziła?

Michał: Wielokrotnie czytałem, że zaczynać należy wolno, dlatego przed startem poinformowałem trenera, że potraktuję to jak długie wybieganie, na spokojnie. Na placu w Cortinie ustawiłem się na końcu stawki. Wszyscy ruszyli do przodu a ja za nimi, obserwując tętno, aby się nie spalić na pierwszych kilometrach. Niektórzy pędzili jak szaleni. Następnie podczas biegu sukcesywnie wyprzedzałem na podejściach oraz nie marnując czasu na punktach odżywczych.

Trochę się zdziwiłem, gdy dotarliśmy do pierwszego wąskiego podejścia i utworzył się korek. Za moimi plecami było może 200 osób, więc byłem w tyle stawki. Zdecydowana większość zawodników biegła z kijami. Na podejściach wyglądało to jak zawody Nordic Walking. Z uwagi na to, że treningów z kijami nie robiłem, nie zabrałem ich ze sobą. Ponadto kilka miesięcy wcześniej zakupiłem w Sklepie Biegacza buty Speadgoat 3, które wybrałem na ten bieg. Dzięki temu moje stopy przetrwały na tych wszystkich kamieniach.

Na pierwszym punkcie pomiarowym byłem na 1184 pozycji, a już wtedy wyprzedziłem sporo osób. Bieg ukończyłem na 559 pozycji. Taktyka się chyba sprawdziła.

Można powiedzieć, że pewnym elementem taktyki na ten bieg było zrzucenie wagi. Dlatego od stycznia pod kontrolą dietetyczki Joanny Byczkowskiej z „Lekka Zmiana” zmieniłem sposób odżywiania się i pozbyłem się około 8kg tłuszczu, utrzymując poziom tkanki mięśniowej. Przyznaję, że Pani Joanna miała nie lada wyzwanie. Z jednej strony musiałem uzupełniać węglowodany po każdym treningu, a z drugiej nie przesadzać z ich ilością, aby nie osadzały się w organizmie w postaci tkanki tłuszczowej.

Z perspektywy czasu widzę, że od momentu zapisania się na Lavaredo do startu, poczyniłem wiele kroków, aby wyeliminować widmo porażki. Cały sezon przygotowawczy był prowadzony pod kątem tego jednego startu.

Po Twojej relacji sama bym chętnie tam pobiegła. To na koniec, nad jakimi elementami, uważasz, że musisz popracować?

Michał: W trakcie biegu spaliłem około 9500 kcal, a przyjąłem może połowę z tego wliczając żele energetyczne. Muszę się nauczyć więcej jeść ale z rozsądkiem. Na punktach spędzałem mało czasu, bo nie miałem potrzeby tam siedzieć po kilkanaście minut. Trzeba zjeść, zrobić co ma się do zrobienia i ruszyć dalej. Ja zdecydowanie za mało jadłem. Bałem się, że zwrócę to wszystko, co przyjąłem. Ponadto szukam jeszcze swoich żeli, bo przy pewnej ilości i te zaczynają wychodzić mi bokiem. Mam też problemy z uzupełnianiem płynów. Jak wspominałem przyjąłem ich chyba z 15 l a i tak się odwodniłem. Gdy za jednym razem napiję się więcej wody, to po chwili biegania od razu mam kolkę, która sprawia niesamowity ból. To są rzeczy, nad którymi będę pracował przez kolejne 2 lata podczas moich startów, będę testował różne opcje. Najbliższy taki test będzie na Chudym Wawrzyńcu.

Kolejną rzeczą do poprawy są moje zbiegi na nierównym, stromym terenie. Zbiegam zbyt ostrożnie przez co ubijam nogi i po pewnym czasie zamiast zbiegać już schodzę mimo, że kolejny zbieg jest łagodniejszy i prosty technicznie. Pierwszy raz w życiu miałem okazję podziwiać zawodników, którzy śmigają w dół jak kozice, gdy ja się zastanawiam gdzie postawić stopę. To jest zdecydowanie mój słaby punkt.

Dzięki za rozmowę i życzę udanego dalszego urlopu!

Michał: Dziękuję również! Jeśli któryś z zawodników miał do mnie jakieś pytania, to zapraszam do kontaktu. Można mnie znaleźć na portalach społecznościowych.

baner gotowi wyruszyc na szlak?