Rafał Kot, znany jako Góral z Mazur, pierwszą połowę tego roku może zaliczyć do wyjątkowo udanych. Triumfował m.in. w Ultramaratonie Podkarpackim (115 km), w Warneland – Ultramaraton Warmiński (103 km), RYKOwisko (108 km), 3 x Śnieżka = 1 x Mont Blanc (55 km), TriCity Trail (82 km), ale największy sukces odniósł w tegorocznej edycji Biegu 7 Szczytów, gdzie ustanowił nowy rekord trasy (27:51:49.25), a drugiego zawodnika na mecie wyprzedził o niemal 6 godzin.

Z Rafałem, a także Rafałem Wilczkiem, będącym w supporcie zwycięzcy, mieliśmy okazję porozmawiać po biegu.

Dziś znamy Ciebie przede wszystkim z biegów ultra, zacznę więc nietypowo, jak zaczęła się Twoja przygoda z bieganiem?

Rafał Kot: W sumie to zaczęła się od wyjazdu w góry. Kilka lat temu, gdy jeszcze mieszkałem w Irlandii, zostałem zaproszony do udziału w sztafecie firmowej w której każda z 4 osób miała do pokonania dystans 5 km. Wydawało mi się, że nie biegając 20 lat, z marszu jestem w stanie pobiec to w 20 minut. Oczywiście spaliłem się po 2 km, miałem taką zadyszkę, że miałem obawy, że nie dotrę do mety. Później zdarzało mi się gdzieś tam truchtać z Rafałem Wilczkiem [będącym w suporcie], który był dla mnie swego rodzaju wyznacznikiem biegowym, bo sam nie miałem zbytnio doświadczenia. Potem przyszła fascynacja górami. Pojechaliśmy w Tatry, Bieszczady… Zobaczyliśmy, że w górach organizowane są zawody. Znajomy zaprosił nas na Górski Półmaraton Ślężański. Wtedy odkryłem, że można pogodzić coraz większe zaangażowanie w bieganie z drugą miłością do gór. Już wiedziałem, że to jest ta droga po której chcę kroczyć. Początkowe truchtanie po asfalcie zamieniłem na biegi trailowe.

Wspomniałeś, że do biegania wróciłeś po 20 latach, czyli za dziecka coś biegałeś?

Rafał Kot: Mając naście lat zdarzało mi się pobiegać. Miałem takie okresy, że wychodziłem potruchtać. Być może w tamtym czasie zabrakło kogoś kto by mnie ukierunkował. Być może jakiś potencjał już wtedy był, ale sam popełniałem błędy. Pojawiały się bóle w kostkach, bolało to czy tamto… to mnie zniechęciło, nie zaangażowałem się w ten sport. Do 34. roku życia nie biegałem, można więc powiedzieć, że bieganie u mnie to świeża historia.

Ale teraz szybko zauważyłeś, że jesteś w tym dobry?

Rafał Kot: Każdy kto zaczyna biegać stawia sobie jakieś cele, chce poprawić wynik, ma jakąś satysfakcję jak urwie kilka sekund. U mnie ten progres następował dość szybko. Jestem też bardzo ambitny, cele zawsze stawiałem sobie mocno wygórowane, miałem swoje marzenia. Oczami wyobraźni widziałem siebie startującego w biegu, myśląc –  ale to by było stanąć na podium… Biegając podnosiłem sobie poprzeczkę. Po 2-3 latach okazało się, że wskoczyłem na taki poziom, że marzenia przestają być abstrakcją, a są czymś co można chwycić, do czego można dążyć. Uznałem więc, kontynuujmy to. Tak doszedłem do momentu w którym jestem dzisiaj.

Nim o „dzisiaj”, kiedy zaczęła się u Ciebie przygoda z biegami ultra?

Rafał Kot: Nikt pewnie nie pamięta, ale mój pierwszy bieg ultra to był TUT- Trójmiejski Ultra Track w 2016 r. [wynik 06:29:31 dał Rafałowi wówczas 22. miejsce]. Wtedy te 65 km to był dla mnie niewyobrażalny dystans, jakiś kosmos. Co prawda miałem już za sobą maratoński debiut, ale tu dochodziło zimowe bieganie i wiele niepewności, choćby „jak się ubrać”. Kiedy stajesz po raz pierwszy na starcie biegu ultra, zastanawiasz się – co to będzie za przygoda? I to zdecydowanie była przygoda. Tak naprawdę każdy długi bieg jest przygodą, ale wtedy miałem jeszcze takie wyobrażenie, że 60-70 km biegu to jest coś niewyobrażalnego. Teraz inaczej na to patrzę.

Później wystartowałem w pierwszej setce w ramach Rzeźnika Ultra, również w 2016 r. [Rafał zajął 9. miejsce z czasem 15:07:28]. Od tamtej pory wiedziałem, że to te biegi ultra są właśnie dla mnie. Próbowałem oczywiście innych biegów m.in. typowo alpejskich, ale po jednym sezonie uznałem, że jednak te długie biegi, to jest coś, co chcę robić.

Mówiłeś, że przeniosłeś się z truchtania na asfalcie w trail, ale w biegach ulicznych ultra też startowałeś?

Rafał Kot: Jest trochę takie wyobrażenie, że mamy dobrych „asfaltowców” i mamy dobrych biegaczy górskich. Obie grupy traktuje się osobno, nie ma miedzy nimi zbytnio korelacji. Chciałbym pokazać, że jedno z drugim się nie kłóci. Można znaleźć coś fajnego i tu i tu. Oczywiście, gdybym miał wybierać bieganie w mieście czy po lesie, to wybiorę las, ale z drugiej strony i w specyfice biegów długich na asfalcie np. 24h, potrafię znaleźć pozytywne aspekty.

Zaczynałeś od 65, potem setka, 240 km… Korciło Ciebie by wydłużać dystans?

Rafał Kot: Niewiele osób pamięta, ale mój pierwszy start na 240 km był w 2017 r. Już wówczas przez pierwsze 80 km Biegu 7 Szczytów prowadziłem. Później wyprzedził mnie Łukasz Sagan, który zrobił rekord trasy [wtedy 30:20:42]. Podczas biegu miałem problemy, a na Przełęczy Kłodzkiej, wręcz kolana odmawiały mi współpracy. Musiałem zrobić dłuższą przerwę. Potem uznałem, że doczłapię się do mety. Udało się, choć czas nie był jakiś rewelacyjny [Rafał zajął 9 miejsce z czasem 40:14:55.05]. Powiedziałem sobie, że ja tu jeszcze wrócę i pokażę, że to prowadzenie przez 80 km to nie był jakiś tam przypadek tylko wiedziałem co robię. Rok później udowodniłem sobie i być może paru osobom, że stać mnie na coś więcej [Rafał wygrał z czasem 30:22:47.90].

Twój osiągnięty wynik był bliski rekordu Łukasza Sagana, chciałeś go poprawić?

Rafał Kot: Już rok temu wiedziałem, że ten rekord jest do poprawienia. W ubiegłym roku po biegu wiele osób mi mówiło, że tak niewiele zabrakło, chyba nawet byli bardziej rozżaleni wynikiem, niż ja sam. Nie miałem wówczas ciśnienia na ten rekord. Już to kilka razy mówiłem, jeżeli poprawiać rekord na takiej trasie, na takim dystansie, to nie byłoby dla mnie frajdą poprawienie wyniku o 1-2 minuty czy kilka sekund. Jeżeli łamać, to 30 godzin. To była dla mnie granica. Tak powiedziałem sobie rok temu, że jeżeli tu wrócę i będę w formie, to po to by zmierzyć się z 30h.

Patrząc na tegoroczny rezultat 27:51:49.25, można zatem powiedzieć, że zaskoczyłeś sam siebie?

Rafał Kot: Nie. Jestem już po biegu, więc mogę zdradzić, co mi w głowie siedziało. Już od kilku miesięcy przygotowywałem się na czas w granicach 28h. Oczywiście nie chciałem o tym publicznie mówić, nie chciałem kłaść na siebie presji. Na takim dystansie może się zdarzyć tysiąc rzeczy, które sprawią, że coś nie wyjdzie, a gdy nie wychodzi, wiadomo jaka jest reakcja ludzi w Internecie. Dlatego mówiłem ostrożnie, że jeżeli warunki pozwolą, to poprawa rekordu Łukasza jest tu do zrobienia.

Czyli support też był przygotowany na to tempo?

Rafał Kot: Dzień wcześniej śmiałem się do Rafała, że ewentualnie będę łamał 29h, ale nie wiem czy potraktował to na serio. Support był jednak super przygotowany. Myślę, że tu zagrały 3 kluczowe elementy: rola supportu, którą być może rok temu mieliśmy nie do końca przygotowaną, po drugie pogoda, która tym razem była idealna oraz moja dyspozycja, czyli moja forma, którą budowałem nie od wczoraj czy przedwczoraj, ale miesiącami. To, że po niecałych 13,5 h znalazłem się w Kudowie to nie był przypadek [na mecie odcinka 130 km, Rafał zameldował się z nieoficjalnym nowym rekordem trasy 13:21:49, niemal 1,5 h przed zwycięzcą tego dystansu, zaskakując samego organizatora]. Miałem taki plan, chciałem wykorzystać to, że w nocy była doskonała widoczność, w ubiegłym roku mgła spowalniała, a dwa była idealna temperatura do biegu. Chciałem maksymalnie wykorzystać noc, by później, kiedy będzie noc i parno, mogę stracić nieco czasu, chciałem mieć zapas z którego mógłbym tracić.

[Do siedzącego obok Rafała Wilczka], Rafał, no właśnie jak oceniasz suport?

Rafał Wilczek: Razem z Bartkiem ze Szczytna, naszym dobrym przyjacielem, wiedzieliśmy że najtrudniejszy jest początek trasy, bo tam dla auta były największe odległości do pokonania. Biegacze biegli szlakiem, a my musieliśmy zrobić spore pętle aby dotrzeć na punkty. Na pierwszy punkt dobiegaliśmy i właściwie jak zaparkowaliśmy i dobiegliśmy do punktu, to byliśmy jak się okazało, zaledwie 2 minuty przed Rafałem.

Dla Was zatem też to był wyścig?

Rafał Wilczek: Tak, to był wyścig. Było to bardzo męczące doświadczenie, z jednej strony auto powinno dawać nam przewagę w dotarciu do punktu, ale docierając tam musieliśmy wszystko przygotować, też nie zawsze wiedzieliśmy o której Rafał tam będzie. Nie było więc możliwości by sobie pospać choćby 1-1,5 godz. Był czas oczekiwania, wypatrywania Rafała. Niby my nie biegliśmy, ale w pewnym sensie było to dla nas ciążące, również satysfakcjonujące, Śmialiśmy się, że my na dystansie 240 km rekord zrobiliśmy już po 9h. Tyle mieliśmy już wtedy na liczniku. Autem łącznie przejechaliśmy z jakieś 460 km z uwagi na pętle, objazdy. Trasa biegu wygląda zupełnie inaczej od strony supportu. Ponieważ z Bartkiem sami też biegamy, to staraliśmy się np. rozbijać smaki, bo wiemy jakie to ważne. Żeby to nie było ciągle to samo, żeby to nie był ciągle ten sam izotonik, żeby to był inny żel czy coś innego dla Rafała do jedzenia.

Mieliście tak, że wręcz kazaliście Rafałowi coś zjeść?

Rafał Wilczek: Nie, supportowaliśmy Rafała już w biegu 24h w Supraślu, tam mieliśmy problem, bo Rafał nie słuchał się, nie chciał nam jeść czy pić, więc kombinowaliśmy z jedzeniem dla niego. Tym razem wchłaniał wszystko co mu dawaliśmy. [W Supraślu Rafał zajął 5. miejsce pokonując dystans 236.65875km].

Jako support chyba też bardzo przeżywaliście ten bieg?

Rafał Wilczek: Było to bardzo emocjonujące, ale też jak już wspominałem, satysfakcjonujące, że możemy być częścią tej przygody. Wiedzieliśmy, że Rafał robi coś niesamowitego tutaj.

Korci Ciebie, by też pokonać biegiem trasę Biegu 7 Szczytów?

Rafał Wilczek: Szczerze powiem, że setka tak, ale dystanse powyżej raczej nie chcę startować. Supportując Rafała, widząc to co robi i ile go to kosztuje, ta wspomniana już sytuacja sprzed 2 lat gdy widziałem Rafała na Przełęczy Kłodzkiej, wtedy nie supportowałem Rafała przez całą trasę, ale byłem na tym punkcie i wiem jak to wyglądało, a było bardzo źle. Jak człowiek widzi takie rzeczy, to się potem 2 razy zastanowi przed startem.

[Do Rafała Kot] Dobrać odpowiedni suport to klucz do sukcesu?

Rafał Kot: Oczywiście, że tak, dobry suport jest równie ważny co forma zawodnika. Tylko dopowiem, że w Supraślu może nie wszystko zadziałało, bo to był pierwszy support chłopaków, dopiero zdobywaliśmy doświadczenie, budowaliśmy relacje, które mogły zaowocować później, Był to też mój pierwszy bieg 24h i trochę z niedowierzaniem patrzyłem, gdy dowiadywałem się, że chłopaki co okrążenie korzystali ze swojego wsparcia, by wziąć nawet gryza czy łyka czegoś. Byłem przyzwyczajony, do biegów trailowych, gdzie odległości między punktami wynoszą 15-20 km i tak samo wydawało mi się, ze na takich biegach korzysta się z punktu co jakiś czas. Okazało się, że specyfika jest zupełnie inna, teraz inaczej podchodzę do tych kwestii. Wszystko jest jednak jakąś kwestią doświadczenia, mniejszych czy większych błędów z których warto wyciągać wnioski.

Wracając do biegu, miałeś kryzys na trasie?

Rafał Kot: Kryzysem była duchota, która towarzyszyła mi przez parę godzin. Organizm był już zmęczony. Nie wiem czy jestem znany z tego, ale generalnie mało piję na trasach. Tutaj w nocy nie potrzebowałem wiele picia, ale w ciągu dnia jak wyszło słońce, od razu założyłem plecak z trzema bidonami i jednym softflaskiem, miałem zatem ok. 2 l płynu na sobie, jak dobiegałem na każdy punkt to piłem ok. litr płynów. Cały czas czułem pragnienie. To słońce mocno dało mi się we znaki. Ciężko nazwać te momenty kryzysowymi, bo miałem nad tym kontrolę, ale rzeczywiście odbiło się to na chwilowym spowolnieniu. Później słońce się nieco schowało za chmury, pojawiła się mżawka, można było znowu przyspieszyć.

Działało na Ciebie demotywująco, jeżeli miałeś takie informacje na trasie, że przewagę nad drugim zawodnikiem można liczyć w godzinach?

Rafał Kot: Nie miało to dla mnie znaczenia. Wyznaczyłem sobie kilka nazwisk z listy startowej zawodników na których muszę uważać, ale właściwie ustaliłem sobie, że bez względu na to co będzie się działo z innymi na trasie, mam swój założony plan i go realizuje. Mam już spore doświadczenie i wiem, że jak ktoś zacznie za mocno, to co się później dzieje, jeżeli się będę trzymał swojego, w którym momencie wiedziałem, że dogonię zawodników przede mną na trasie, jeżeli ktoś by wyrwał za mocno. Nie chciałem się oglądać na to co robią inni, czy mają przewagę czy nie, chciałem zrealizować swój plan.

Wykręciłeś taki wynik do którego ciężko się będzie zbliżyć, czy będziesz próbował go jeszcze poprawić?

Rafał Kot: Jest za wcześnie dla mnie, żeby składać jakieś deklarację, że ja za rok wrócę. Wiem, że ten wynik jest bardzo dobry, na wielu zrobił zapewne wrażenie. Niektórym przez lata wydawało się, że złamanie 30h tutaj to jak złamanie 2h w maratonie. Udowodniłem, że niekoniecznie. Szczerze mówiąc, mam świadomość, że ten wynik jest dobry, ale też wiem jak wyglądał ten mój bieg w tym roku i wiem, że są jeszcze możliwości, by ten czas poprawić. Wiem, że można złamać 27h, ale czy ja to zrobię za rok, ciężko mi powiedzieć. Jednocześnie ciężko powiedzieć czy ktoś inny będzie próbował, ponieważ to wszystko to jest rachunek zysków i strat. Musisz poświęcić naprawdę dużo, aby to wyzwanie zakończyło się sukcesem. Trzeba dokonać kalkulacji czy ci się opłaca poświecić być może nawet cały sezon na przygotowania. Mam świadomość, że to jest na pewno do zrobienia, ale czy ktoś się odważy, poświęcić nieco swojego życia, to zobaczymy.

Czy realizując swój plan, miałeś jeszcze radość z biegu, czy byłeś skupiony na wyniku?

Rafał Kot: Powiem trochę przewrotnie, w tym roku były momenty, gdzie właśnie czerpałem radość. Co prawda przypominałem sobie, jak to szybko zapomniałem wszystkie wcześniejsze traumatyczne momenty na trasie, gdy słońce pali, gdy jesteś zmęczony, masz dość, mówisz sobie – aby tylko dotrwać. Podczas tegorocznego startu miałem kilka takich chwil dla siebie, mogłem zwolnić, pozwolić sobie na rzeczy, których odmawiałem sobie w poprzednich latach np. słynne źródełko, które jest za drogą krzyżową za punktem w Bardzie, zawsze omijałem, mówiąc, że nie mam czasu, trzeba gonić. A w tym roku powiedziałem sobie nie, już tyle razy je omijałem, że teraz spróbuję tej słynnej wody o której mówią inni zawodnicy, że jest taka pyszna. W innym punkcie przebiegałem przez Skalne Grzyby, zawsze przelatywałem, nie zwracając uwagi, a w tym roku celowo zwolniłem, aby coś z tych Gór Stołowych zobaczyć. To chwilowe spowolnienie z którego czerpałem radość, nie wpłynęło na wynik.

Znany jesteś z tego, że często startujesz. To działa na Twoją korzyść?

Rafał Kot: Myślę, że tak. Dla mnie te „krótsze starty” w ostatnim czasie [m.in. tydzień wcześniej Rafał zwyciężył w Biegu TriCity Trail na dystansie 80 km], to była część przygotowań, przynajmniej ja to tak traktowałem. To były na tyle łatwiejsze biegi, że mogłem je potraktować jako element treningowy do Biegu 7 Szczytów.

Ale czy czasem przez częste starty w ubiegłym roku nabawiłeś się poważniejszej kontuzji?

Rafał Kot: Klasyczna kontuzja biegacza – pasmo biodrowo-piszczelowe, jestem mądrzejszy od tamtego czasu. Współpracuję z fizjoterapeutą, którego uważam za najlepszego specjalistę w Polsce, Jest nim Kamil Iwańczyk. Pomógł mi wyjść z czegoś, co wydawało się drobną rzeczą, a urosło w coś co się ciągnęło przez parę miesięcy. Od tamtej pory, co tydzień jestem na kontroli bez względu na to czy coś się dzieje czy nie, by jeżeli coś powstaje, to eliminować już to w fazie początkowej, nie pozwalając się temu rozwinąć.

Dużo trenujesz w tygodniu?

Rafał Kot: Gdyby porównać do przeciętnego biegacza to sądzę, że sporo. Dziennie na treningi poświęcam między 4 a 6 godzin.

Głównie bieganie?

Rafał Kot: Nie, korzystam z roweru, głównie stacjonarnego. Jest to dla mnie trochę substytut treningu górskiego. Nie mogę robić treningu w górach, bo tych gór zwyczajnie nie mam w pobliżu. Ostatnio w górach bywam stosunkowo rzadko, głównie na zawodach. Zatem na rowerze wykonuje trening, który później pomaga mi na podbiegach. Zimą i wczesną wiosną w moim treningu jest sporo siłowni. Myślę, że gdyby spojrzeć procentowo, to bieganie stanowi tylko 40-50% treningu. Reszta to wspomniany rower, siłownia albo mocny trekking. Najczęściej wszystko w ciągu jednego dnia, dlatego czasem wychodzi to nawet 6h.

Gdzie wystartujesz jeszcze w tym roku?

Rafał Kot: Jest plan by wrócić na Ultramaraton Magurski, gdzie od w ostatnich latach mam dobrą passę [Rafał zwyciężał na dystansie 92 km w 2018 i 2017 r. oraz na dystansie 55+km w 2016 r.]. I są to na tyle fajne zawody, że chciałby tam po raz kolejny wrócić i spróbować kontynuować serię zwycięstw. Jest plan by jechać do Krynicy-Zdrój na Festiwal Biegowy. Potem Ultramazury, bo to też taka nasza lokalna impreza oraz wystartować w Łemkowyna Ultra Trail. Jest też szansa, że dostanę się do kadry na Mistrzostwa Świata w biegu 24h we Francji, więc jeżeli dostałbym taką szanse, to od tego momentu to byłby priorytetowy start.

Skąd się wzięła ksywka „Góral z Mazur”?

Rafał Kot: Wracając do Ultramaratonu Magurskiego, był to 2016 r. i moje pierwsze zwycięstwo, z perspektywy czasu uznaję za nieco przypadkowe, nie to że ja byłem w tym czasie taki mocny, ale po prostu nie pojawił się w tym czasie nikt mocniejszy. Znajomy z Warszawy ukuł takie powiedzenie, że Ty to z Mazur jesteś, a biegasz po górach i powiedział o mnie „góral z Mazur”, na tyle się to przyjęło wśród znajomych i zaczęło krążyć, że uznałem, ze mogę to wykorzystać. Dobrze mnie charakteryzuje, bo co prawda na co dzień reprezentuję Szczytno i Mazury, to dobrze czuję się w górach.

Na koniec, masz swoje biegowe marzenie?

Rafał Kot: Jest co najmniej kilka takich marzeń, ale coś co mi głęboko siedzi w sercu i mam nadzieję wcześniej lub później dopnę tego, to dostanie się do kadry kraju. To jest coś co mnie nakręca, co chciałbym przeżyć. Myślę, że start z orzełkiem na piersi to będzie mega doświadczenie.

Dzięki za rozmowę! Pozostaje trzymać kciuki!

baner gotowi wyruszyc na szlak?