Tegoroczny Festiwal Biegu Rzeźnika od początku zapowiadał się jako wymagający. Pogoda nie szczędziła zawodników. Już przed startem silne opady deszczu sprawiały, że trasa miejscami zamieniała się w błotniste strumyki. 

W ramach festiwalu rywalizowano na dystansach od 11 do ok. 150 km oraz w biegach dla dzieci. Najdłuższy dystans ukończyło tylko 5 zawodników. Zwyciężył Bartosz Pliszka 24:28:14. Z dystansem ok. 106 km najlepiej poradzili sobie: Damian Ficek (13:34:31) oraz Paulina Krawczak (16:31:46). Zmagania ukończyło 165 z 293 startujących. 

W klasycznej formule, ok. 80 km biegu parami, wystartowało 640 zespołów. Triumfowali Wojciech Probs oraz Mariusz Miśkiewicz (9:16:21). Wśród par mieszanych Piotr Jarmoliński i Anna Komisarczyk (11:00:28). Do ostatnich metrów toczyła się zacieta rywalizacja wśród pań. Ostatecznie Magdalena Ciaciura i Joanna Leśków (12:31:07) o 8 sekund wyprzedziły Elę Cieśla i Gosię Pazda-Pozorską (12:31:15). Przy wydłużonym limicie o 5 minut, sklasyfikowano 355 drużyn. W regulaminowych 16 godz. zmieściło się 339 par. Wśród nich był Michał Łojewski, który trasę pokonał wspólnie z Dawidem Streit. Wypytaliśmy Michała o wrażenia. 

Udało się już nieco zregenerować po starcie?

Michał Łojewski: Tak, powoli dochodzę do siebie choć w pierwszym dniu po, wstawanie z poziomu ziemi musiało jeszcze zawierać pewne etapy, najpierw podpórka wszystkimi kończynami, potem wybicie do pionu. 

Tegoroczna edycja okazała się chyba być niezwykle wymagająca?

Michał Łojewski: To prawda, zupełnie inaczej zapamiętałem zeszłoroczną edycję. Trasa ta sama, ale ze względu na zmienność pogody podłoże przypominało w większości, szczególnie od Smereka, Ranmagedon. Na początku było przyjemnie, start o 3:00 w nocy sprawiał, że jeszcze biegło się pod wpływem emocji. Towarzyszył lekki chłodek, potem, w miarę jak świtało i pojawiało się słońce chwilami robiło się parno, miejscami na otwartych przestrzeniach nawet mocno przygrzewało. Za Smerekiem wkraczaliśmy w inny świat, błotnistą otchłań, a padający deszcz tylko to potęgował. Brodziliśmy w błocie aż do samej mety. Technicznie ten odcinek sam w sobie nie jest łatwy, strome podbiegi i prawie pionowe zbiegi, a jeszcze skutecznie utrudniało to, już wtedy, płynące z nami błoto. Pierwszy raz zdarzyło mi się biec po ruchomej trasie, poruszającej się, razem z nami, błotnistej ziemi.

To ten najtrudniejszy odcinek, który zapamiętałeś?

Michał Łojewski: Najtrudniejszy był pod koniec, chyba to był 67 km, zbieg, prawie pionowy, do Lisznej. To właśnie tam ścigaliśmy się z płynącym błotem, brodząc w samym jego środku. Każdy krok był wielką niewiadomą, czy trafimy na jakiś kamień i utrzymamy pion, czy trzeba będzie walczyć o pion po kolejnym poślizgu, ściana prawie pionowa w dół…

Coś Was pozytywnie zaskoczyło na trasie? 

Michał Łojewski: Był to mój drugi start w Biegu Rzeźnika, debiutowałem w zeszłym roku. Każdy mój start to pozytywne doznania, a z tegorocznej edycji wyniosę kolejne doświadczenie, umiejętność biegania w grząskim terenie. Sukcesem było też to, że udało mi się nie zaliczyć „gleby”.

Jak oceniasz samą imprezę?

Michał Łojewski: Bieg Rzeźnika nie zwalnia, rok minął i w mojej ocenie, organizacyjnie wskoczył na jeszcze wyższy poziom. Zawodnikom niczego nie brakowało, przed biegiem, na trasie czy na mecie. Na każdym kroku wolontariusze chętnie pomagali. I pomimo, iż słyszę czasami, że to już zrobiła się komercja, to nie ma znaczenia, bo wciąż widać zaangażowanie organizatorów i wciąż czuć ducha Rzeźnika.

To jeszcze na koniec, jak oceniasz formule biegu, czyli bieg parami?

Michał Łojewski: Biegów „solo” jest mnóstwo, bieg parami jest bardziej wymagający, trzeba współpracować, taki bieg uczy też odpowiedzialności za partnera „w niedoli”. Dwa organizmy w różnym czasie potrzebują różnego wsparcia, to na pewno wzmacnia obie strony mentalnie i fizycznie. W dzisiejszych czasach indywidualistów, uważam to za zaletę.

Wyniki V Festiwalu Biegu Rzeźnika