Krzysztof Szwedzik, jak sam o sobie pisze – „jest maratończykiem i biegaczem, którego bogate doświadczenia biegowe są rezultatem wyczynowego uprawiania lekkiej atletyki w młodości oraz kilkunastu tysięcy kilometrów przebiegniętych podczas treningów i w masowych biegach ulicznych na kilku kontynentach. Na swoim koncie ma liczne starty w maratonach w Polsce i na świecie, w tym największe i najsłynniejsze maratony w Nowym Jorku, Berlinie, Paryżu, Sztokholmie, Rotterdamie, Wiedniu czy Atenach, jak również dziesiątki innych, masowych biegów ulicznych na krótszych, niż maratoński dystansach„.

Z Krzysztofem rozmawiamy o jego biegowej pasji, zauważalnych zmianach w podejściu do biegania na przestrzeni lat, a także o projekcie Mazury Tour.

Lekkoatletykę trenowałeś jako dziecko, potem zdaje się powróciłeś na dobre do sportu dopiero w wieku 40 lat? 

Krzysztof Szwedzik: W moim życiu, poza bieganiem uprawiałem też kilka innych dyscyplin sportu, w tym przez wiele lat – karate i judo oraz tenis ziemny od dzieciństwa, który po bieganiu był zawsze i jest do dzisiaj moim drugim sportem. Skakałem również o tyczce, ale zawsze, co jakiś czas wracałem do biegania, które było moją największą pasją. Biegałem wówczas różne dystanse, ale tym naprawdę „moim” okazał się bieg 400 m przez płotki. Trening w tej konkurencji jest bardzo wymagający, wymaga połączenia kilku różnych cech: szybkości, dobrej techniki oraz nieprzeciętnej wytrzymałości. Z czasem okazało się, że właśnie ta ostatnia była moją najmocniejszą stroną. W planach mojego ówczesnego trenera miałem potem wyczynowo biegać na 800 i 1500 m, ale do tego jednak nie doszło. Zakończyłem wyczynową karierę wybierając naukę. Ale o bieganiu nigdy nie zapomniałem, nawet wtedy gdy na studiach prowadziłem mało higieniczny tryb życia.

Biegałem od czasu do czasu, rekreacyjnie, wyłącznie dla siebie. Intuicyjnie czułem jednak, że prawdziwe „Bieganie” prędzej czy później przypomni o sobie. I tak się stało w 2004 roku, kiedy będąc przypadkowym kibicem jakiegoś ulicznego biegu w Warszawie zobaczyłem twarze umęczonych biegaczy, którzy mimo strasznego upału biegli dalej, do mety. Wtedy postanowiłem wrócić na serio do pasji z młodości. Poza tym, przyjrzałem się uważniej moim znajomym rówieśnikom, z których wielu nosiło coraz większe rozmiary ubrań i zaczynało mieć problemy z wejściem po schodach na pierwsze piętro, nie wyobrażając już sobie życia bez samochodu. Nie chciałem być jednym z nich, więc po kilku tygodniach przygotowań zapisałem się na listopadowy Bieg Niepodległości. No i wtedy się zaczęło…

Krzysztof Szwedzik

Fot. Artur Kobuszewski

Masz za sobą maratony w Polsce i na świecie m.in. w Nowym Jorku, Londynie, Berlinie, Paryżu, Sztokholmie, Rotterdamie, Wiedniu czy Atenach, któryś z nich najbardziej Cię zachwycił?

Krzysztof Szwedzik: Jak dotąd ukończyłem ponad 30 maratonów w wielu miastach na całym świecie i było wśród tych maratońskich zmagań wiele, które będę zawsze pamiętał. Każdy uliczny maraton to naprawdę wielka impreza sportowa na którą składa się wiele różnych czynników – organizacja, atmosfera danego miasta, doping kibiców na ulicach, poziom sportowy, pogoda w danym dniu, itp. Zatem na ewentualny zachwyt składa się cały szereg elementów, w tym również i wynik, jaki w danym maratonie osiągnęliśmy. No bo jeżeli była to „życiówka”, to jesteśmy skłonni uznawać taki maraton za naprawdę wyjątkowy… U mnie tak się złożyło, że w tych moich najbardziej „zachwycających” maratonach, żadnych rekordów nie pobiłem, ale zapamiętałem te biegi jako naprawdę wspaniałe.

Krzysztof Szwedzik

Fot. archiwum prywatne Krzysztof Szwedzik

Pierwsze dwa, to ex aequo: Nowy Jork i Londyn. W obu przypadkach nieprawdopodobna ilość kibiców na trasie, czyli za każdym razem około 2 miliony ludzi! Poza tym Nowy Jork żyje maratonem już tydzień wcześniej i jeszcze 3 dni po biegu, natomiast Londyn to absolutnie perfekcyjna organizacja i równie wspaniała atmosfera. Lecz tym trzecim, którego nigdy nie zapomnę jest maraton w Atenach rozgrywany na historycznej trasie z miasteczka Maraton do centrum Aten. Finisz tego biegu na czarnej, tartanowej bieżni stadionu Panathinaiko, którego wykonane z różowego marmuru trybuny są w stanie pomieścić 70 tys. ludzi jest czymś absolutnie wyjątkowym. Trasa ateńskiego maratonu jest trudna i rekordy tu raczej nie padają, ale jego atmosfera jest naprawdę niepowtarzalna. Dla przykładu, na pierwszych kilometrach maratonu kibice wręczają biegaczom gałązki oliwne, które powinno się donieść do samej mety. Ja tą swoją, zasuszoną już gałązkę, mam do dzisiaj i jest to jedna z moich najcenniejszych, maratońskich pamiątek.

Twój ulubiony dystans to właśnie maraton?

Krzysztof Szwedzik: Zdecydowanie tak. Mówi się, że to dystans królewski, ale na pewno to bardzo długi bieg w trakcie którego mnóstwo się może wydarzyć, dlatego też jest tak fascynujący. Nigdy nie ma dwóch takich samych maratonów, nawet jeżeli biegniemy kolejny raz w tym samym mieście i na tej samej trasie. Przykładowo, w Wiedniu i w Warszawie biegłem po kilka razy, ale za każdym razem był to zupełnie dla mnie inny bieg. Maraton to bieg wyjątkowy pod każdym względem, poczynając od tego, że przygotowania do niego trwają zwykle pół roku, a liczba kilometrów, które trzeba wtedy wybiegać jest naprawdę bardzo duża. To jest ogromne wyzwanie, któremu nie wszyscy zaczynający takie przygotowania są w stanie sprostać. Te przygotowania wymagają bowiem choćby dużych zmian w organizacji codziennego życia: w diecie, w trybie życia, a nawet kontaktach z bliskimi i znajomymi. To nie zawsze jest łatwe i wymaga sporej determinacji oraz siły woli.

W końcu jest wreszcie sam start w maratonie, a każdy maraton to wypadkowa błędów popełnionych na trasie, ale też i przed biegiem oraz pogody panującej w danym dniu. Stawałem na starcie maratonu ponad 30 razy, za każdym razem z szacunkiem i pokorą dla tego dystansu, który i tak zweryfikował mnie wielokrotnie. Mimo to nie rezygnuję i uważam, że warto mierzyć się wielkim wyzwaniem, jakim jest pokonanie królewskiego dystansu. Nikogo nigdy do tego nie namawiam, ale szczerze polecam. Choćby po to, aby lepiej poznać samego siebie oraz własne możliwości. Zapewniam, że po ukończeniu pierwszego w życiu maratonu, nic już nie będzie się wydawało takie samo jak poprzednio. Tytuł maratończyka nobilituje i pozwala uwierzyć w siebie. W końcu, według międzynarodowych statystyk tylko jeden procent ludzi na świecie ukończyło maratony, a zaledwie promil zrobiło to w czasie poniżej 4 godzin.

Widzisz zmiany w podejściu ludzi do samego biegania na przestrzeni ostatnich lat?

Krzysztof SzwedzikTak, i to duże. Zaczynałem biegać maratony w czasach, gdy na starcie największych maratonów w kraju stawało około tysiąca osób, a sam bieg i jego przeprowadzenie było wręcz nienawidzone przez mieszkańców danego miasta (problemy komunikacyjne etc.). Wiele się pod tym względem zmieniło. Dzisiaj widzę stoiska polskich maratonów na zagranicznych biegach, a sami uczestnicy rodzimych maratonów są naprawdę doceniani i dopingowani.

Nie zmienia to jednak faktu, że wielu biegaczy w ogóle zrezygnowało z biegania maratonów w miastach. Z grubsza rzecz biorąc, wybrali dwie inne opcje – triatlon, albo biegi ultra. Ci których na to było stać przyciągnęła widowiskowa atrakcyjność triatlonu, a pozostali pokochali bieganie w naturze, czyli najczęściej rozgrywane na terenach górskich biegi ultra. Oba środowiska stworzyły z czasem dość zamknięte kręgi biegaczy, żyjących własnym – triatlonowym, albo „ultrasowym”  życiem. Tak naprawdę, tradycyjne, masowe bieganie uliczne mało ich interesuje. Jeżeli już, to w ramach przygotowań do kolejnego startu ultra lub triatlonu. Na szczęście ostatnio zarysował się wyraźniej jeszcze jeden trend – czyli powrotu do biegania dla czystej przyjemności, bez quasi wyczynowych treningów, bicia kolejnych rekordów życiowych i  licznych startów w zawodach. Ta grupa ludzi chce po prostu sobie pobiegać, a nie wyczynowo trenować. Osobiście, uważam to za bardzo zdrowy trend i cieszę się z niego, choć sam wciąż biegam te moje maratony…

Sześć lat temu postawiłeś przed sobą cel, przebiec 1000 km drogami i duktami Warmii i Mazur w 40 dni. Skąd pomysł na takie wyzwanie?

Krzysztof Szwedzik: Miałem kiedyś przyjemność pobiec ze słynnym biegaczem transkontynentalnym Serge Girardem – czyli człowiekiem, który przebiegł wszystkie zamieszkane kontynenty. Dużo w trakcie tego wspólnego biegu rozmawialiśmy o jego wyczynach, a potem śledziłem jego następne przedsięwzięcia biegowe. I to on mnie bezpośrednio zainspirował, a że od wielu lat mieszkam na moich ukochanych Mazurach, więc koncepcja wyprawy biegowej „Mazury Tour 2013” powstała niemalże z dnia na dzień. Chciałem też zwyczajnie sprawdzić samego siebie.

W końcowym rezultacie, wyprawa „Mazury Tour” okazała się największą przygodą mojego życia, której z pewnością nigdy nie zapomnę. Może dlatego, że było w niej trochę szaleństwa i sporo odwagi. Przed rozpoczęciem wyprawy wierzyłem, że będę w stanie biegać po około 30 km/dziennie przez około 10 dni. Ale nikt, włącznie ze mną nie potrafił wtedy odpowiedzieć na pytanie jak zachowa się mój organizm po dajmy na to 25-30 dniach takiego biegania, bez ani jednego dnia przerwy. W końcu nie byłem już wówczas najmłodszy. Spodziewałem się, że będzie ciężko. I było. Chwilami nawet bardzo, zwłaszcza wtedy, gdy odczuwalna temperatura otoczenia sięgała minus 16 stopni, albo gdy biegłem kilkaset kilometrów z naderwanym mięśniem. Ale gdybym mógł to powtórzyć, nie wahałbym się nawet pięciu minut. To jest właśnie wielka siła marzeń, które są po to, aby je realizować. Przyznam, że mam w głowie jeszcze jedno, podobne marzenie biegowe, które może kiedyś również się uda spełnić…

mazuty on tour

Mazury Tour 2013 Fot. archiwum prywatne Krzysztof Szwedzik

Po takim wyczynie nie masz ochoty startować w biegach ultra?

Krzysztof Szwedzik: Jak dotąd nie. W trakcie wyprawy „Mazury Tour” przebiegłem setki kilometrów przez mazurskie pola, ogromne lasy i całkiem spore wzniesienia. Do tego często w koszmarnych warunkach pogodowych, więc dobrze wiem czym ultra bieganie… pachnie. Nie ciągnie mnie również dlatego, że środowisko „ultra” w Polsce jest dosyć zamknięte i skoncentrowane na sobie. Podobni do mnie „klepacze asfaltu” się tam raczej nie liczą. Uważam jednak, że każdy biegacz powinien „biegowo” sam dorosnąć i wybrać swoją własną, biegową drogę. Dla jednego będzie to właśnie ultra, dla drugiego rywalizacja w triatlonach, a dla jeszcze kogoś innego – biegi przeszkodowe lub crossfit. Ja wybrałem maratony, chociaż dalekie wyprawy biegowe są najbliższe mojemu sercu, gdyż najlepiej oddają to, co w bieganiu kocham najbardziej, czyli prawdziwą wolność. Mogę bowiem zawsze pobiec tam gdzie chcę i kiedy chcę, czyli po prostu przed siebie. Nieważne, czy po asfalcie, leśnym duktem, w górach czy po plaży. Zimą czy latem, wieczorem lub wczesnym rankiem. Mogę ostro trenować lub po prostu sobie pobiegać. To wszystko zależy wyłącznie ode mnie i to w bieganiu jest dla mnie najpiękniejsze.

Zawodowo jesteś od lat związany ze Sklepem Biegacza. Jak oceniasz rozwój sprzętu biegowego?

Krzysztof Szwedzik: Z perspektywy ośmiu lat pracy w Sklepie Biegacza mogę powiedzieć, że zmieniło się praktycznie wszystko. Dzisiejszy sprzęt do biegania jest właściwie nieporównywalny z tym, co było jeszcze tak niedawno. Wystarczy tylko porównać buty Adidasa sprzed „boost-owej” rewolucji z dzisiejszymi modelami Ultraboost czy Solar Boost. To przepaść. Podobnie rzecz się ma z butami marki  Nike – przecież obecny model Vomero 14 ma tak naprawdę mało wspólnego z jego poprzednikiem z edycji, dajmy na to np. 7. Nie wspominając już o arcydziele biegowej technologii, czyli modelu Nike Vaporfly 4%. Ale generalnie rzecz biorąc, dzisiejsze buty biegowe są zdecydowanie lżejsze (oceniam, że średnio o ok. 100 gram) i dużo bardziej dynamiczne, dzięki zastosowaniu coraz doskonalszych technologii, takich jak:  „Boost” Adidasa, „Zoom-X” firmy Nike,  Fresh Foam od New Balance, czy też Flytefoam ASICS.

Podobne, choć nie tak już spektakularne zmiany nastąpiły na rynku odzieży biegowej, która jest dzisiaj lżejsza niż kiedyś, zdecydowanie lepiej oddycha i odprowadza wilgoć oraz lepiej chroni przed zimnem. Pojawiła się też odzież kompresyjna i akcesoria z tym związane. Gdy stawałem na starcie moich pierwszych maratonów, zaledwie jeden na dziesięciu biegaczy miał na nogach opaski lub skarpety kompresyjne. Dzisiaj proporcje się odwróciły i tylko jeden z dziesięciu maratończyków tego rodzaju sprzętu nie ma na sobie. Rewolucja nastąpiła również na rynku zegarków biegowych, czyli pulsometrów. Przed dziesięcioma laty zegarek z wbudowanym GPS-em to było istne cudo techniki, pomijając samą jakość działania ówczesnego GPS-u. Dzisiaj, nie mamy już na rynku zegarków bez wbudowanego takiego czujnika, a na naszych oczach dokonuje się kolejna rewolucja, czyli nadgarstkowy pomiar tętna staje się rynkowym standardem. 

Ta sprzętowa rewolucja zmieniła bieganie w ostatniej dekadzie, choć  moim zdaniem dotyczyła głównie tych, którzy zaczęli to całe bieganie poważnie trenować.  Z drugiej jednak strony, wciąż widzę na ulicach jeszcze wielu biegaczy, którzy truchtają w rozczłapanych, byle jakich butach sportowych (wcale nie biegowych!), a do pleców przyklejają im się mokre od potu, bawełniane koszulki. Ba!, nawet w takich startują w zawodach, bo w końcu kiedyś tam, kolega „Zenek” ukończył maraton biegnąc w… zwykłych trampkach. Ok, można i tak, ale mówiąc szczerze, jestem tym trochę zawiedziony bo sądziłem, że wraz z rozwojem biegowego rynku wzrośnie również „świadomość sprzętowa” naszych biegaczy. Niestety, tak się nie stało i nie jest to tylko kwestia ceny, bo dzisiaj można bez problemu kupić na różnych wyprzedażach,  nowe i dobre buty biegowe za nawet jedną trzecią ich pierwotnej wartości. Myślę, że to raczej kwestia mentalności polskich biegaczy.

Pełną relację z wyprawy Mazury Tour można poczytać na stronie Krzysztofa: mazurytour.pl