Mateusz Śliwiński, do którego częściej wszyscy mówią po prostu „Mati”, swoją przygodę z bieganiem zaczął 4 lata temu. Od tamtej pory bieganie pochłonęło Go całkowicie. Bez względu na pogodę, słońce, deszcz czy mróz realizuje kolejne jednostki treningowe, walcząc o progres. Na tym bowiem skupia się najbardziej. Prowadzi swój FanPage, który nazwał Wybiegać progress – by Mati.
Zapraszamy do rozmowy z Mateuszem o bieganiu i walce o kolejne rekordy życiowe.

Podczas Biegu Oshee rozgrywanego w ramach Orlen Warsaw Marathon złamałeś wymarzoną barierę 36 min, uzyskałeś wynik 35:36, bijąc poprzedni rekord aż o 36 s. Wymagało to sporej pracy?

Mateusz Śliwiński: Szczerze mówiąc złamanie bariery 36 minut to tylko przystanek w drodze do celu jakim jest pokonanie granicy 35 minut. Jeśli uda mi się to zrobić będę naprawdę usatysfakcjonowany. Oczywiście po roku przysłowiowego „walenia w mur”, gdzie mój poprzedni rekord wynosił 36:12 a kolejne rezultaty sporo od niego odbiegały priorytetem było, aby pojawiło się wreszcie 35 „z przodu”. Finalnie skończyłem bliżej 35:30, aniżeli 36:00, z czego się bardzo cieszę. Jestem jednak zdania, że do celu należy podążać krok po kroku. W bieganiu nie ma drogi na skróty. Nie można mieć wszystkiego na raz. Teraz udało się poprawić życiówkę o 36 sekund. Do celu pozostaje urwanie kolejnych 37 sekund. Swoją drogą po zawodach dostałem upominek, szejker z napisem „Slow progress is better than no progress” (powolny postęp jest lepszy, niż brak postępu) i niesamowicie to hasło do mnie trafiło. Na pewno będzie jednym z przewodnich w mojej dalszej biegowej przygodzie.

Mateusz Śliwiński

Miałeś chyba chwilę zwątpienia przed startem? Sam wspominałeś, że bałeś się, że skończy się opisem – „Trenowałem jak nigdy, pobiegłem jak zawsze”.

Mateusz Śliwiński: Zawsze jest jakieś ryzyko. Miałem świadomość pracy jaką wykonałem w zimie. Nie szukałem wymówek, trenowałem, uskuteczniałem treningi uzupełniające, szukałem nowych bodźców, czasami może nawet eksperymentowałem. Z perspektywy czasu dochodzę jednak do wniosku, że w bieganiu, nawet tym czysto amatorskim niesamowite znaczenie ma dobre nastawienie i i mocna głowa. Często bieg rozgrywa się w głowach ambitnych biegaczy już dużo wcześniej, niż sam wystrzał startera. Ja akurat należę do tego grona osób, które to mocno przeżywają. Sztuką jest sobie z tym poradzić, nie spalić się, uwierzyć w swoje możliwości. W Warszawie się powiodło, ale to nie oznacza, że ja już tę sztukę opanowałem. Będą kolejne ważne starty, będzie stres, będzie niepewność.

Jak zmotywowałeś się do walki?

Mateusz Śliwiński: Jeśli mowa o ostatniej dobie i godzinach przed startem to byłem o dziwo spokojny. Choć powinienem użyć raczej sformułowania wyciszony. Pojechałem do stolicy dzień wcześniej z dwoma znajomymi, w tym trenerem. Każdy z nas miał tam coś do zrobienia i każdy koncentrował się na swój sposób. Ilu biegaczy tyle charakterów. Sobota nie była jakaś nadzwyczajna, no może oprócz tego, że zjadłem więcej, niż zwykle. W niedzielę rano ledwo wyszedłem na przystanek a już zaczepił mnie inny biegacz, jak się okazało również pochodzący z Lublina a pracujący w Warszawie. Drogę na Błonia Stadionu Narodowego tak skutecznie mi zajął swoimi opowieściami, że chyba nie miałem czasu się stresować. Kiedy już dotarłem na miejsce, zacząłem chodzić swoimi ścieżkami. Przed startem bywam nieznośny. Zdawałem sobie sprawę z faktu, że pracowałem na coś od kilku miesięcy a teraz będzie trzeba załatwić tę sprawę w trochę ponad pół godziny w myśl zasady „meta wszystko zweryfikuje”. A że swój swojego znajdzie po zaledwie minucie rozgrzewki natrafiłem na moich „kompanów” z drużyny i zrealizowałem z nimi kilkunastominutowy rozruch. Następnie podążyłem na start, ustawiłem się do swojej strefy czasowej (jeszcze tej powyżej 35 minut – uśmiech), krótka modlitwa i nie ma odwrotu. Tłum ruszył a ja wraz z nim.

Pamiętasz swój pierwszy start w zawodach? Jak zaczęła się Twoja przygoda z bieganiem?

Mateusz Śliwiński: Oczywiście, że tak. To był nocny bieg na dystansie 10 kilometrów w styczniu 2015 roku. Na niezbyt płaskiej trasie (w Lublinie raczej takich nie mamy) pobiegłem wtedy 46:29. Pamiętam, że nie miałem wtedy jeszcze żadnego zegarka biegowego. Biegłem zatem bez kontroli tempa, na tyle ile w tamtym czasie dawałem radę. To były moje pierwsze zawody i wiadomo jak chyba większość wsiąkłem w to na dobre. Po dwóch miesiącach pobiegłem pierwszy raz na zawodach dystans połowę krótszy i zameldowałem się na mecie z czasem 20:30. To był całkiem niezły prognostyk. Zacząłem biegać systematyczniej, z naciskiem na „biegać” a nie „trenować”. Chciałem po prostu poprawiać te wyniki. Z czasem to bieganie pozbawione jakichkolwiek biegowych urozmaiceń przekształciło się już w sensowniejsze trenowanie i tak jest do dziś.

Mateusz Śliwiński

Wynik niecałe 46:30 w debiucie na 10 km to faktycznie dobry prognostyk. Trenowałeś coś wcześniej?

Mateusz Śliwiński: Nie bezpośrednio przed rozpoczęciem przygody z bieganiem, ale miałem kilkuletni epizod związany z grą w piłkę nożną. Można więc przyjąć, że jakąś tam bazę posiadałem. Oczywiście w przypadku piłki nożnej mówimy o zupełnie innym bieganiu, bardziej interwałowym tzn. „od linii do linii”. Fakt faktem jednak, że przez kilka lat grałem na pozycji napastnika. Nie wyróżniałem się niczym szczególnym na boisku, może tylko poza jedną cechą. Dysponowałem niebywałym przyśpieszeniem. Zdarzało się tak, że drużyna grała pode mnie. Trener w szatni jasno dawał do zrozumienia, że mam ustawiać się bezpośrednio przed ostatnim obrońcą, wtedy „idzie” prostopadłe podanie za plecy tego właśnie obrońcy, ja „urywam” się mu w mgnieniu oka i mam już przed sobą tylko bramkarza i siedem metrów, aby zmieścić piłkę w siatce. Bywały mecze, kiedy pytano mnie nie czy strzelę gola, tylko ile ich w tym meczu będzie, ale to stare czasy. W zasadzie sam do nich nawet pamięcią nie sięgam i gdyby nie twoje pytanie pewnie nawet bym sobie o tym akurat teraz nie przypomniał. To świadczy tylko o tym jak mnie aktualnie pochłonęło bieganie.

W bieganiu najbardziej podoba Ci się ściganie?

Mateusz Śliwiński: Różnie z tym bywa. Są zawody, w których wiesz, że profil trasy, warunki atmosferyczne, czy twoja aktualna dyspozycja nie pozwolą Ci osiągnąć wybitnie satysfakcjonującego rezultatu, ale masz np. do pokonania kilku stałych rywali, gdzie te pojedynki indywidualne stawiasz sobie za cel lub kiedy wiesz, że biegniesz na wynik drużyny i jesteś za to współodpowiedzialny. Są też zawody, gdzie jadąc wiesz, że „zginiesz” w tłumie, dobiegniesz daleko za elitą, ale sama obsada i uwarunkowania pozwolą Ci uzyskać być może najlepszy rezultat w życiu, czy w konkretnym sezonie. Wtedy miejsce na mecie schodzi na dalszy plan, bo jedziesz „nabiegać” konkretny wynik. Wracasz do domu bez statuetki, bez pucharu, z medalem jak przecież każdy inny uczestnik tego biegu, ale z wynikiem, który jest później mocnym punktem w twoim biegowym CV. Co do samego ścigania to niewątpliwie moim atutem jest mocny finisz. Żeby jednak miał on w pełni sens, trzeba być silnym na całym dystansie. Na wynik nie pracuje się ostatnią prostą, tylko konsekwentnym biegiem od samego startu. Wraz z trenerem będę nad tym pracował, aby uczynić mnie biegaczem amatorem z dużo lepszym nastawieniem, z wiarą z to, że kolejne granice są tylko w głowie. Jest jeszcze sporo do zrobienia.

Narazie skupiasz się zatem na dystansach 5 i 10 km? Nie korci Cię czasem start w maratonie?

Mateusz Śliwiński: Zdecydowanie dystanse 5 i 10 kilometrów to są dla mnie priorytetowe. Wierzę w powolny, ale jednak stały progres. Nazwa mojego profilu nie jest z resztą przypadkowa. Chciałbym nadal pracować nad szybkością i poprawić swoje dotychczasowe rekordy na tych dystansach. Maraton? Byłem już nawet na jeden zapisany, ale szczęście w nieszczęściu, pewna sytuacja życiowa sprawiła, że w nim nie wystartowałem i absolutnie tego nie żałuję. Na maraton przyjdzie jeszcze odpowiedni czas. Nie będę ukrywał, że jeśli dojrzeję do maratonu to będę zainteresowany debiutem z „dwójką” z przodu. Wiele czytam, słucham opinii maratończyków i na każdym kroku uświadamiam sobie jak wiele pokory trzeba mieć do królewskiego dystansu. Jeśli będę gotowy na łamanie trzech godzin to z pewnością podejmę wyzwanie, póki co trzeba rozwijać potencjał szybkościowy. Kolejne sekundy są przecież do urwania. 

Coraz częściej mówi się o ucieczce biegaczy z biegów ulicznych w trailowe zmagania. Za co lubisz asfaltowe biegi?

Mateusz Śliwiński: Nie neguję zawodów górskich, ale to z pewnością inny rodzaj biegania. Wysiłek trwa nieporównywalnie dłużej a sama intensywność biegu jest relatywnie mniejsza, co związane jest rzecz jasna z wymagającym ukształtowaniem terenu. Zakładam jednak, że wielogodzinne przebywanie na trasie rekompensują niesamowite widoki krajobrazowe. W Lublinie, w którym się urodziłem i wychowałem nie jest zbyt płasko, ale do gór nam jeszcze daleko. Od początku preferuję bieganie po asfalcie, jako tej szybszej i krótszej formy wysiłku. Często jest tak, że biegacze długodystansowi traktują asfaltowców jako nieco słabszy sort. Zawsze jednak stanę w obronie osób, które biegają znacznie krótsze dystanse, ponieważ intensywność i wyjście ze strefy komfortu podczas zawodów bywają naprawdę mocno odczuwalne. Dodam tylko, że mieszkam niespełna kilometr od najbardziej popularnego i najczęściej odwiedzanego lasu w okolicy i kiedy tylko pozwala mi na to plan treningowy, chętnie korzystam z jego uroków. Owszem nie są to co prawda góry i piękne doliny, ale na godzinne wyciszenie i odciążenie stawów od bruku i asfaltu to świetne miejsce. 

Obecnie swoje życie związałeś z bieganiem, na co dzień można Ciebie spotkać w Sklepie Biegacza w Lublinie. Poza treningiem zainteresowałeś się sprzętem biegowym?

Mateusz Śliwiński: Moja praca tego nadzwyczajnie wymaga, ale czuję się z tym dobrze i nie traktuję tego jako przykry obowiązek. Jako doradca muszę być przede wszystkim wiarygodny. W katalogach i Internecie można przeczytać dużo i oczywiście zgodzę się z tym, że są to często bardzo wartościowe teksty. Sam z nich często korzystam, aby zgłębiać swoją wiedzę. Nie zmienia to jednak faktu, że możliwość uczestnictwa w szkoleniach organizowanych przez samych producentów specjalistycznego sprzętu biegowego i testowanie go przynosi dużo więcej korzyści, pozwala na wyrobienie sobie własnego zdania na określony temat. To z resztą doceniają sami klienci, kiedy przekonuję ich jak określony sprzęt będzie się sprawował w konkretnych warunkach. Praca w Sklepie Biegacza mi to w zupełności umożliwia, przez co absolutnie nie żałuję swojej decyzji sprzed dwóch lat. Miałem już doświadczenie w handlu, ale bieganie na pewnym etapie wzięło górę i postawiłem na ścisłą specjalizację. 

baner-PB-750x300-sezon-startowy