Weekend na Zamieci pełen był skrajnych emocji. Niemal dziecięcej radości na widok hałd śniegu, których na Pomorzu dawno nikt nie widział, ale i strachu, gdy silny wiatr i słaba widoczność, połączona w wpadaniem w śnieg niemal po pas, potęgowała ryzyko wychłodzenia… 

Zamieć to 24h ultramaraton rozgrywany na ok. 14 km pętli Szczyrk-Skrzyczne-Szczyrk. Odbywający się zawsze w ostatni weekend stycznia. To częściej nie tyle bieg, co wyzwanie i próba charakteru. To jak gra z górami w pogodową loterie, a każda runda gwarantuje inne doznania i przeciwności z którymi przyjdzie się zmierzyć. Często własnym strachem, gdy momentami można się poczuć jak na na planie filmu górskiego z Himalajów. Mimo to chce się tu wracać.

Jak mówił Łukasz Czyż – Zamieć  to dla mnie impreza która jest tworzona przez biegaczy dla biegaczy. Organizatorzy to pozytywnie zakręceni ludzie. W moim przypadku była to już 4 edycja w której brałem udział. Wracam tam, ponieważ warunki w jakich można pobiegać na pętli są bardzo nieprzewidywalne. Poza tym jest to impreza biegowa która ma swój urok i pokazuje charakter biegacza. Jeżeli mnie na chwilę obecną zapytasz czy w 2020 podejmiesz ponownie wyzwanie o nazwie ZAMIEĆ odpowiem bez wahania: TAK.

Łukasz to jedna z naszej 8-osobowej ekipy z pokoju pobliskiego schroniska, która wspierała się wzajemnie przez cały wyjazd. Wymieniając wrażeniami, czy też dzieląc się sprzętem, bo Zamieć, jak wspominaliśmy, tak jak zima drogowców, co roku potrafi zaskakiwać i nikt ruszając na pętlę, nie był pewny co zastanie.

Powrót

Też chciałam tu wrócić. Choć udało się dopiero po 3 latach. Edycja z 2016 r. charakteryzowała się silnymi wiatrami, dochodzącymi w górnych partiach gór w porywach nawet do 140 km/h. Ten wiatr, ale i niezwykle wymagający, oblodzony zbieg z kamieniami tzw. rynna, sprawiły, że po raz pierwszy na własnej skórze poczułam wówczas niebezpieczeństwo jakie czyhać może w górach. Idealnie obrazowało, że nie sztuką jest zdobyć szczyt ale i z niego zejść. To na zbiegach dochodziło do największej ilości upadków i wypadków. Także poważnych, z koniecznością interwencji GOPR. Sama wtedy się ich zwyczajnie bałam, a po biegu robiłam żartobliwy bilans, licząc wielkość siniaków, poniszczony sprzęt, pytając jednocześnie, czy w regulaminie było coś o propagowaniu zdrowego trybu życia, bo po raz pierwszy w życiu na zawodach poczułam realne zagrożenie, poczułam, że choć był to dopiero pierwszy bieg w roku, to równie szybko mógłby być tym ostatnim.

Wówczas startowałam indywidualnie. Teraz przyszedł czas na nowe doświadczenie – sztafetę. Na odprawie tuż przed startem Organizatorzy wspomnieli, że takiej ilości śniegu jeszcze tu nie było, tylko zażartowałam – „No tak, normalnie być nie może, to nie przy moim „szczęściu”. Takiej ilości białego puchu nawet w dolnych partiach dawno nie widziałam, ale przecież wciąż jeszcze sypało. 

StartPunkt 12:00 wystartowały osoby zmagające się z pętelką indywidualnie, jak i sztafety. Umówiłyśmy się, że u nas pierwsza poleci Beata z którą od dawna rozważałyśmy start. Wróciłam do schroniska, wspólnie z Dorotą Treja-Zdanowska, która została najszybszą kozicą tegorocznej Zamieci (zrobiła najszybsze okrążenie wśród wszystkich kobiet oraz wśród panów była wysoko), wyczekiwałyśmy swoich zmian. Z lekkim niepokojem to zerkałyśmy na zegarek, to odświeżałyśmy wyniki, rozmyślając o warunkach na trasie. Czas jakby się dłużył, a napięcie wzrastało.

Wreszcie zadzwonił wyczekiwany telefon i sygnał „zbiegam”, na taki się umówiłyśmy. Powinno być już zatem łatwiej, szybciej. Choć tylko w teorii, jeśli „rynna” znów kryła niespodzianki. Przygotowana ruszyłam na metę. Tam docierały dopiero osoby z wcześniej startujących dystansów Zawieruchy (27 km) czy Zadymy (ok. 14 km, jedna pętla Zamieci), tylko powtarzały kolejno: „masakra”, „nie da się biec”, „nie da się zbiegać”, „to jak przeprawa”. Równie szybko rozeszła się między zawodnikami informacja, że z trasy zwieziono całą grupę osób, zapomniano tylko dodać jakiej. To jednak świadczyło, że wcale nie jest wesoło.

Przyszło cierpliwie czekać. Jednak, gdy kolejne słowa o masakrycznym zbiegu, padały z ust osób specjalizujących się w tym elemencie, pojawił się lekki niepokój. Wciąż miałam przed oczami leżącą dziewczynę przed trzema laty ze złamaniem na zbiegu. Zaraz obok strachu pojawiło się zaciekawienie, chęć przeżycia przygody, po którą przyjechałam. Nie było presji. Nie stawiałyśmy sobie przed startem wygórowanego zadania, planowałyśmy pokonanie 6 pętli.

Jeszcze przed startem miałyśmy z Beatą dylemat jak podzielić nasze pętle, by jedna mogła oglądać zachód, a druga wschód słońca. Wszystko wskazywało na to, że tym razem ominie nas jedno i drugie. Minuty mijały, a na mecie wciąż brakowało nawet czołowych zawodników 24h zmagań. Na szczęście w pobliskim namiocie można było się zagrzać. Wreszcie pojawiali się kolejno, widać było lekkie zmęczenie na niektórych twarzach, choć to przecież ledwo był początek zmagań. I jak się okazało, najszybszy czas był o blisko 40 minut gorszy od ubiegłorocznego, a przecież wyjadaczy nie brakowało, to tylko pokazywało, jak trudne były warunki, co i podkreślili organizatorzy podczas dekoracji. 

Czas ruszyć 

Pojawiła się i Beata, przybiłyśmy piątkę i ruszyłam w drogę. Cieszyć się górami, albo je przeklinać. Czy ta druga opcja w ogóle była możliwa w moim przypadku? Pokazać to miały kolejne kilometry. Stawka się już bardzo rozciągnęła, niektórzy robili dłuższą przerwę. Tym samym mogłam spodziewać się pustki na trasie, bez zatorów na podejściach. Przez pierwszy niemal kilometr można było swobodnie biec. Później droga zaczynała prowadzić do góry, miejscami przeplatana krótkimi odcinkami nawet bardziej płaskimi, ciągnęła się do 7,5 km. 

Kopny śnieg nie ułatwiał stawiania kolejnych kroków. Choć tyle osób przemierzyło już trasę, to nie zdążyli dobrze udeptać. Ślady tylko wskazywały, że i im nogi rozjeżdżały się to na prawo to na lewo. Już myślałam, że tylko ja zaczynam mieć problemy z błędnikiem, gdy naprzemiennie noga grzęźnie w śniegu. Ta ilość śniegu miała jednak swój urok, a każde niekontrolowane się zapadanie w śniegu wywoływało uśmiech na twarzy.

Przed 4 km czekała wąska ścieżka przy skarpie, udało się ją pokonać bez większych problemów. Paradoksalnie, mimo upływu 3 lat, doskonale pamiętałam fragmenty trasy. Nie musiałam patrzeć na oznaczenia. Im wyżej, tym śniegu było więcej, ale i porywy wiatru dawały się we znaki. Dało się też odczuć również lekki mróz. Tylko widoczności nie było niemal żadnej. Nadzieje o zachodzie słońca odeszły na dobre. Prawdziwie śnieżna kraina rekompensowała jednak wszystko.Na grani, przed ostatnim podejściem na Skrzyczne zaczął zapadać już zmrok, a wiatr zmagał się coraz bardziej. Nie wiało tak jak przed trzema laty, ale wystarczająco, by chcieć jak najszybciej opuścić ten teren, by znaleźć się w dolince, gdzie nie tylko można było spokojnie biec, ale i wiatr już tam nie docierał. Wiedziałam, że to tylko chwilowy spokój. Przede mną był jeszcze tylko jedno, kilkuset metrowe podejście do schroniska. Część biegaczy już zbiegała. Wiatr nie ustępował, rozkręcał się coraz bardziej. Ucieszyłam się, gdy w końcu dojrzałam drewniane schronisko na szczycie. Tak szybko z niego wyszłam, że omal nie dałabym znać Beacie, że zbiegam. Puściłam tylko sygnał. W tym szumie panującym na zewnątrz byśmy się i tak nie zrozumiały.

Z górki…

Teraz już tylko z górski, do mety. Zaczynałam zbiegać. Nie było jeszcze najgorzej. ale najtrudniejsze dopiero było przede mną.

500 m za schroniskiem na otwartej przestrzeni zaczęło być trudno utrzymać równowagę. Do tego zacinający śnieg zacierał ślady za każdym zawodnikiem. Nie widząc ścieżki łatwo było odbić to nieco na lewo to na prawo. Rozpoznać, że było się poza nie było ciężko. Lądowało się w śniegu nawet po pas. Przy panującym wietrze nie było już do śmiechu, Zimno zaczęło być odczuwalne. Ryzyko wychłodzenia wzrastało, a chyba tego bałam się nawet bardziej niż biegu. 

Było jednak przyjemniej niże przed laty. Obecne tu kamienie, kamyczki przykrył śnieg. Niżej przy bardziej stromych odcinkach można było zaobserwować różne style zbiegania. Niektórzy praktykowali „na narciarza”, akurat takie ślady były. Stawali, uginali nogi i jechali. Inni siadali i zjeżdżali. Byli też odważni, co lecieli na łeb na szyję, trochę im tego zazdrościłam, bo jakaś bariera w głowie sugerowała inną opcję. Wybierałam więc „narciarza”, ale czasami samoistnie wychodziła druga. Niżej wiatr już odpuścił. 

W okolicach 10 km zadzwoniłam do Beaty. Choć było z górki płasko, to jednak trudno było mówić normalnym biegu. Co jakiś czas nogi grzęzły w śniegu. Wiedziałam że czeka mnie tylko jeszcze wymagający zbieg w lesie. To właśnie na nim podczas swojego ostatniego startu zaliczyłam najgroźniejszy upadek. Zadziwiłam się, gdy zobaczyłam na nim, coś co swoim wyglądem przypominało szczelinę, dość wąską. Mogłam odetchnąć. W niej było bezpiecznie.

Potem już trochę płaskiego i z górki do Szczyrku. Przybiłam piątkę z Beatą. Wzięłam ciepłe danie i poszłam do naszego schroniska. Na korytarzu okazało się, że stuptuty całe w śniegu, zdążyły już lekko przymarznąć.

Zaczęłam się trząść z zimna, na szczęście gorąca herbata potrafi zdziałać cuda a nawet ta najzwyklejsza w takich sytuacjach potrafi mieć niesamowity smak. Można było oszacować nie mam wolne około 3 godziny, by znów wyruszyć na tę samą pętlę, wiedząc, że lekko nie będzie, a pogoda może mieć jeszcze kolejne niespodzianki.

Kolejna pętla

Sygnał w telefonie oznaczał, że pora się zbierać. Tym razem osoby na mecie wspominały o poprawie warunków pod kątem biegowym. Ścieżki stały się bardziej wydeptane. Przyszedł czas sprawdzić. Panowała już totalna cisza i pustka. Słysząc tylko skrzypienie śniegu z każdym kolejnym krokiem kierowałam się na szczyt. Poprawiła się widoczność, miejskie światło przebijały się początkowo za drzewami a wyżej rozpościerał się piękny widok zapadającego w noc, ale wciąż oświetlonego Szczyrku. To dawało nadzieję, że o ile zachód nas ominął to wschód słońca jest możliwy.

Mimo znów momentami wpadania w śnieg, mimo wiatru, bez większych problemów zameldowałam się w schronisku. Znów więcej zabawy było na zbiegu, miałam swobodę czasową, a i głównie stawiałyśmy na bezpieczeństwo.

Ostatnia

Nie zabrakło kolejnego przybicia piątki. Beata wiedziała że rusza na swoją ostatnią pętlę. Szacunkowo mogłyśmy zrobić ich więcej, ale patrząc nawet na wyniki, w obliczu małej konkurencji plasowałyśmy się na 3 pozycji. Nad czwartym zespołem mając okrążenie przewagi. Zarazem nie było w nas ambicji w walkę o wyższą lokatę. 

W przerwie zaczął doskwierać brak snu, w ostatnim czasie zdążył się zebrać deficyt, a z racji spontanicznego wyjazdu, był to zaniedbany element. Choć oczy się same przymykały, to po dogrzaniu się, trzymałam w ręku telefon czekając na sygnał. Nasz pokój zamienił się w jedną wielką suszarnię. Nawet drzwi szafek były dobrym miejscem do zawieszenia przemoczonej odzieży.

Jedni już spali, ale nie przeszkadzało im to, że my wciąż tam wchodzimy, że my wciąż mamy zapalone światło i gadamy o warunkach na trasie. Telefon zawibrował, trzeba było się ruszyć. Krótkie wyczekiwanie na mecie, ostatnia przybita piątka. Miałam sporo czasu ,aż nadto do końca zmagań pozostało przecież ponad 7 godzin, okazało się że ścieżki znów się odrobinę poprawiły. Oczywiście nie tak ubite jak co niektórzy mogliby sobie wymarzyć, żadna odśnieżarka przecież tam nie przyjechała. Myśl o wymarzonym wschodzie słońca nie ustępowała. W niższych partiach przez drzewa przebijał się księżyc, ale wyżej, niebo miejscami zaczynało nabierać barw.

Swoboda czasowa pozwalała na zatrzymanie się i uwiecznianie chwili, chociaż telefonem. Widoki były piękne, wręcz ciężko było oderwać od nich wzrok.

Na grani minęłam Karolinę Krawczyk, znaną z pięknych, trailowych zdjęć. Przeżywała swoją własną „Zamieć”, spędzając dobę w trudnych warunkach na trasie. Mogłam tylko się domyślać jak jej zimno, ale jednocześnie jak sama nie może oderwać wzroku od krajobrazów. Choć amatorsko, to przecież sama tak też z aparatem spędziłam już wiele imprez. 

Fot. Karolina Krawczyk Fotografia

Dotarłam do schroniska, ale ostatnie podejście okazało się być bardziej wymagająca. Tym razem to tu wiatr skumulował swoje siły, tak że ciężko było w ogóle iść. Meldowałam się po raz ostatni, już nawet nie dzwoniłam, że zbiegam. Beata pewnie odpoczywała, a ja mogłam delektować się górskimi widokami, nawet wiatr nie był w stanie mi tego odebrać. Tylko na zbiegu w lesie jakby biegacze pogłębili szczelinę.

Udało się dotrzeć na metę, odebrałam medal i dołączyłam do rozgadanej ekipy w pokoju. I choć pierwotnie planowaliśmy, że te godziny, które zostały do końca zmagań, przeznaczymy na sen, w końcu czekał nas jeszcze tego samego dnia powrót do Trójmiasta, to jednak działo się tyle, że o śnie nie było mowy.

Fot. Karolina Krawczyk Fotografia

Na dekoracji odebraliśmy nagrody czując że przeżyliśmy kolejną niesamowitą przygodę. W zwycięskim teamie była Kinga Siwa z którą przyjechałyśmy, zażartowałyśmy, że połowa nagród wraca tym samym w tej kategorii do Trójmiasta.

Chciałyśmy się zmęczyć, nawet nieco zmęczyłyśmy, chciałyśmy czegoś doświadczyć – doświadczyłyśmy i tego nie zamieniłybyśmy na żadne leżenie pod kocem w ciepłym pokoju.

Drogie „Skrzyczne”, my już wiemy, wracamy za rok.

baner gotowi wyruszyc na szlak?