Biegacze to niesamowicie sprytne stworzenia. Nigdy nie wiesz, kiedy Cię taki dorwie. Przykładowo: bawisz się na imprezie sylwestrowej, Twój poziom asertywności na skutek dawki endorfin spada niebezpiecznie nisko, a gdy najmniej się tego spodziewasz następuje szybkie, niby niewinne pytanie: „Wymyśliłem sobie, bieg na urodziny, pobiegłbyś ze mną?”. I tak zgodziłem się na 68 km TUT’a (Trójmiejski Ultra Track) rozgrywany nad morzem ultramaraton z Józkiem, prezesem Klubu Biegacza Jurund.

Postanowienie noworoczne przekreślone już na starcie

Prezesowi się nie odmawia, a w dodatku to na jego urodziny, no i miał biec z Bartkiem, który nieszczęśliwie skręcił kostkę… Jak tu powiedzieć „Nie”? I znów wielki plan, żeby ograniczyć starty w nowym roku, zginął śmiercią marną… i to z pierwszym dniem postanowień noworocznych. Ostatecznie zebrała się nas całkiem spora, bo dziesięcioosobowa gromadka. 16 lutego ruszyliśmy radośnie do Trójmiasta. Tam w Sklepie Biegacza czekała nas nie lada gratka, przy odbiorze pakietów mogliśmy uścisnąć rękę mistrzowi Marcinowi Świercowi!

tut - trojmiejski ultra track

Po bardzo przyjemnym wieczorze i prezentacji książki Czas na ultra”, wróciliśmy na noc do Hostelu i zaczęliśmy przygotowywać rzeczy na bieg. Biegliśmy na różnych dystansach, więc tylko część musiała wstać o piątej rano. Ponieważ start był „rzut beretem” od nas, udało się nam jeszcze zrobić 2 km rozgrzewki. Na miejsce dotarliśmy właściwie przed samym rozpoczęciem, był czas tylko żeby przywitać się ze znajomymi i życzyć powodzenia. Odliczanie, czerwone race i pierwszy podbieg. Pamiętam jak w pierwszym momencie uderzył we mnie zapach ziemi i liści przemielonych agresywnymi bieżnikami. Potem stłumiła go woń jakiejś maści rozgrzewającej, ale to już uroki biegu w tłumie, za chwilę miało się poluźnić…

Trasa

Początek spokojniutko bez spiny, bardzo towarzysko. Co parę kroków znajomi. „Ooo Siema, Ty też?”… Po paru takich spotkaniach i kilkunastu kilometrach pomyślałem sobie, że jeszcze troszkę tak pojeździmy to ze wszystkimi na starcie będziemy na Ty. Cały czas parliśmy do przodu wolnym, ale jednak biegiem. Podbiegi można było nieźle poczuć, chociaż do gór paręset kilometrów. Nierzadko zmuszały nas do mozolnego wchodzenia krok za krokiem. Pierwszy punkt, 23 kilometr, dłuższa przerwa. Narada wojenna, u Józka odezwała się kontuzja kolana, każdy leci swoim tempem. Troszkę nie tak to miało być, jakoś nie do końca jestem ok z tą decyzją, ale z drugiej strony ciężko jest też na siłę wlec się za kimś, kto tego nie chce… Wojtek i Józek ruszają przodem, ja sięgam jeszcze po moje paliwo, garść gumiżelków, dwa łyki herbatki i w drogę.

W końcu doganiam chłopaków. Jak na kontuzję kolana nieźle zasuwają. Chwila rozmowy, „Rafał leć…” no to lecę. Z początku niechętnie, ale potem endorfinki zaczynają działanie. To mój pierwszy start w tym roku. Równomierny krok, własne tempo i nie ukrywajmy… satysfakcja. Zaczynam wyprzedzać kolejnych biegaczy, w końcu zaczął się mój start. Ten pierwszy odcinek oszczędzałem siły, teraz mogłem zużyć zaoszczędzoną energię. Ruszyłem do przodu, kontrolując się jedynie tętnem. Nawet nie wiedziałem z jaką prędkością biegnę, liczyło się tylko, żeby nie wyjść poza ustalony przedział rytmu serca.

Stawka już znacznie przerzedzona, widzę innych zawodników, ale nie są to już małe odległości, już nie da się pogadać. Choć czuję zmęczenie, mam czas, żeby skupić się na tym co mnie otacza. I to jest chyba ta magia ultra, najpierw miłe spotkania ze znajomymi, rozmowy, a potem samotność i piękno przyrody. W jeden dzień przebywamy niesamowitą odległość i mamy okazję zobaczyć najpiękniejsze miejsca danego terenu. Jeszcze parę dni temu panowała tu lodowa zima, teraz urzekająca wczesna wiosna. Ten moment kiedy przyroda nabiera oddechu po zimie, by wybuchnąć kolorami chwilę później. A przynajmniej tak to wtedy czułem.

Tak dobiegłem do skrzyżowania z trasą szybkiej czterdziestki, TUT40. Widzę ciągnącą linię biegaczy. Jaka radość! Jakbym spotkał ludzi po środku pustyni i to w dodatku starych znajomych. Chwila rozmowy, wymiana wrażeń. Gdzieś tu biegną nasze dziewczyny! Rozglądam się po koszulkach szukając charakterystycznych kolorów. Dłuższy odcinek bez górek, tętno niskie, ale prędkość dobija, zaczynam z utęsknieniem wyglądać za jakimś podbiegiem. Drugi punkt, szybkie uzupełnienie bidonów, garść energo-gumi-żelków, jeszcze jedna XD i w drogę.

Już nie cieszę się na widok podbiegów…

Zaczyna być ciężkawo, pocieszam się, że do kolejnego punktu jest już bardzo niedaleko. Uparcie trzymam tempo co i raz zerkając z przejęciem na tętno. Ufff jeszcze bije XD. Znów wpadamy w bardziej pofalowany teren, podejścia stają się już większym wyzwaniem. Wcale się już nie cieszę, że znów się pojawiły. Wokół jest zapewne pięknie, ja już skupiam się coraz bardziej na każdym kroku. Wzrok kierując w ziemie, poruszany mechanicznym rytmem. Nagle na ścieżce pojawia się „Góral Z Mazur”, nie to nie halucynacja XD. Wybrał się z nami, zrobić mocniejszy trening przed sezonem w trójmiejskich górkach. Zagaduje, co tam, jak się czujesz? Coś burknąłem i biegnę dalej, nie mam siły na rozmowy, ledwie wytrzymuje tempo jakie sobie narzuciłem.

Dobiegamy do trzeciego punktu. Dowiaduje się, że dziewczyny są zaledwie kilka minut przede mną. OK nie tracę czasu. Napełniam bidony, garść energy-gumi-żelków, druga garść rodzynek i ruszam. I tutaj najgorsza przeprawa całego dystansu! Ale się wkurzałem idąc gęsiego, przy płocie, pod usypem, jak po wykopkach… Rozumiem, że czasami nie można lepiej puścić trasy, no ale… dobrze że organizatorzy byli dopiero 10 km przede mną. Na tym etapie biegu niewiele było we mnie życzliwości i wszystko mnie mega irytowało. Zbiegamy rynną odpływową i wracamy na szlak. „Góral” biegnie w pewnej odległości. Pewnie w obawie, żebym nie ugryzł XD.

Ostatnie 10 km, powtarzam sobie w kółko. Zaczynam wydawać z siebie jakieś dziwne bliżej nieokreślone, pierwotne dźwięki. Nie to żeby coś się ze mną bardzo złego działo. Po prostu wyrzucam z siebie frustrację, zmęczenie i zagłuszam rozsądek. Nieugięcie biegnę swoim tempem. Na którymś z „podbiegów” wlekąc się pod górę, jęczę niczym zombie. Ktoś się do mnie przyłącza, wybucham śmiechem, już jest mi lepiej, nie jestem sam. Ruszam z dodatkową energią na trasę. Tu już bardziej głowa niż mięśnie mnie ciągną, o nich nie myślę. Jakiś kilometr od mety wyłącza mi się akumulator. Przechodzę do marszu. Już wszystko mi jedno. Ktoś mnie wyprzedził, po raz pierwszy od nie wiem kiedy, ale nawet to mnie nie rusza. Już wiem, że dojdę do mety. Już wiem, że pokonałem ten dystans. Celebruję swój ostatni kilometr, myśląc o tym co właśnie przeżyłem.

Ostatni zbieg, flagi, tłum kibiców i zawodników. Znajome twarze. Wielka radość, medal na szyi, zdjęcia, uściski, rozmowy z przyjaciółmi. Czas na zaspokojenie prostych pragnień: coś zjeść, czegoś się napić, w końcu usiąść. Jak to cieszy :D Jeszcze chwila i już wszyscy razem, cała ekipa, świętowaliśmy naszą przygodę. Potem czekał nas już tylko powrót i mega zakwasy. Po biegu najbardziej doskwierał mi jednak ból wyłączonego dopiero 1,5 godziny po przebiegnięciu mety zegarka.tut trojmiejski ultra track meta

salomon_speedcross_5