Biegam już od kilku lat. Do dziś dzień pamiętam tę ekscytację pierwszego startu na 5 km. Ta adrenalina, tłum ludzi w dzikim pędzie, a potem po kilometrze walczysz o kolejny oddech i zastanawiasz się ile jeszcze do końca. Czy wytrzyma serce? Potem było już z górki kolejne piątki, 10 km, 10 mil, półmaraton. Po mniej więcej roku pojawiły się maratony. Mam to „szczęście”, że w moim lokalnym klubie biegowym jest ultra-maratończyk Rafał Kot, bardziej znany pod ksywką „Góral z Mazur”. Podziwiałem jego wyczyny, wsłuchiwałem się w opowieści z tras, czasem towarzyszyłem jako „support”. To była tylko kwestia czasu, kiedy sam stanę na starcie Ultramaratonu.

58 czy 92 km?

Mój wybór padł na Ultramaraton Magurski, bardzo kameralny, niesamowicie klimatyczny bieg. Rok wcześniej biegłem tam krótki, 20 km dystans. Tym razem chciałem więcej. Bieg ten ma bardzo specyficzną formułę. Mianowicie są tutaj dwa dystanse ultra 58 oraz 92 km, ale decyzję o tym, który dystans biegniesz podejmujesz w trakcie trasy na punkcie w Ożennej. Oczywiście od początku miałem w głowie 92 km, co to tam takie 58, jak ultra to ultra. Życie miało zweryfikować moje plany, ale wszystko po kolei.

Impreza odbywa się w Krempnej, małej wioseczce, obok Magurskiego Parku Narodowego, o której z pewnością nigdy bym się nie dowiedział, gdyby nie ten start. To chyba jedna z piękniejszych rzeczy ogólnie w biegach ultra, wyciągają nas do przepięknych, zapomnianych przez świat miejsc. Biuro osadzone w szkole, grupa niesamowicie pozytywnych organizatorów i ta koleżeńska atmosfera. Troszkę czułem się jak na letnim obozie za czasów podstawówki. Efekt ten dodatkowo pogłębiał nocleg w szkolnej sali gimnastycznej i przygotowania do przygody, która zaczęła się o świcie następnego dnia.

Start

Wszyscy pewnie mamy w głowach momenty startów na biegach. Skupiona linia elity, z zegarkami w dłoniach, gotowymi do wystrzału, każda setna sekundy na wagę złota. Nie zobaczycie tego w Krempnej. Strasznie mi się chciało śmiać, gdy po sygnale, towarzysko rozbawione grono ultramaratończyków zaczęło spacerem przechodzić przez linię startu. Oczywiście chwilę później zaczęła się rywalizacja i walka o pozycje, ale była w tym wszystkim jakaś niesamowita braterska zabawa. Wpadliśmy na szlak i zaczęła się gonitwa. Początek nie najgorszy, bez szarży, ale w zdrowym tempie, w końcu to nie pierwsze zawody na jakich byłem. Oczywiście nie obyło się be pomylenia trasy, na szczęście dopiero co poznani znajomi zawrócili mnie okrzykami na szlak. Wywrotka w błoto po łokcie po potknięciu o pień nieco ostudziła głowę. Tu trzeba być skupionym, to nie bieg po asfalcie gdzie momentami można zamknąć oczy.

Wybiegamy na wzgórza, przepiękny wschód słońca lśniący na mgłach kładących rosę na źdźbłach trawy. Troszkę zwalniamy, rozglądamy się w podziwie piękna jakie mamy szczęście oglądać. Zaczynał się przepiękny, słoneczny dzień, doskonały na plażę, niekoniecznie ultramaraton. Do pierwszego punktu w Chyrowej dobiegłem nieźle zmachany. To jedna z rzeczy wyróżniających ultra, punkty są rozmieszczone co około 20 km. To szmat drogi, którą trzeba przebiec z tym co mamy na plecach. Tutaj to co zrobisz na punkcie naprawdę ma znaczenie.  Uzupełniam wodę, wrzucam tablety z elektrolitami, będą potrzebne. Jeszcze chwila z arbuzem i dalej w drogę. Uśmiecham się na widok biegaczy starających się ominąć suchą stopą strumyk. Wbiegam prosto w jego środek ciesząc się krótkotrwałą ochłodą. Zaraz za nim kilka kolejnych, których już nie da się ominąć. Potem już tylko marzyłem, żeby znów się pojawiły.

Kryzys

Słońce zaczynało działać na naszą niekorzyść. Część wody poświęcałem na moczenie czapki, lepiej dbać o takie rzeczy. Biegacze coraz bardziej rozproszeni, coraz rzadziej spotykamy bratnią duszę. Coraz rzadziej jest siła na rozmowy. Krótkie powitania kilka słów i każdy rusza swoim tempem. Na szczęście organizatorzy przygotowali dodatkowe punkty z wodą. Jestem pewien że uratowały moją skórę. W tym słońcu bukłaki opróżniały się niczym na pustyni. Na tym odcinku kilka większych podbiegów, a właściwie w moim przypadku podejść, bo biegnę już tylko w dół. W głowie kalkulacje tyle i tyle km, maraton już dawno miałbym skończony. Już wiem, że długa trasa to były tylko mrzonki, ale jeszcze się oszukuję, myślę ”może jednak”. Co chwila mijam słupki graniczne, na kuszącej wysokości, gotowe służyć jako stołeczki. Walczę z myślami, odmawiam sobie tej przyjemności, wiem że jak raz siądę to ciężko będzie ruszyć, ciężko będzie sobie ponownie odmówić. Przekonuje się, że na punkcie w Ożennej usiądę i odpocznę. I tak brnę dalej.

Po ostatnim podejściu długi zbieg w dół. Tego potrzebowałem, rozruszać mięśnie, poczuć „pęd”, głęboko odetchnąć. Wbiegam na punkt odżywczy, jestem przytłoczony, ale Cola i arbuz przywracają mnie do życia. Siadam tylko dlatego, że sobie to obiecałem, tylko na sekundę, wystarczająco długo by powiedzieć że ruszam na „krótką” trasę. I to była zbawienna decyzja. Chwila adrenaliny i grupa biegaczy widocznych na horyzoncie przywróciły mi ducha rywalizacji. Jestem niesamowicie już zmęczony, ale staram się walczyć o każdy krok, delikatnie podbiegam nawet na podejściach. Myślę sobie, „to ostatnia górka” potem w dół i do mety. Faktycznie przede mną ostatni podbieg, głównie stara droga asfaltowa. Wszystko w odsłoniętym terenie, z utęsknieniem spoglądam na mijane po bokach cienie drzew. Słońce jest już za wysoko, zrobiło się nieznośnie gorąco i nie ma się gdzie schować. Dotarłem na szczyt wyprzedzając kilka osób, potem mega szybki zbieg w dół, jest siła. Przed drogą z ostatnią prostą zatrzymuje się na chwilę, zbity z tropu, coś jest nie tak. Słońce w końcu mnie dorwało.

W poszukiwaniu cienia

Wiedziałem, że do mety zostało „tylko” jakieś trzy kilometry. Całe nic, ale jednocześnie tak dużo. Prawie wszystko wypite, jakieś ostatnie łyki w bukłaku. Stoję przez chwilę w cieniu, dobiega biegacz, którego przed chwilą wyprzedziłem. Pyta czy wszystko ok. Odpowiadam, że tak tylko muszę odpocząć. On biegnie, ja spacerkiem ruszam za nim, wiem że to już wszystko na co mnie teraz stać. Od cienia do cienia snuję się w kierunku mety. Mijają mnie kolejni biegacze, troszkę gorzkie uczucie po tylu kilometrach biegu, ale staram się o tym nie myśleć. W końcu most, Krempna, zaczynam trucht, z myślą żeby może jeszcze zmieścić się w 7 godzinach. Dobiegam do szkoły okrzyki, meta, medal, ale to co najbardziej mnie ucieszyło to wąż strażacki i strumień zimnej wody. Tego potrzebowałem. Wielka radość na mecie, satysfakcja i świadomość tego co to jest ultra.

Celebracje zacząłem od zwycięskiego piwa i moczenia nóg w lodowatej wodzie w basenie obok mety. Potem pyszności przygotowane przez koło gospodyń z Krempnej. Znów basen i znowu smakołyki, trzeba wyło uzupełnić kalorie. W międzyczasie dobiegli kolejni  zawodnicy z mojej drużyny. Słuchałem ich relacji z trasy. W końcu pojawił się zwycięzca długiej trasy, Rafał Kot, nasz Góral Z Mazur i mogliśmy już wszyscy razem świętować. Chociaż z naszej paczki tylko on stanął na podium, to i tak wszyscy czuliśmy się jak zwycięzcy. Kuśtykając, opowiadaliśmy o tym co i gdzie nas boli, śmialiśmy się patrząc jak nieudolnie wykonujemy takie czynności jak siadanie.  

Po rozdaniu nagród, gdy wszyscy biegacze byli już na mecie, a Krempną spowił mrok czekała nas jeszcze jedna atrakcja. Ognisko z organizatorami, z kiełbaskami, czymś do picia i historiami. Z nowymi przyjaciółmi, z którymi przeżyliśmy wspaniałą przygodę.
baner gotowi wyruszyc na szlak?