Często uważa się, że szlak GR 20 jest najtrudniejszy w Europie. Mierząca 200 km trasa przebiega przez całą Korsykę. Ścieżki bywają tam dzikie, ale ich prawdziwa trudność zależy od pogody. W deszczowe dni rzeczki zamieniają się w rwące potoki. Są jednak w Europie szlaki jeszcze bardziej wymagające, często po prostu nieznane. Jednym z nich jest Cape Wrath Trail, który w tym roku pokonał Przemysław Szapar, ustanawiając nowy rekord przejścia i zapisując się jako pierwszy Polak na listach amerykańskiego portalu Fastest Know Time.

Przemek sam o sobie mówi, że jest bardziej śmiałkiem niż podróżnikiem, choć i już w swoim życiorysie ma niesamowite wyprawy, wśród nich nieoficjalny rekord w szybkości przejścia po zamarzniętym Bajkale. Ukończył również m.in. bieg Bergson Winter Challenge na dystansie 400 km.

Pokonanie szlaku było kolejną przygodą, pozwalającą obcować z naturą i będącą zarazem prawdziwym sprawdzianem.

Cape Wrath Trail liczy niemal 400 km, w latach 90-tych wytyczył go David Paterson. Opublikował nawet na ten temat książkę: „The Cape Wrath Trail: A New 200-mile Walking Route Through the North-west Scottish Highlands”. Od tamtej pory znacznie większą wagę przywiązują do niego sami Szkoci, w Europie nie jest zbytnio znany. Zaczyna się koło miasteczka Fort William a kończy w Cape Wrath, będącym najdalej wysuniętym na północ skrawkiem wyspy Wielkiej Brytanii. Ma w sobie wymiar symboliczny, łączy wszystkie szlaki, które służyły do komunikacji między społecznościami w XVIII/XIX w. Charakteryzuje się tym, że nie jest oznaczony, niemal nie ma na nim ścieżek. Prowadzi przez niezwykle dziki i nierówny teren. Wyruszający aby się z nim zmierzyć muszą być samowystarczalni, przygotowani na długi wysiłek i przeprawy przez rzekę.

Przemkowi pokonanie trasy zajęło 7 dni 9 godz. 31 min i 56 s, co jest nowym rekordem. Sam nawet nie wiedział, że wcześniejszy rekord należał również do Polaka. Rafał Bauer w ubiegłym roku przemierzył ten szlak w niemal 12 dni. Dla kogoś może się wydawać, że to sporo, ale szlak kryje w sobie realną trudność.

Jak to jest spędzić ponad tydzień samotnie na szlaku? Biec z 15 kg plecakiem? Rozmawiamy z Przemkiem.

To trudność szlaku Cape Wrath Trail zachęciła Cię do zmierzenia się z nim?

Przemek Szapar: Na wybór składa się kilka rzeczy. Na pewno szlak nie jest przechodzony. Szkoci nie są mistrzami pijaru. Pewnie gdyby to był szlak włoski czy francuski, szybko znalazłby się wysoko na liście obowiązkowych dróg dla „twardzieli”, a tak Szkoci mają go trochę jakby dla siebie. Mamy tam spore niezamieszkałe przestrzenie i brak oznaczeń. Obecnie większość ludzi albo już nie potrafi albo się boi poruszać poza szlakiem. Z wielu rzeczy, które już zrobiłem, to było najtrudniejsze wyzwanie, ale jechałem też z takim nastawieniem.

Dlaczego zdecydowałeś się go pokonać w samotności?

Przemek Szapar: Swoje wyprawy realizuje w takim stylu. Uważam, że jest to najprostsza forma obcowania z naturą i mierzenia się z wyzwaniem. Jest to dla mnie taki najbardziej naturalny sposób, ani ja nikomu nie przeszkadzam ani mi nikt nie przeszkadza. Mierzę się z realną trudnością, zdecydowanie bardziej to odczuwam.

Samotna wyprawa sprawiła, że Twój plecak ważył niemal 15 kg?

Przemek Szapar: Informacje o szlaku są niekonkretne, dla świętego spokoju zabrałem wszystko co uważałam, że będę potrzebował, aby pokonać szlak w maksymalnie 8 dni. Oczywiście musiałem wziąć też wszystko co niezbędne było, by przetrwać w górach, w końcu w takim terenie miałem się poruszać.

Cape Wrath Trail - Przemek Szapar_2

Fot. archiwum prywatne Przemek Szapar

Początkowo zakładałeś, że szlak pokonasz w 6 dni?

Przemek Szapar: Zakładałem, że powinno się udać w 6-8 dni, ale już 2 dnia uznałem, że pomysł 6 dni graniczył trochę z bezczelnością. Nie doceniłem tej krainy, nie miałem też doświadczenia z podłożem z którym przyszło mi się zmierzyć. Oczywiście czytałem, że nie ma tu ścieżek, ale obecność sporej ilości wody mnie zaskoczyła.

Skoro nie ma tam ścieżki, to cały czas skupiony byłeś na nawigacji?

Przemek Szapar: Całość może i nie, myślę, że gdzieś w ok. 60% nie ma ścieżki, w 40. Z tym, że takich ścieżek, jakie my znany z lasów czy gór, to praktycznie w ogóle tam nie ma. Nawigowałem w oparciu o GPS, gdzie miałem cały szlak wgrany. Swoją drogą pierwszy raz miałem GPS. Korzystałem również z tradycyjnej mapy oraz kompasu.

Cape Wrath Trail Przemek Szapar

Fot. archiwum prywatne Przemek Szapar

Wspominałeś o dzikich terenach, ale na swojej trasie znalazłeś też pub?

Przemek Szapar: Czwartego dnia dotarłem do osady Kinlochewe. Widziałem po mapie, że coś tam będzie, ale 20 km wcześniej już się zawiodłem. Wg mapy miał być sklep, a w rzeczywistości miejscowość składała się z 2 domów, które były letniskami. Biegłem więc dalej, zbiegło się to też trochę z moim gorszym dniem, kryzysem. Okazało się, że w tej osadzie był malutki pub. Było to niesamowite szczęście

I najsmaczniejsze piwo?

Przemek Szapar: Zdecydowanie tak, będę pamiętał do końca swoich dni smak tego piwa.

Ktoś mógłby uznać, że z tym piwem, to miałeś halucynacje na trasie.

Przemek Szapar: Kilka razy w życiu zdarzyły mi się halucynacje z powodu zmęczenia, choć akurat na tym szlaku ich nie miałem. Tego 4 dnia byłem bliski. Relatywizował mi się czas i odległość. Wydawało mi się, że poruszam się, ale nie poruszam się do przodu. Miałem chwile zwątpienia.

Samo poruszanie się chyba nie jest łatwe na tym szlaku, trzeba być cały czas skupionym?

Przemek Szapar: Takie przedsięwzięcia to jest bardzo loteryjna rzecz. Dopóki nie zbliżasz się na taką odległość, że mógłbyś się przeczołgać do mety, to nawet 30-40 km przed końcem nie wiesz czy ci się uda. Stawiając tysiące kroków na podłożu niepewnym, wystarczy jeden zły krok, by skręcić nogę. Jak pęknie torebka stawowa to trzeba odpuścić, dlatego jest to wysiłek niezwykle nie tylko fizyczny, ale i psychiczny.

Profil trasy Cape Wrath Trail

Nie jest to zatem trochę igranie z życiem? Na szlakach często nie ma zasięgu, zostaje się więc samemu ze sobą?

Przemek Szapar: Częścią założenia jest, że mierzysz się z czymś co jest w jakiś sposób niebezpieczne. Jednak przygotowanie mentalne powoduje, że człowiek czuje się spokojniejszy, pewniejszy. Choć na szlaku musiałem sięgnąć po pokłady wiedzy i umiejętności, o których nawet nie wiedziałem, że posiadam. Niekoniecznie też lubię klimaty survivalowe, mimo, że lubię wyprawy, jestem samotnikiem, to jednak na co dzień nie chodzę z nożem w kieszeni czy krzesiwem. Na szlaku w pewnym momencie musiałem przejść przez rzekę. Spojrzałem na nią i uświadomiłem sobie, że jej nie da się normalnie przejść i muszę zrobić coś, czego nigdy wcześniej nie robiłem. Trzeba znaleźć dobre,  miarę bezpiecznie miejsce, a zapada zmierzch, jesteś daleko, nie ma nawet jednego światełka. Wszystko zaczyna się układać w taki moment, że wiesz, ze jesteś w zagrożeniu, może nie życia, ale w takim monecie gdzie trochę niebezpiecznie zaczyna się robić.

Rzekę udało się przebyć bez problemu?

Przemek Szapar: I to wiele razy. Szkocja charakteryzuje się tym, o czym do końca nie wiedziałem, że jednocześnie jej skarbem jak i przekleństwem jest woda. Dzięki temu ani razu nie miałem ze sobą w bidonie wody. Kiedy chciałem pić, schylałem się i piłem. Potoków, rzek, rzeczek pokonałem tysiące, a takich poważniejszych po zimie, która okazała się być rekordowa, było z 6-7. Ich pokonanie potrafiło trwać 2-3 godz. Musiałem znaleźć dobre miejsce i przetransportować sprzęt w partiach.

Nie miałeś problemów ze stopami?

Przemek Szapar: Nie miałem. Przez 8 dni miałem cały czas mokre stopy, raz bardziej, raz mniej. Jedyny pęcherz który miałem, to przywiozłem jeszcze z Polski. Woda jest dokuczająca, ale nie spowodowała odparzenia. Cały czas jednak o nie dbałem, natłuszczałem w znaczący sposób.

cape wrath trail

Zmieniałeś buty na trasie?

Przemek Szapar: Miałem tylko jedne, co też było swego rodzaju dyskomfortem psychicznym. Masz przed sobą 6-8 dni i wiesz, że ten but nie może zawieść.

W razie co taśmę miałeś w zapasie?

Przemek Szapar: Z taśmy i sznurka potrafię wyczarować wiele, więc uznałem, że sobie poradzę. Na szczęście nie musiałem z tego korzystać.

Spałeś na trasie pod chmurką czy w szkockich domkach bothie [opuszczone budynki zarządzane przez Mountain Bothy Association, które służą turystom na szlakach]?

Przemek Szapar: I tu i tu. Tak naprawdę nie miałem do końca zaplanowanych noclegów. Nie wiedziałem gdzie przypadnie mi spać. Nie miałem też namiotu, byłem otwarty na przygodę w pełni. Zależało mi na docieranie do bothies, ale w praktyce wychodziło różnie.

Miałeś zaplanowaną ilość snu?

Przemek Szapar: Początkowo planowałem, ale drugiego dnia już się nie udało. Wtedy zaczęła się przygoda, bo prawdziwa przygoda zaczyna się wtedy, kiedy coś się rozchodzi, kiedy wychodzi nasza otwartość na nieznane.

Ale warunki pogodowe miałeś dobre?

Przemek Szapar: Miałem dużo słońca, jechałem bić rekord, ale nie było to dla mnie wiodące. Rekord jest wypadową pewnych czynności. Chciałem zaznać krainy, mieć kontakt z przyrodą. Pogoda była łaskawa, wręcz biegałem w krótkim rękawku, ale bywało i zimno.

Poza podmokłym terenem, coś jeszcze było zaskoczeniem?

Przemek Szpar: To co się kryło pod trawą zadziwiało. Dopiero 2/3 dnia zrozumiałem, że jak barwa trawy podchodzi pod kolor czarny tzn., że wyląduję tam w wodzie po pachwiny. Jak się biegnie i wpada na taką głębokość, to dochodzi jeszcze szarpnięcie plecaka, który leci do przodu. Wtedy się nauczyłem, na czarnym nie stajemy, na bardziej brązowym też, bo tam głębokość będzie do kolan. Zaskoczyło mnie ile tajemnic kryje się na tym szlaku. Uświadomiłem sobie w pewnym momencie, że brak mojego doświadczenia z terenem, będzie miał wpływ na dalszą trasę. Również mentalnie było to trudne doświadczenie jeśli chodzi o samotność.

Końcówka trasy przebiega przez tereny poligonu?

Przemek Szapar: Ostatnie 20 km przebiega przez końcówkę przylądka, są tam zasieki które informują, że jest tam ogrodzona strefa militarna. Trzeba śledzić strony internetowe z komunikatami, kiedy można wejść a kiedy nie. 2 dni przed dotarciem tam udało mi się połączyć z moim zespół informacyjnym ze Szkocji, znajomymi. Przekazali mi, że poligon jest zamknięty między 7-17 przez kolejne 2 dni. Na ostatni odcinek ruszyłem więc późno.

Przed takimi wyprawami dużo czasu spędzasz na przygotowaniach?

Przemek Szapar: Mamy obecnie spory dostęp do informacji. Jednak jedni mówią to, drudzy tamto. Nie jest to może spontan, ale w moim przypadku i nie jest też wszystko dokładnie zawsze zaplanowane. Jak się wspinałem, lubiłem się wspinać bez znajomości drogi. Zostawiam to w bezpiecznym dla mnie rozgarniaczu. Natura wielokrotnie pokazała mi, ze nie ma sensu dokładnie wszystkiego planować.

W swoich przygotowaniach skupiasz się na kilometrażu czy może właśnie ciężarach, by wytrzymać ciężar zabieranego ekwipunku?

Przemek Szapar: Skupiam się na treningu ogólnorozwojowym, on jest dla mnie podstawą. Sam prowadzę zajęcia dla biegaczy i dzieci [Biegamina]. Bazuję na latach pokonywanych kilometrów, oczywiście też biegam. Staram się też dietetycznie dobrze rozegrać swoje przygotowania. Większość wypraw rozgrywa się i tak w strefie mentalnej. Jak jesteś na trasie to już mięśnie wiedzą, że nie mają odwrotu.

Wspomniałeś o diecie, co miałeś ze sobą ruszając na szlak?

Przemek Szapar: Na takim szlaku nie ma co ukrywać, głoduje się. Człowiek nie jest w stanie zaspokoić w pełni swojej kaloryczności, to co zabierasz musi mieć dobrą jakość, bo wiadomo, że jest tego za mało, miałem dania filizowane, miałem też 4 żele Agisko. Śmiałem się, że spożywałem je niczym ambrozje. Żywię się chyba bardziej szczęściem na szlaku [śmiech].

Miewasz na trasie swoje zachcianki żywieniowe?

Przemek Szapar: Nie mam wyszukanych ulubionych rzeczy. Może zadziwię, jak robiłem w tym stylu Szlak Sudecki, na trasie spotkałem wójta Srebrnej Góry, schronisko miało zamkniętą kuchnię. Rozmawialiśmy m.in. o tym co robię, on spytał co bym potzrebował. Odpowiedziałem bez zawahania: smalec i setkę wódki. Sklepy były już zamknięte, ale udało mu się je to dla mnie pozyskać. Marzę przede wszystkim o tłuszczu w postaci smalcu, który moim zdaniem jest niedoceniony. Na szlaku marzyłem też o kubku whisky,

Czyli na wyprawach docenia się proste rzeczy?

Przemek Szapar: Mam trochę starożytną wizję, wg niej prostota jest najpiękniejsza. Lubię proste rozwiązania, sami często komplikujemy, ale to każdy sam wybiera drogę. Lubię proste zachcianki. Wyprawa jest dobrą formą na odizolowanie się od wszystkiego. Możesz być sam ze sobą, to jest piękne doznanie, jest nadrzędnych, które wynoszę z takich przygód. Te chwile najbardziej lubię.

For. archiwum prywatne Przemek Szapar

Nie startujesz często w biegach, ale osiągasz dobre rezultaty. Nie stawiasz na rywalizację a przygodę?

Przemek Szapar: Jestem rozdarty miedzy formą rywalizacji, którą uwielbiam, która wciąż jest dla mnie ekscytująca, jednocześnie wizja bysia samemu z naturą, wyzwania, sprawia, że ulegam i tej pokusie .To teraz ewoluuje i chce wrócić do biegania. Szkoda mi, że jadę gdzieś na zawody i zajmuje 5-7 lokatę, a gdybym zaczął trenować, mógłbym to wygrywać. To mnie trochę  boli jako sportowca, żałuję, że nie mogę się zerwać. Teraz np. Bieg Niepodległości na 10 km, skończyłem z czasem 35 min z hakiem, a nie w 32 min, jak mógłbym gdybym trenował. Było to trochę frustrujące. Nadchodzący sezon będzie jednak połączeniem ścigania i z nowym planem wyprawowym. Forma wypraw zimowych albo wczesnowiosennych ustawia mnie w sezonie na przegranej pozycji. Teraz będę się przygotowywał do sezonu by się pościągać, a na wyprawę pojadę w drugiej części roku.

Od dawna jesteś związany z bieganiem?

Przemek Szapar: Od dziecka, dla mnie to była taka normalna forma ruchu. Jak miałem iść do warzywniaka to biegłem, jak miałem iść do babci to biegłem. Taka była moja natura. Później byłem zawodnikiem, biegałem średnie dystanse, będąc czołowym zawodnikiem, potem to ewoluowało, wspinałem się.

Próbowałeś też triathlonu?

Przemek Szapar: Też, nie mam jednak czasu na trenowanie trzech dyscyplin. Choć jestem owładnięty sportem, to jednak lubię spędzać czas z rodziną. Nie jestem nawiedzonym sportowcem, którego żona mówi żebym się zajął w końcu rodziną, jest wręcz przeciwnie.

Rodzina wspiera w wyprawach?

Przemek Szapar: Rodzina oczywiście że wspiera. Oczywiście, gdy wyruszam, tęsknie, ale staram się by wszystko było w balansie. Powiedziałbym, że pod tym względem wszystko jest idylliczne.

I na koniec, jaka kolejna wyprawa?

Przemek Szapar: Chcę pokonać w swoim stylu, jak patrzę na świat wyczynu, w miarę oryginalnym, wielki trawers Islandii, czyli prawie 900 km z zachodu na wschód, oczywiście też poniekąd z zamiarem ustanowieniem nowego rekordu.

Trzymamy zatem kciuki!

baner gotowi wyruszyc na szlak?