4 listopada startuje kolejna edycja TCS New York City Marathon, największego maratonu na świecie, który co roku cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Ponad 50 000 uczestników, milion kibiców, 10 000 wolontariuszy i kilka milionów widzów zgromadzonych przed transmisjami, to liczby, które obrazują wielkość wydarzenia. Uczestnicy z ponad 125 krajów do pokonania mają trasę prowadzącą przez pięć nowojorskich dzielnic: Staten Island, Brooklyn, Queens, Bronx i Manhattan, z metą w Central Parku. W tym roku odbędzie się już 49. edycja.

Start w Nowym Jorku to marzenie wielu biegaczy. Jedną z osób, która już je zrealizowała jest Michał Garczarczyk. Nieco miesiąc po debiucie w Berlinie, wyruszył do Nowego Jorku, by zawalczyć o nowy rekord życiowy.

Ciekawi wrażeń? Zapraszamy do rozmowy.

W ubiegłym roku startowałeś w TCS New York City Marathon kończąc bieg z nowym rekordem życiowym 2:50:53, ale większość uważa, że trasa raczej nie sprzyja nowym życiówkom. Jak ją oceniasz?

Michał Garczarczyk: Na znakomitą do bicia rekordów ;). A tak na poważnie, to prawda. Nie jest to bieg, w którym łatwo o życiówkę. Wymagający profil trasy, na który składa się pięć mostów, zdecydowanie nie należących do krótkich. Liczne podbiegi, w tym chyba najtrudniejszy psychicznie, na końcowych kilometrach wzdłuż Central Parku. Jednak ukształtowanie trasy to nie wszystko. Również pora roku rozgrywania maratonu, bliskie sąsiedztwo oceanu, zabudowa miasta powodują, że warunki atmosferyczne również mogą stanowić znaczące utrudnienie. Mało? Do tego jeszcze należy pamiętać, że nie jest to weekendowy wyjazd na start do Warszawy. Tutaj również wpływ na naszą dyspozycję będą miały kwestie związane z podróżą, zmianą strefy czasowej, żywieniem na miejscu i tym jak na to wszystko zareaguje nasz organizm. Także to wszystko zebrane razem powoduje, że nie tyle sama trasa, ale sam start w Nowym Jorku nie sprzyja życiówkom. Jakby tego wszystkiego było mało, to w moim przypadku, nie wiedziałem jeszcze jak zachowa się ciało nieco miesiąc po maratonie berlińskim. Jednak jak się okazuje kiedy trafi się idealnie ze zdrowiem oraz przygotowaniami, do tego ma się odrobinę szczęścia do warunków, to można.

Jednak żeby nie było tak, że trudno i ciężko, to są elementy, które sprzyjają walce o nowy rekord życiowy na trasie. Dłuuugie proste i mała liczba zakrętów ułatwiają trzymanie tempa. Punkty z wodą co mile, czyli 1,6 kilometra, pozwalają na idealne zaplanowanie przyjmowania żeli. Liczba startujących powoduje, że bez problemu można tworzyć grupki. Do tego ma się kogo mijać na trasie, co przy dobrze zaplanowanym taktycznie biegu działa na naszą psychikę pozytywnie – „tak mijam, wyprzedzam, gonię”. No i najważniejsze, tłum kibiców, który niesie. Także owszem jest ciężko (na którym maratonie nie jest ;)), ale jest to do zrobienia.

Michal Garczarczyk

Przy takiej frekwencji nasuwa się jedno pytanie, tłum ok. 50 tys. sprawia, że bieg przypomina raczej slalom?

Michał Garczarczyk: Myślę, że nie i to z kilku powodów. Po pierwsze start odbywa się falami i to czterema. Każda fala to trzy „nitki” – niebieska, pomarańczowa, zielona. Każda nitka, to strefy od A do F. Czyli jednym słowem jest jak podzielić wszystkich startujących. W momencie kiedy rusza ostatnia fala, to czołówka ma już półmaraton za sobą.

Po drugie organizatorzy bardzo pilnują, aby biegacze ustawiali się we właściwych strefach czasowych. I o ile ktoś z wyższej strefy może przejść do niższej, to już w drugą stronę, na etapie zapełniania stref, nie ma szansa. Powoduje to, że kiedy biegniesz, to raczej wśród ludzi na podobnym poziomie i w podobnym tempie.

No i po trzecie, wcześniej wspominane „nitki”. Niebieska z zieloną łączą się za 5 kilometrem. Pomarańczowa łączy się z nimi na ok 13 kilometrze, choć tak naprawdę od około 4 kilometra biegnie równolegle do niebieskiej, czyli biegacze mają do dyspozycji 6 pasów. Dzięki temu cała stawka ma sporo miejsca by się rozciągnąć i podzielić nim ostatecznie połączy się na jednej nitce. Także biorąc to wszystko pod uwagę, to slalom gigant raczej nam nie grozi.

Tyle się mówi o atmosferze tego biegu, dla Ciebie również było to zaskoczenie?

Michał Garczarczyk: Hmm… nie określiłbym tego mianem zaskoczenia, ponieważ wielokrotnie oglądałem transmisje oraz materiały z Nowego Jorku, czytałem relacje. Można powiedzieć, że wiedziałem czego się spodziewać, tak mi się przynajmniej wydawało. Byłem nieco w błędzie. To co się dzieje podczas trwania całego maratonu (zarówno przed, podczas oraz po biegu) powoduje, że po jego zakończeniu człowiek uśmiecha się sam do siebie próbując odnaleźć słowa opisujące, czego się doświadczyło. Wszystko zaczyna się już na Expo, przy którym nasze targi wystawiennicze, to małe jarmarki. Ale w tym wszystkim nie rozmiar ma największe znaczenie, a ludzie. Otwarci, uśmiechnięci, „wszystko wiedzący” wolontariusze. Przy kasach stoiska New Balance, co jakiś czas rozlegały się okrzyki radości. Jak się później okazało obsługa w ten sposób dodawało otuchy, życzyła powodzenia debiutującym w maratonie.

Michał Garczarczyk

Niby błaha rzecz, a robi klimat. Jeśli chodzi jeszcze o klimat, to czymś niesamowitym jest spacer o świcie przez centrum Nowego Jorku w kierunku punktu zbiórki i odjazdu na start. Puste i spokojne ulice, aż tu nagle ciągnąca się setkami metrów kolejka maratończyków czekających pod Nowojorską Biblioteką Publiczną na odjazd autobusów. Międzynarodowa, gwarna kolejka, w której spędzić trzeba było około godzinę (tutaj wskazówka, pomimo tego, iż podczas rejestracji deklaruje się godzinę odjazdu z punktu, to przy takich kolejkach należy liczyć się z opóźnieniami i uwzględnić je, by zdążyć ). Tłumy oczekujących na start w miasteczku startowym na Staten Island, no i sam start, hymn amerykański, wystrzał armaty i Frank Sinatra płynący z głośnikówm to wszystko wywołuje ciarki, ciarki i jeszcze raz ciarki.

Po samym starcie niesamowita cisza na moście Verrazzano, której towarzyszy jedynie tupot tysięcy biegnących maratończyków, od czasu do czasu zagłuszany syrenami statków. Po zbiegnięciu z mostu czeka na nas zupełnie inny świat. Już z oddali słychać stopniowo narastającą wrzawę witającego nas Brooklynu. Po wpadnięciu do niego następuje eksplozja okrzyków, śpiewów i braw. Ten ciągnący się kilometrami tłum ludzi to jest coś niesamowitego, co powoduje, że człowiek biegnie i nie potrafi się nie uśmiechać do mijanych tłumów. I tak niemal cały czas, aż do samej mety, towarzyszy masa dopingujących Nowojorczyków. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że z uwagi na pogodę, gdy startowałem, to mówiło się, że to jeszcze nie były „te” tłumy co są zazwyczaj. Jeśli to prawda, to ja nie potrafię sobie wyobrazić, co się dzieje na ulicach Nowego Jorku podczas ładnej pogody.

Na mecie, jak podczas Expo, uśmiechnięci, gratulujący startu wolontariusze. Jednak klimat i atmosfera nie kończą się wraz z opuszczeniem strefy mety. Wracając do miejsca zamieszkania, czy też spacerując następnego dnia z medalem na piersi spotyka się dalej te uśmiechy Nowojorczyków, całkowicie obcy ludzie zaczynają gratulować, a odwiedzając Rockefeller Center można usłyszeć „We are the champions” zaśpiewane przez dziewczynę obsługującą kasę. Także po tym wszystkim człowiek staje i mówi, że zdecydowanie warto było, po stokroć warto było wystartować w maratonie nowojorskim, ponieważ te dni zapamięta się do końca życia.

Michał Garczarczyk

Wspomniany na początku maraton w Berlinie, to w nim debiutowałeś z czasem 2:54:32. Zauważyłeś znaczące różnice w atmosferze i organizacji tych imprez?

Michał Garczarczyk: Znaczących różnic raczej będzie niewiele. W sumie pierwszą, na którą się natknąłem, na długo przed startem, to zapisy. W Nowym Jorku podając czas z półmaratonu mogłem ubiegać się o start w gronie „szybkobiegaczy” z pominięciem losowania i miejscem w 1 strefie startowej. W Berlinie nie było takiej możliwości, ponieważ był to mój debiut, to z automatu zostałem przypisany do ostatniej strefy.

Co do samej organizacji, nie będę porównywał Expo obu maratonów, ponieważ akurat tak się złożyło, że podczas startu w Berlinie wyjątkowo w 2017 r. zostało przeniesione z lotniska Tempelhof na teren Station Berlin, co moim zdaniem mogło wpłynąć na rozmach i organizację targów. Tegoroczna edycja powróciła już na „stare śmieci”.

W kwestii samego maratonu, to podstawowa różnica, o której już nieco wspominałem, to start. W Nowym Jorku jest on daleko poza centrum i trzeba odbyć długą, ponad godzinną podróż zapewnioną przez organizatorów. I szczerze, nawet przez moment nie ryzykowałbym próbować się dostać na start na własną rękę, czy środkami komunikacji miejskiej. W Berlinie start i meta znajdują się w ścisłym centrum, tuż za Bramą Brandenburską. W tym przypadku biorąc pod uwagę, jak znakomicie jest skomunikowany Berlin, szczególnie jeśli chodzi o kolej miejską, to bez problemu dostaniemy się nią na start. Jeśli też już jesteśmy przy mecie, to tutaj można wskazać jedną, znaczącą różnicę. W Nowym Jorku kończąc się w Central Parku działa ona na zasadzie – dobiegasz – odbierasz medal – odbierasz torbę z jedzeniem – odbierasz ponczo lub depozyt – wychodzisz ze strefy mety. Koniec. Nic więcej. W przypadku Berlina po biegu, odebraniu medalu, torby z jedzeniem, peleryny lub depozytu ma się do dyspozycji całą przestrzeń miasteczka maratońskiego zlokalizowaną na Placu Republik, gdzie można siąść, położyć się, wypić piwo bezalkoholowe ze znajomymi, którzy ukończyli bieg. Wszystko na spokojnie i bez pośpiechu.

Jeśli chodzi o kwestie związane z samym biegiem, to jedyną różnicą jaką dostrzegam, to organizacja punktów z wodą. W Berlinie klasycznie, co 5 km. W Nowym Jorku od 3 mili, co jedną milę punkt z wodą.

Natomiast jeśli chodzi o samą atmosferę, to oba miast są niesamowite. W obu przypadkach jest to prawdziwe święto biegowe. Tłumy na ulicach, grające kapele, muzyka puszczana z domów, dzieciaki przybijające piątki, coś niesamowitego. W tym momencie pojawia się „ale”. Ale jednak mimo wszystko w Nowy Jorku to wszystko jest bardziej „wow”. Wszystko to przez ludzi i tego jak maraton jest odbierany przez Nowojorczyków. Dla nich również jest to święto. Jak wspominałem wcześniej, wracając do hotelu z medalem na szyi będziemy zbierać dziesiątki uśmiechów, gratulacji, przybijanych piątek. Kiedy następnego dnia podczas „Marathon Monday” będziesz wybierał się do oficjalnego sklepu po pamiątki maratońskie, czy spacerował z medalem po mieście ponownie będziesz napotykać uśmiechy, wyciągnięte kciuki w górę, zbierać gratulacje. W sklepie możesz zostać zaskoczonym drobnym upominkiem, ochroniarz chwilę z Tobą pogawędzi o biegu. No i jak tu nie kochać Nowego Jorku.

Skąd pomysł na debiut i starty w maratonach od razu w zagranicznych imprezach?

Michał Garczarczyk: Pomysł powstał z ze swego rodzaju mieszanki. Wcześniej często oglądałem relacje w telewizji z największych biegów i robił to ogromne wrażenie. Móc wystartować w tak dużej imprezie, to by było coś. Potem były czytane relacje na blogach z różnych startów. Na jednym z nich padły takie słowa:

 „jeśli chcesz zadebiutować w maratonie i poczuć niesamowitą atmosferę, klimat, to wybierz jeden z majorów”.

Do tego doszła lektura „Maratończyka”, czyli historii Billa Rodgers i jego startów w maratonie bostońskim, która wręcz rozpala biegową wyobraźnię i powoduje, że chce się wystartować w takim biegu, a skończywszy na może nieco mniej przyjemnym aspekcie, czyli temu jak bieganie jest odbierane u nas. Daleko do takiego klimatu i atmosfery podczas biegów. Także to wszystko razem wzięte spowodowało, że na debiut wybrany został Berlin.

Wielu początkujących od razu chce przebiec maraton z dobrym wynikiem, nim się zdecydowałeś miałeś na koncie długi staż biegowy?

Michał Garczarczyk: Start w maratonie, to był cel długofalowy, wcześniej nakreślony. Po trzynastu latach przygody z lekkoatletyką, najpierw skakaniu do piachu, a potem ściganiu się od 100 m do 400m, chciałem dalej być aktywny, więc rozpocząłem przygodę z bieganiem na nieco dłuższych dystansach w terenie i na ulicy. Zaczynając ją marzyłem by gdzieś, kiedyś wystartować w maratonie, łamiąc magiczną granicę 3 godzin w debiucie. Wiedząc tego jak dużo pracy i przygotowań czeka mnie, wspólnie z moim kolegą i trenerem Adrianem postanowiliśmy, że marzenie to stanie się naszym celem długofalowym, który ostatecznie zrealizowaliśmy po 5 latach. 5 latach tworzenia bazy, stopniowego wydłużania, pracy nad wytrzymałością, ściganiem się na dłuższych oraz krótszych dystansach, ale też przede wszystkim cieszeniem się z biegania i wykonywanej pracy, która prowadziła do tego wymarzonego celu.

Michał za cel postawił sobie ukończenie wszystkich maratonów cyklu Abbott World Marathon Majors. Za nim Berlin i Nowy Jork, przed nim: Tokio, Londyn, Boston i Chicago.

Trzymamy kciuki!

baner-newbalanca-2018