Tegoroczną edycję 40. PZU Maratonu Warszawskiego ukończyło 7515 osób, w tym rekordowa liczba 1374 kobiet. Dodatkowo zawodnicy rywalizowali w Biegu na Piątkę T-Mobile oraz w rywalizacji sztafetowej, w której do mety dotarło 221 ekip.

Start na dystansie 42,195 km, określanym często jako królewski niesie ze sobą sporo emocji. Walki o rekordy, pokonywania własnych granic, próby zmierzenia się ze słynną „ścianą”. Jak oceniają 40. PZU Maraton Warszawski sami uczestnicy? Zapraszamy do relacji!

3h bez przygotowania?

Większego problemu ze znalezieniem Pałacu kultury i Nauki nie miałem. Problem pojawił się z parkingiem. Udając się po pakiet nie dostrzegłem żadnego komunikatu „wejdź tu”, czy kierunkowskazów, które powiedziałyby mi – „tam jest twój pakiet”. Szło się za tłumem. Wchodząc do środka natrafiłem na mega kolejkę. Orajuuuu, ale kolejka – tylko mruknąłem. Po paru sekundach zauważyłem, że ci ludzie czekają na windę – wspomina Przemek Menziński z ASICS FrontRunner Poland. Kontynuując – Pomyślałem sobie, biegacze przy windzie… hmyyyy to może kolejka na ten odrestaurowany taras widokowy. Idąc dalej przez wąskie drzwi odnalazłem to czego szukałem. Duży hol korytarza, a w nim ciasne biuro zawodów. Pakiet odbierałem w okolicach godziny 19, pytanie jakie kolejki były w szczytowych godzinach? Trzymając numer zastanawiałem się co dalej. Szukałem jakiejś ścianki by zrobić pamiątkowe zdjęcie, w końcu to jubileuszowy 40. Maraton Warszawski. W efekcie znalazłem wąskie przejście, które prowadziło do expo. Zero informacji przed budynkiem, że zapraszamy na expo. Poczułem się jak na pchlim targu, stoisko przy stoisku, wąskie przejście dla biegaczy. Właściwie trafiłem tam przez przypadek.

Na drugi dzień ubrany już w strój startowy, udałem się na metę. Bez większego problemu odnalazłem start. Trochę gorzej było przebijanie się do busów, które pełniły rolę depozytów. Depozyty znajdowały się na wysokości startujących na 5 km. Za to depozyty startujących na 5 km trudniej było odnaleźć. Trzeba było przejść kilkaset metrów przez park. Czemu nie zrobili startu i mety w jednym miejscu i depozytów. Kiedy pozostawiłem rzeczy w depozycie,  miałem chwilę na szybką rozgrzewkę. Start jak każdy inny. Nawet nie było odliczania. Ruszyliśmy. Wietrznie, ciasno jak zawsze na początku. Swoje miejsce miałem za plecami zająca na 3:00

Jak się spodziewałem, mogło zabraknąć mi mocy na 36 km i tak było. Liczyłem, że uda się zbliżyć do granicy 3h, jednak reasumując przygotowania do maratonu, a raczej ich brak to mogłem sobie tylko powiedzieć – brawo za odwagę, że pojawiłem się na starcie. Na treningach miałem problem z utrzymaniem tempa 4:20 min/km, a gdzie z takim bagażem na maraton w tempie 4:15? Do odważnych świat należy. Do mojego udziału w maratonie przyczyniła się moja Żona, która wsparła Fundację w akcji biegam dobrze i wystartowała na dystansie 5 km. Nie mogłem jej tego zrobić, by tam nie pojechać. Wspomnienia, sentyment i ciekawe historie z tym biegiem nas przybliżyły i zmieniły historię.

Wracając do biegu… Od samego początku zakładałem, że trzymam się zająca i go nie puszczam. Świat się załamał, gdy zając dostał skurczy mięśnia dwugłowego. W głowie myśli, było tak fajnie, motywował, przyzwyczaiłem się do jego wskazówek. Równe tempo. Pasowało mi to wszystko. Również wskazywało na to, że uda się złamać 3h. Po 35 km odczuwałem już zmęczenie. Brak przygotowań przypomniał się. Biegnąc w grupie nie odczuwałem wiatru. Chowałem się jak cwany lis. Do momentu braku mocy na 36 km. Niestety grupa po zmianie zająca sypnęła się. Tempo szarpane, takie miałem wrażenie, zegarek po biegu prawdę mówił.  Od 36km już nie było tak lekko, wiatr i te niby małe niegroźne podbiegi dawały się we znać. Nie wiem jak to się stało, ale  wiedząc, że mam nogi z betonu zacząłem się uśmiechać do siebie, „COŚ TY MYŚLAŁ, ŻE DASZ RADĘ  BEZ PRZYGOTOWAŃ?”. 

Zdziwiłem się nawet, że zmęczenie dogoniło mnie dopiero na 36 km. Każdy kilometr był coraz wolniejszy. Zacząłem dostrzegać szczegóły, o których nigdy podczas biegu nie myślałem. Na ostatnim km nawet kibice poczęstowali mnie 2 litrową colą odgazowaną. Napiłem się i czekałem na ten strzał, kiedy energia mnie kopnie w tyłek i przyśpieszę. Pomyślałem sobie, „Przemek, ty wierzysz w takie bajki… bez bazy to nic nie nabiegasz” i kontynuowałem dalej bieg  w ślimaczym tempem. Widząc na zegarku 3:05:00 sam z sobą zacząłem się zakładać… Nie dasz rady złamać 3:10? Zobaczymy. Udało się. 3:07 to czas odbiegający daleko od mojego rekordu. Uważam jednak, że warto było pobiec i dostać czas na przemyślenia i dostrzegania innych wartości.  Z uśmiechem dobiegłem do mety, odebrałem zasłużony medal. Nawet chciałem ze śmiechu zatańczyć na mecie. Nie przystaje to na faceta z betonowymi ruchami. Mógłbym mieć wrażenie, że ruch był płynny, a tak w ogóle biodra nawet nie poruszyły by się. Zanim doszedłem do depozytu zmarzłem. Szybko ubrałem się i poszedłem do auta, by na spokojnie w ciszy zobaczyć co namalowali na tym medalu. – kończy Przemek.

Sentymentalny powrót

Dorota Zatke ze Sklepu Biegacza w Łodzi, prowadząca bloga Fit&run stanęła na starcie pełna obaw. Po kilku miesiącach przerwy, ledwie od miesiąca wznowiła regularne treningi. Mimo to chciała się po prostu bawić tym startem, poczuć atmosferę tego cudownego dystansu. Pokonanie 42,195 km zajęło jej 3:47:18. Po biegu wspomniała:

– Maraton Warszawski zajmuje zdecydowanie pierwsze miejsce w rankingu moich ulubionych biegów. To właśnie na nim w 2015 roku poczułam magię tego niesamowitego dystansu i odtąd stał się on moim ulubionym. To jedyny dystans, podczas którego można naprawdę cieszyć się biegiem. Maraton Warszawski biegałam jeszcze w 2017 kiedy udało mi się nabiegać wymarzony wynik [03:19:30] i oczywiście tegoroczny jubileuszowy, który mogę uznać za mój oficjalny powrót do biegania po kilku miesięcznej przerwie. Wrażenia jak zawsze niezapomniane, radość na trasie, piękno Warszawy, rozmach przedsięwzięcia, kibice i ten niepowtarzalny stan euforii po przekroczeniu linii mety. Mam nadzieję że ten jubileuszowy nie był moim ostatnim. 

Organizacja

Startujący Mariusz Sikorski z Runsofun z Gdańska podsumował organizację maratonu w skrócie – Odbiór pakietów w Pałacu kultury przewidziano na dwa dni, dzięki temu obeszło się u nas bez większych kolejek. Wreszcie była za to okazja do zwiedzenia Pałacu Kultury i Nauki Organizacja przed biegiem bardzo sprawna, depozyty umieszczone w pojazdach firmy kurierskiej. Start Maratonu: Rozpocząłem bieg ze strefy czasowej 4:10 z Peacemakerem. Trasa oznaczona co 1km, punkty nawodnienia co około 2,5 km. Tym razem wody starczyło dla wszystkich. Bardzo fajnym pomysłem było rozstawienie tzw. komór tlenowych. Ogólnie sprawna organizacja biegu, atrakcyjna trasa z opcją zwiedzania Zoo. Na trasie wiele zorganizowanych grup kibiców z bębnami, dj-ami, dziewczyny z pomponami, chór, orkiestra i sporo piątek mocy. W porównaniu do Krakowa pozostawia zdecydowanie lepsze wrażenia. 

mariusz sikorski

Debiut

Piotr Mackowski Warszawę wybrał jako swój debiut na dystansie 42,195 km.

– Jak to bywa w pierwszych razach stres był ogromny. Kluczowe pytanie chyba każdego zawodnika „Czy dobiegnę do mety?” – wspominał. Dzień wcześniej udaliśmy się po odbiór pakietów. Ścisk, kolejki, ludzi pełno… dało się wyczuć co ma nastąpić już niebawem. W niedzielę miałem uzyskać odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Zebrałem się wraz z pozostałymi zawodnikami przed startem. Energia rozpierała, a rozgrzewka dodała emocji. Mimo, że słabo słyszałem prowadzących ćwiczenia to i tak uśmiechy były widoczne na twarzach przyszłych maratończyków. Gdy nadeszła godzina 9.00 na trasę wyruszyli pierwsi zawodnicy. Aż przyszła kolej na mnie – moc, energia i bieg… Pogrążony w myślach pokonywałem pierwsze kilometry. Trasa była bardzo dobrze oznaczona, ale najbardziej zachwycały widoki. Co 2,5 km były punkty z wodą, bananami oraz z cukrem, gdzie wszystkiego starczyło dla każdego uczestnika. Najbardziej w pokonaniu trasy pomagali super kibice. Byli tacy co grali na bębnach, czy też DJ, „pomponiary”, a nawet chór. Ostanie metry do mety spowodowały uwolnienie niesamowitej siły, która pozwoliła ukończyć 42,195 km w 4h i 35 minut. Satysfakcja przeogromna i medal za pokonanie siebie, bo udało się dobiec do mety. Pierwsze o czym oczywiście trzeba było pomyśleć to nawodnienie. Tu też się nie zawiodłem i otrzymałem wodę, izotonik i bezalkoholowe piwo. Brakowało tylko atrakcji dla biegaczy po samym biegu, przez co każdy rozchodził się w swoją stronę. Teraz po tak wspaniałych wrażeniach z maratonu warszawskiego nie mogę doczekać się kolejnych maratonów.

Sztafeta na medal

Aleksandra Kuich ze Sklepu Biegacza Warszawa-Żoliborz wraz z koleżankami uczestniczącymi w treningach SBRT Warszawa-Powiśle, Anią Kuder i Eweliną Kassner wystartowała w sztafecie. Jak przyznała: – Przygotowanie do sztafety przy 40 PZU Maratonie Warszawskim było ekscytujące z powodu samego startu wspólnego z osobami startującymi na tym królewskim dystansie. Wylosowałam krótką zapałkę i pobiegłam na I zmianie na 20km. Stresik startu dopadł mnie już w piątek, ponieważ założyłyśmy sobie czas w okolicach 3:40, uznałyśmy, że superowo byłoby 3:30.

W niedzielny poranek moje ciało przywitało mnie niechęcią do czegokolwiek… Spojrzałam w okno – ciemno, przymrozek!!! Masakra, ale mimo to zdecydowałam się lecieć na krótko. Dotarłam na start czytając w autobusie książkę, żeby zająć czymś głowę, zafiksowana, że biegnę 25 a nie 20 km. Szybka rozgrzewka, depozyt i myk na start i pierwsza wpadka – nie mogłam się przebić do flagi na czas 3:30. Zaczęłam przy 4:00. Start zaczął się od wymijania i… wymijania. Doganiałam grupę 3:50, 3:45, dalej już nie zdążyłam.

Sama trasa dla mnie super, genialną sprawą było ZOO – zwierzęta, które raczej przyzwyczajone do ludzi ale jakoś chyba zdziwione, że tak szybko się przemieszczają choć niektórzy rozbili sobie w trakcie fotki. Przewyższenia na tym maratonie wynoszą 150m – znawcy mówią, że to dużo. Skupiłam się na swoim 20km dystansie – moja zmiana na pl. Krasińskich odbyła się sprawnie i szybko. Trochę nie spełniłam założeń miało być 1:40 było 1:41:22. Nadrobiły dziewczyny. Ewelina ustanowiła swój nowy rekord życiowy, a Ania utrzymała tempo 4:45min/km na dystansie 12km. Dzięki temu całość zakończyłyśmy w 03:32:31.

Ola podsumowała:

  • Atmosfera +10;
  • Trasa super dla zwiedzających;
  • Organizacja i oprawa super;
  • Pogoda niesamowita;
  • No i koszulki najpiękniejsze na świecie.