Ula Sertel to osoba, która na ścieżkach biegowych kojarzona jest z szydełkiem i wiecznym uśmiechem. Być może mieliście okazję ją spotkać m.in. podczas półmaratonu  w Warszawie czy też biegach parkrun zastanawiając się  co też robi w trakcie biegu. Można przyznać hobby nietypowe, tym bardziej, gdyby spojrzeć z perspektywy wypadków i połamanych rąk. Ula tak łatwo się nie poddaje, dąży do zrealizowania swoich celów. Gdy rozmawiamy siedzi w butach do biegania i…szydełkuje oczywiście.

Pamiętam swoje zadziwienie, gdy usłyszałam, że szydełkujesz nawet w biegu, skąd pomysł?

Ula Sertel: Był to trochę spontan, takie wyzwanie, które zrodziło się w trakcie rozmowy. Opowiadałam, że szydełkuje chodząc. Ktoś zażartował, to może jeszcze zaczniesz biegać. Dlaczego nie – pomyślałam. Akurat wtedy robiłam koronę półmaratonów. W krótkim odstępie czasu miałam dwa półmaratony. Dostałam wytyczne od trenera by nie szarżować. Musiałam więc się czymś zająć w trakcie biegu. Pomyślałam o szydełkowaniu. Wpasowałam się też w temat, bo do zrobienia miałam zająca dla znajomego pacemakera.

Ula SertelCiągnęłaś za sobą nici? Co z nią zrobiłaś w trakcie biegu?

Ula Sertel: wzięłam celowo już zaczętą szpulę, bo jak jest pełna to nie da się włożyć ręki. Tym sposobem można założyć sobie jak bransoletkę.

Udało się zrobić zająca?

Ula Sertel: Udało się zrobić w 1/3 wtedy. Wówczas po 10 km niestety nici mi się zaplątały. Pewnie jeszcze bym to rozplątała, ale nie chciałam się zatrzymywać. Choć żeby było zabawnie, mimo, że był to mój drugi półmaraton w krótkim odstępie czasu, pokonałam go szybciej.

Jak reagowali na Ciebie mijani ludzie?

Ula Sertel: Byłam bardzo skupiona. Czasem ktoś zapytał co robię? Odpowiadałam – szydełkuję zająca, żartując, akurat biegnie taki jeden przed nami. Zadziwieni byli chyba najbardziej obecni na trasie fotografowie.

Co zrobiłaś z szydełkiem po 10 km?

Ula Sertel: szydełoko wbiłam w szpulę założoną na ręce, a tym samym mogłam spokojnie zjeść żele.

Szydełko to chyba Twój znak rozpoznawczy, szydełkujesz wszędzie?

Ula Sertel: Nie próbowałam jeszcze szydełkować na rowerze [śmiech].

Tu chyba byłoby ciężko…

Ula Sertel: Często jak jeżdżę pociągiem ludzie spoglądają na mnie. Zabawne było gdy jedna pani w przedziale na mnie zerknęła i odwróciła głowę. Po chwili znowu spojrzała jakby nie dowierzając temu co zobaczyła, mówiąc – a ja myślałam, że pani tak szybko na telefonie pisze. Kiedyś się z tym trochę ukrywałam, zdarzało się, że zwłaszcza dzieciaki się ze mnie śmiały jak robiłam na szydełku. W pewnym jednak momencie pozwoliło mi to zbudować pewność siebie. Takie, a co mi tam, wyciągnę. Nie będę zwracała uwagi na reakcje innych, bo komuś to przeszkadza, nie pasuje czy się z tego nabija. Mam swoją pasję i chcę ją realizować. Nie tracę czasu wpatrując się w słup gdy np. opóźnia mi się pociąg. Wyciągam szydełko. Mogłam więc szydełkować i w biegu.

Jak to się stało, że zaczęłaś szydełkować?

Ula Sertel: Z nudów, nie miałam co robić. Leżałam w wojskowym szpitalu pół roku. Przypomniałam sobie, że kiedyś za dzieciaka robiłam bransoletki z muliny. Miałam jakąś resztę, wykorzystałam ją. W szpitali głównie byli wojskowi,. Widząc co robię, poprosili o zrobienie takich czarno-granatowo-białych bransoletek, miałam zajęcie. Przypomniałam sobie również, że babcia kiedyś robiła na szydełku. Przywieziono mi je wraz z książką. Spróbowałam. Jedna z osób w szpitalu poprosiła mnie o zrobienie prezentu dla swojej babci. Mówiłam, że ja się dopiero uczę, że to nie skończone, ale swoje pierwsze dzieło oddałam. Zaczęły się zgłaszać kolejne osoby, nawet pielęgniarka poprosiła mnie nawet o obrus 2×3 m.

Długo leżałeś w szpitalu?

Ula Sertel: pół roku, ale dzięki szydełku czas leciał szybciej. Kiedy w końcu opuściłam szpital, okazało się, że mogę się ruszać, to zaczęłam z tego korzystać, ale w chwilach wolnych dalej brałam szydełko w ręce.

To właśnie wtedy zaczęła się Twoja przygoda z bieganiem?

Ula Sertel: Na dobre zaczęło się, gdy przeprowadziłam się do Gdańska, zobaczyłam plakat Gdańsk Biega. Nie znałam nikogo, poza moim współlokatorem, ale on raczej nie był sportowy. Ruszał się tylko do pobliskiego sklepu, ale też nie oddalonego dalej niż 100 m. Mimo, że bieg był w formule for fun, nie wiedziałam gdzie iść, gdzie odebrać, czułam się zagubiona. Do tego na trasie ktoś mnie wepchnął w biegu do morza, a były wtedy ujemne temperatury. Potem miałam dłuższą przerwę, sporo pracowałam jako pracownik fizyczny, też czasami na 2 etaty (na inwentaryzacjach i w ciągu dnia), aż w końcu trafiłam do pracy, gdzie organizowany był bieg dla jednej z pracownic. Zawiązała się grupa, zaczęłam startować. Był to dla mnie przełom, bo wcześniej poza pracą niemal nie wychodziłam z domu.

Za dziecka byłaś aktywna?

Ula Sertel: Wcześniej biegałam, w podstawówce, potem w liceum. U nas na wiosce nie było nic innego do roboty. Nie mieliśmy żadnego boiska do kosza, dlatego strasznie nie lubiłam gry w koszykówkę, którą poznałam dopiero w liceum. Nie znałam zasad, nie wiedziałam o co chodzi. Wiec było bieganie krótsze lub dłuższe, choć i z góry uznano, że na krótkie mam za długie nogi. Zaczęłam jeździć na zawody, ale też nie jakoś daleko. Coś tam zdobywałam, ale i nie startowało nas dużo. Nie było to jednak systematyczne bieganie, raczej tyle co czasem na lekcjach w-f i zawodach.

Można trochę powiedzieć, że bieganie pozwoliło ci się odnaleźć w miejskim życiu?

Ula Sertel: Z grupą z pracy razem startowaliśmy, ale poczułam potrzebę zwiększania swoich możliwości poprzez udział w zorganizowanych treningach, zaczęłam szukać miejscowych imprez. Zapisałam się na parkrun. Było mi trochę głupio, widziałam jak wszyscy się znają, ściskają. Chciałam ich poznać, ale czułam się niepewnie. I wtedy zaczęłam czytać Twoje teksty, były one bardzo motywujące ale sądziłam, że nie dam rady. Ile ja zrobię 3-5 km? A wy biegacie po kilkanaście, kilkadziesiąt km czasami. Bałam się, że jestem za słaba. Przebiegłam swoje pierwsze 10 km, ale chciałam więcej.  Spróbowałam dołączyć na wycieczki. Okazało się, że dzięki temu poznałam wspaniałych ludzi. Otworzył się dla mnie zupełnie nowy świat, biegowy świat i dużo nowych rzeczy. Nawet sama zabawnie się czuję, gdy wychodząc z domu co chwila do mnie ktoś mówił „cześć”, a jeszcze niedawno nie znałam tu nikogo, wstydziłam się wyjść z domu. Teraz mam tyle propozycji by iść pobiegać, że czasami nie wiem co wybrać.

Czyli jak to się często mówi wystarczy spróbować?

Ula Sertel: Tak, nabrać tej pewności siebie. Mi się też udało trochę nabyć jej szydełkiem. Na pewnym etapie nie zastanawiałam się czy ktoś mnie wrzuci do jakiejś szufladki stereotypu. Trzeba tak naprawdę po prostu otworzyć buzię, zagadać, a nie gdzieś stać z boku – a może ktoś mnie zobaczy, sam przyjdzie. Zawsze miałam blokadę przed grupowym bieganiem. Z perspektywy czasu wiem, że bez sensu. Pamiętam, że na jednej z wycieczek motywowałaś mnie biegnąc ze mną. Okazało się, że dałam radę. Wtedy też zrozumiałam, że można biegać w grupie, gdzie jest zabawa, gdzie wcale nie trzeba gonić za kimś z wyciągniętym językiem, że jest drużyna, która biegnie dla zabawy.

Dla mnie to podstawa wycieczek. Czy Twoje obawy nie wynikały też z tego, że wychowywałaś się na wsi i czułaś się, że miasto jest poza Twoim zasięgiem?

Ula Sertel: Być może. Nawet pod kątem biegania, biegałam w zawodach gdzie startowało z 15 osób, a tu kilka tysięcy. Wiele osób miało porządny strój do biegania, a ja wstydziłam się wyjść w zwykłych rzeczach, mając zwykłe trampki.

Ale z czasem buty do biegania sobie kupiłaś

Ula Sertel: Tak, jak już chce się w coś brnąć, to zdecydowanie warta inwestycja. Z tym, że nigdy nie byłam gadżeciarą. Nie muszę mieć 17 par, wolę jedną ale porządną.

Zaczęłaś stawiać sobie kolejne cele?

Ula Sertel: Był triathlon, dostałam się do programu Aktywuj się, akurat była też akcja rowerowy maj, wyznaczyłam sobie za cel przejechanie 1000 km.

Wszystko przerwał wypadek?

Ula Sertel: Byłam na końcówce, miałam na koncie 850 km, wtedy doszło do wypadku na rowerze. Połamałam ręce z koniecznością włożenia blach. Niestety okazało się, że śruby trą o więzadła, zaczęłam tracić czucie w palcach. Konieczne było ich wyciągnięcie.

Bałaś się, że z triathlonem już się nie zmierzysz?

Ula Sertel: Lekarze uważali, że jeśli w ogóle będę mogła jeździć na rowerze, to pozostanie mi jazda tylko na MTB w ostateczności, ze względu na konieczność amortyzacji nadgarstków. Ręce wg nich nie miały już być nigdy tak sprawne. Gdy patrzyłam jak ekipa z którą się przygotowywałam startowała w triathlonie, zazdrościłam im, ale mając gips na rękach nie było mowy o sporcie. Nie było szans poradzić sobie nawet z wieloma codziennymi czynnościami, potrzebowałam wsparcia.

Ula Sertel

Udało się jednak wrócić do sprawności?

Ula Sertel: Choć obawy były różne, to moja druga pasja szydełkowanie okazało się być najlepszą rehabilitacją. Nawet na tych prawdziwych zajęciach z rehabilitacji wspomnieli mi, że coś musze robić, mam dużo większe zakresy rąk.

Czyli często wszystko jest kwestią rehabilitacji i determinacji.

Ula Sertel: Trochę i sama mnie zmotywowałaś w tej kwestii. Widziałam Cię na zawodach na wózku, a potem biegałaś 100 km. To była dla mnie super motywacja. Pokazanie czegoś ale nie jednoczesne mówienie, zobacz – ona może, a ty nie? Trochę mi się nie spodobało, gdy należałam do grupy triathlonowej i będąc po wypadku okazało się, że jedna zawodniczek, która również miała wypadek, wróciła szybko na treningi pomimo pozszywanej szczęki, zaraz słyszałam głosy – „ona przychodzi, a ty nie?”. Tyle, że chyba często te same osoby nie wiedzą jak to jest mieć połamane 2 ręce. Na dodatek miałam je zagipsowane w dość nietypowy sposób, pod kątem. Pamiętam jak w szpitalu pielęgniarka się zapytała – „a pani nie je?” Zastanawiała się jak, co miałam buzię wkładać do talerza? Czasem natrafisz na ludzi którzy powiedzą ci „hahaha, możesz przecież np. pobiec w gipsach”. To jednak jest w jakimś sensie poświęcanie swojego zdrowia. Ja nie chciałam tego robić, zrozumiałam, że nie można robić nic przeciwko sobie. Dla mnie i tak było dużo, że podjęłam się by po wszystkim wsiąść na rower.

Wiesz, że dla mnie to duże zaskoczenie, gdy wspominasz o mnie. Musiałaś pokonać swój strach?

Ula Sertel: Nie było tak źle, ale przestałam ufać ludziom na drogach. Mogłam wsiąść na rower na polu, ale w mieście początkowo miałam obawy. 

Ula Sertel

Wiadomo, że wypadki nie są dobrą rzeczą, ale czy też nie uważasz, że czegoś nas uczą?

Ula Sertel: Zdecydowanie. Zawsze sądzę, że coś jest po coś. Dla mnie był to też taki stoper w ciągłym szalonym trybie dnia praca i trening. Nauczyło mnie doceniać bardziej chwile. Gdy nie byłam w stanie nic zrobić sama,  zaczęłam doceniać proste rzeczy, nawet że mogę wstać. Zawsze lubiłam przyrodę, ale po wypadku zaczęłam z niej wreszcie korzystać. Mogło być przecież gorzej, jak się okazało w moim przypadku sporą siłę uderzenia wziął na siebie plecak i książka w nim. Ta po prostu się wygięła. Jechałam wówczas w butach SPD, gdy poleciałam do przodu, za mną poleciał rower, który właśnie uderzył w plecak. Nauczyłam się doceniać życie, nie odkładając na później.

Wszystkie problemy zdrowotne dają Ci dziś siłę?

Ula Sertel: Sądzę, że każda rzecz mnie zbudowała, pokazuje mi co pozwoliła osiągnąć,  że nie ma rzeczy niemożliwych. Czuje się dziś silniejsza, że dałabym sobie z tym radę. Może jeszcze nie wszystko mi się udało, jak np. wystartować w triathlonie po wypadku, w tym roku ze względów bezpieczeństwa był duathlon, ale nie zamykam się na to. Wszystko przede mną.

Ula Sertel

A gdybyś się miała zastanowić, co Ci dało bieganie?

Ula Sertel: Na pewno pewność siebie, siłę do zwiększania swoich możliwości, przekraczania granic. Bieganie wiąże się też z wyjazdami można poznać nowe tereny, nowych ludzi. Pozwoliło mi zrozumieć, że nad marzeniami można jeszcze pracować, że można je spełnić. Można się rozwijać. Lubię doświadczać nowych rzeczy, kiedyś się poddawałam. Teraz działam spontanicznie. Uda się albo się nie uda, spróbuję. Bieganie Pobudziło mnie do rozwoju. Kiedyś sądziłam, że więcej niż 10 km nie pobiegnę. Poznałam ludzi o podobnej pasji, zaczęłam się rozwijać. Wiem, że mogę więcej. Kiedyś wydawało mi się, że ja nie mogę, oni mogą bo biegają np. 18 lat. Teraz skoro przebiegłam 10 mogę 20, skoro zrobiłam maraton mogę 50 km.

Chcesz więcej, ale odnoszę wrażenie z umiarem, nie za wszelką cenę?

Ula Sertel: Nie wiem czy kiedyś coś takiego miałam, kiedyś i zazdrościłam komuś, że wow on np. biega 5 km w 20 min. Dziś mówię, szacun dla niego. Wypracował sobie, ma. Nie biegam by coś komuś udowodnić. Kiedyś zawsze starałam się pokazać, że ja tez mogę. Dziś nie udowadniam, więc nie robię nic na siłę. Cieszę się, że zwiększam swoje możliwości, robię to dla przyjemności. Nie ma to być dla mnie robienie za wszelką cenę. Mogę nie muszę. Nie chcę zażynać organizmu, wolę go naprawić.

Zapewne po prostu wiesz ile zdrowie kosztuje.

Ula Sertel: Też. Problemy zdrowotne pokazały mi, że jak się chce to można. Trzeba tylko nad tym popracować.

Twoja rodzina jak zareagowała na to, że zaczęłabyś być aktywna?

Ula Sertel: Gdy po wypadku chciałam wziąć swoje buty SPD z rodzinnego domu, mama je schowała, nie chciała oddać. Rozumiałam, że się martwi ale ja też miałam swoje obawy. Pierwszy raz ponownie założyłam po 3 latach na Harpaganie [ekstremalny rajd na orientację] gdzie startowałam na trasie mieszanej 150km.. O ile mama chciała bym przystopowała z rowerem to bieganiem sama się ode mnie zaraziła.

Obok szydełka Twoją cechą charakterystyczną jest uśmiech, to też zasługa biegania?

Ula Sertel: Wcześniej częściej płakałam, byłam raczej obojętnie nastawiona do życia. Wtedy robiłam wiele to co inni chcą, wbrew sobie. Dzięki bieganiu i wypadku doceniam proste rzeczy, zaczęłam się uśmiechać. Robię to co chcę, a jak to robisz to jesteś zadowolony, szczęśliwy i uśmiech sam automatycznie pojawia się na twarzy.