Tegoroczna edycja Dolnośląskiego Festiwalu Biegowego obfitowała w rekordy w biegach wśród kobiet. Już w czwartek 19 lipca na najdłuższe trasy 240 km Bieg 7 Szczytów i 130 km Super Trail wyruszyli zawodnicy. Ze 130 km w rekordowym czasie uporała się Agata Matejczuk, meldując się na 6 pozycji OPEN po 16:39:17. Apetyt na wynik poniżej 40 godzin na najdłuższych zmaganiach Biegu 7 Szczytów miała Ania Witkowska, dla której było to 3 podejście do ukończenia tego dystansu. Wynikiem 38:37:38 spełniła swoje marzenie o zwycięstwie i rekordzie.

Z Anią miałyśmy okazję porozmawiać dłuższą chwilę już na drugi dzień o poranku. Nic nie wskazywało jakby miała za sobą 240 km. Z uśmiechem popijała herbatę i opowiadała o przygotowaniach i zmaganiach na trasie.

Cel zrealizowany, zaczynając jednak od początku, spędziłaś sporo czasu trenując na miejscowych ścieżkach?

Ania Witkowska: Bardzo dobrze się czuję na zawodach na trasie którą znam. To trochę tak jak z jazdą samochodem, za każdym kolejnym razem pokonywania tej samej trasy, wydaje się, że podróż minęła szybciej. W bieganiu jest tak samo. Mi osobiście dużo daje dokładne zapoznanie się, zresztą najzwyczajniej dobrze jest trenować w terenie po którym się będzie biegało. Na okolicznych ścieżkach spędziłam m.in. całą majówkę i 10 dni na początku lipca.

Zatem Bieg 7 Szczytów był startem docelowym?

Ania Witkowska: Wymarzyłam go sobie kilka lat temu jak zobaczyłam trasę 240 km, która otacza Kotlinę Kłodzką. Bardzo chciałam tu wystartować.

Pierwsze podejście nie było udane?

Ania Witkowska: Startując po raz pierwszy 2 lata temu wiedziałam ze nie jestem przygotowana. Chciałam jednak spróbować, zobaczyć jak to jest być tak długo w trasie. Nie nastawiałam się na żaden wynik, nawet na ukończenie. Z perspektywy czasu myślę, że nie był to głupi pomysł. Po prostu bez żadnej napinki zobaczyć jak to jest. Zobaczyć, czym naprawdę są te halucynacje i to wszystko co ludzie opowiadają. Co to oznacza, gdy ludzie mówią, że mają zmasakrowane stopy. Wbrew pozorom polecam coś takiego, by nawet nie będąc przygotowanym – spróbować. Limity czasowe są wystarczająco długie by się nimi nie stresować. Co prawda start nie skończył się dla mnie dobrze, nogi miałam faktycznie zmasakrowane. Poważny obrzęk nóg sprawił, że zmagania zakończyłam na 190 km. Nie byłam w stanie założyć nawet żadnych butów. Długo się leczyłam, czucie w stopach wróciło mi dopiero po 9 miesiącach.

9 miesięcy przerwy?

Ania Witkowska: Nie, nie było tak, że nie mogłam biegać czy trenować. Obrzęk był tak duży, że praktycznie zmiażdżył mi nerw, tym samym nerwy czuciowe musiały się odbudować. Miało to zalety, nie było czuć np. zimna, ale tak naprawdę taki stan jest również niebezpieczny. Było to doświadczenie, które pozwoliło mi się lepiej przygotowywać nie tylko do Biegu 7 Szczytów, ale ogólnie do długich startów.

Mimo tych problemów nie zniechęciłaś się, zapisałaś się na kolejną edycję?

Ania Witkowska: Oczywiście, zrobiłam to od razu. Mimo, że startowałam w długich biegach, to ta trasa była dla mnie wymarzona. Choć nie jest to trasa typowo pod moje umiejętności. Patrząc na sumę przewyższeń na 240 km, jest to ona bardziej biegowa niż górska.

Początek jest nieco bardziej wymagający.

Ania Witkowska: Tak można powiedzieć, że ten początek jest bardziej górski m.in. przez Śnieżnik. Zresztą wychodzi nieco tak, że na 1/6 dystansu jest ok. ¼ przewyższeń. Później ta trasa jest jednak bardziej biegowa. Wolę duże przewyższenia, a tu jest sporo odcinków prawie, że płaskich, gdzie trochę głupio nie biec. Bardziej sprawdzą się osoby z przygotowaniem biegowym, nie typowo górskich jak choćby tegoroczny zwycięzca Góral z Mazur Rafał Kot. Dla mnie lepsze są trasy jak m.in. Stumilak, gdzie na 170 km jest ponad 10 000 m przewyższenia.

Upodobałam sobie ten bieg jako taką perełkę. Kotlina Kłodzka to przepiękne tereny nie tylko do biegania. Jest mnóstwo miejsc, gdzie przyroda nie została zniekształcona, chociaż mijaliśmy też spore wycinki.

Chyba lubię to miejsce za to samo, jest tu taka dzikość, nie jest tak tłoczno.

Ania Witkowska: Tak, jest tu kilka miejsc jak m.in. Śnieżnik, gdy jest pogoda jest tłoczno, ale poza tym są kilometry szlaków gdzie nikt nie chodzi. Na początku gdy biegliśmy szlakiem wzdłuż granicy, to aż mnie serce ściskało gdy widziałam duże podgrzybki, borowiki. Wiadomo, że bym ich nie zbierała, choć może byłoby zabawne, gdybym na punkt wbiegła z grzybami. Później był też taki odcinek już po czeskiej stronie, gdzie rosną duże poziomki. Jest tu więc dużo takich przyrodniczo pięknych miejsc na trasie.

Powrócę do kolejnej próby, powróciłaś na kolejną edycję?

Ania Witkowska: W ubiegłym roku w zasadzie treningowo byłam przygotowana. Miałam wszystko przygotowane, swój suport. Niestety przyplątał się rotawirus. Od początku czułam, że coś jest nie tak, pomimo tego udawało mi się jakoś zaplanowane czasy utrzymywać, Niestety nie dotarłam nawet do Kudowy, karetka musiała mnie ściągnąć z trasy. Zresztą wbiegając na metę tegorocznej edycji spotkałam tych samych panów ratowników, którzy mnie wtedy ratowali, śmiali się jak mnie zobaczyli – czekamy tu na panią. O nie, nie tym razem – żartowałam. W ubiegłym roku strasznie przeżyłam, że takie czynniki niezależnie trochę ode mnie nie pozwoliły na ukończenie. Dziś sobie myślę, że może to nawet dobrze. Pozwoliło mi się to jeszcze lepiej przygotować mentalnie. To nie jest żart, to nie są puste słowa, gdy mówi się, że ultra biegnie się głową. Wiadomo, że kryzysy będą. Pytanie tylko czy będziemy sobie z nimi umieli poradzić? I jak szybko sobie z nimi poradzimy?

W tym roku też mi się zdarzył kryzys przed Kudową. Na podejściu zaczęło mi się robić słabo, zimno. Usiadłam na chwilę, po czym zaczęłam spokojnie iść do Kudowy. Tam w przeciągu pół godziny przy pomocy mojego suportu udało się niejako „zmartwychwstać”. Chociaż zaczęłam się obawiać, czy nie będzie powtórki z zeszłego roku, czy będzie wszystko ok. Udało się to przezwyciężyć. Jak już wspominałam w tym roku byłam przygotowana mentalnie i na ściganie i na kryzysy. Na wszystko miałam przygotowany plan B. Moje wyposażenie dla suportu nie zmieściłoby się w moim bagażniku [śmiech]. Miałam odzież na zmianę, swoje picie. Miałam także wszystko na zapas, bo może np. bukłak pęknąć, kijek się złamać. Chciałam mieć pewność, że takie zdarzenie jak np. pęknięty bukłak czy zerwana sznurówka nie wyeliminują mnie z dalszej gry.

Sama byłam świadkiem, jak jedna z osób musiała odpuścić zmagania z powodu latarek, które padły.

Ania Witkowska: Dziwiłam się swojemu koledze, który bardzo mocno trenował do Biegu 7 Szczytów. Trenował długie, wielogodzinne biegi. Okazało się, że nie zadbał o to jak zadbać o stopy na taki bieg, nie miał przygotowanych rzeczy na zmianę, nie miał posmarowanych stóp. Wydawało się, że był to wymarzony bieg, a zapomniał o „drobiazgach:.

Zatem logistyka do istotna kwestia na takich biegach?

Ania Witkowska: Logistyka, ale i zadbanie o szczegóły.

Teraz na trasie ile razy zmieniałaś buty i skarpety?

Ania Witkowska: Miałam przygotowane 4 pary butów czyli 3 zmiany. Ostatecznie skończyłam na 3 parach butów. Za każdym razem zmieniałam cały komplet, czyli zdejmowałam buty i skarpety, wycierałam stopy, smarowałam bądź pudrowałam.

Smarowałaś maścią propolisową?

Ania Witkowska: Na początku na noc maść propolisowa, ale już w ciągu dnia puder. Z maścią należy jednak uważać, niektórzy mają uczulenie. Te osoby mogą sobie zaszkodzić jeszcze przed startem.

Obyło się bez pęcherzy?

Ania Witkowska: Koniec końców miałam 2, ale dopiero za metą je zauważyłam. Stopy mam w całkiem niezłej formie jak na taki długi dystans.

W przypadku pęcherzy, pamiętam jak przed startem radziłaś korzystać z igłą ze strzykawką?

Ania Witkowska: To metoda, którą znajomy przywiózł z zagranicznych biegów. Zwłaszcza kiedy pęcherz jest duży, lepiej nie przebijać go czymkolwiek, tylko igłą ze strzykawką, dzięki czemu możemy odessać płyn. Najlepiej byłoby zakleić to od razu plastrem, by skóra w tym miejscu, która jest nieco luźna, nie ruszała się.

Wracając do nastawienia mentalnego. Wielu uważa, że największą barierą Biegu 7 szczytów jest możliwość zejścia po 130 km. Uważasz, że to minus tego biegu?

Ania Witkowska: Nie nazwałabym tego minusem, ale sądzę, że jest to pułapka. Zdarzało mi się na niektórych imprezach, że pomimo nawet jakiś ambitnych planów na ten bieg miałam w głowie myśli jak fajnie byłoby zawinąć się już w kocyk, pójść pod prysznic, zjeść lody, a nie tylko biec. Nadchodzą takie momenty, gdy człowiek zaczyna być obojętny. Osiągnięcie mety przestaje być dla niego wyzwaniem. I wtedy taka Kudowa i kwestia, że będzie się miało zaliczony ten bieg i medal za 130 km, to może być pułapka.

Za Kudową czeka „łagodniejsze” 110 km w porównaniu z pierwszymi 130 km?

Ania Witkowska: Ma nieco mniej górski charakter. Jest kilka bardzo stromych podejść czy zbiegów ale są one dużo krótsze. Mi ta część trasy poza fragmentami przez Góry Stołowe dużo mniej się podoba z uwagi m.in. na przebieg choćby przez Nową Rudę i dzielnicę Słupiec, gdzie biegnie się miedzy blokami, garażami. Co jednak kto lubi. Obecnie już będąc na biegu nie mam zbyt wiele czasu by cieszyć się przyrodą dookoła. Nadrabiałam będąc tu na treningach. Chociaż miałam takie momenty będąc sama na trasie, gdy nie było widać żadnych świateł, wyłączyłam na chwilę czołówkę i spojrzałam w niebo. Było pięknie rozgwieżdżone. Mieszkając w mieście na co dzień nie widzimy takich rzeczy.

Miałaś na trasie halucynacje?

Ania Witkowska: Tym razem nie. Byłam tak rozemocjonowana tym co się dzieje, tym, że miałam coraz większe szanse by moje marzenie o wyniku się ziściło, Nie miałam myśli by pójść spać. Chociaż w aucie suportu też było wszystko przygotowane bym się mogła zdrzemnąć. Jest to jednak znana przypadłość, gdy nadchodzi druga noc i widzi się rzeczy, które nie istnieją, których nie ma się prawa widzieć.

To te trzy etapy halucynacji?

Ania Witkowska: Tak. Etap pierwszy – gdzieś w jakimś korzeniu czy innych fragmentach dopatrujemy się zwierząt i ludzi, ale oni mogliby tak naprawdę być. Etap drugi – rzeczy, których nie powinniśmy widzieć w danym miejscu np. kryształowe żyrandole w lesie. Trzeci etap – jest już mniej zabawny, czasem niebezpieczny. To etap, gdzie przestajemy sobie zdawać sprawę z tego gdzie jesteśmy, co robimy. Tracimy poczucie czasu, odległości. Kiedyś mi się zdarzyło na innym biegu, że biegnę i biegnę i zaraz będę na następnym punkcie, patrzę na zegarek – przebiegłam 300 m.

Nie miałaś takich momentów, że bałaś się, że biegniesz sama?

Ania Witkowska: Nie mam czegoś takiego w ogóle. Bardziej się boję być sama wieczorem w środku miasta. Nie mam poczucia, że jest to jakieś zagrożenie. Myślę wręcz, że osoby, które zazwyczaj biegają takie długie biegi w towarzystwie, w jakiś sposób tracą część doświadczeń, które wynikają z tej samotności na trasie. Bardzo długo nie widzę nikogo przed sobą, za sobą. Są często tylko odgłosy lasu. To jest fajne. Na ok 1,5 godz. przed wschodem ptaki zaczynają się budzić, czasem nie słyszymy tego w towarzystwie. Dziwie się trochę też czasami niektórym osobom, które ciągle gadają na trasie. Ultra to jest takie trochę doświadczanie, zarówno przyrody, jak i relacji z ludźmi, ale też doświadczanie tego co się dzieje we mnie. Jak reaguje na to co się dzieje. Mamy okazję poznać sami siebie w sytuacjach w pewien sposób ekstremalnych, choćby przez brak snu. Przy jednym ze swoich startów na długim dystansie zrozumiałam, że jedną z tortur jest zabranie człowiekowi snu, wcale nie trzeba jakiegoś uszkodzenia ciała.

Przed startem wspominałaś, że Twoją obawą jest trochę chęć ścigania się z zawodniczkami już od początku, zamiast skupienia się na realizacji planu.

Ania Witkowska: Wymarzyłam sobie, żeby nie tylko zrobić bardzo dobry wynik, ale i wygrać. Nie potrafię się ścigać, Zaczynam powoli, potrzebuję dużo czasu aby się rozkręcić. Śmieję się, że potrzebuję 30-40 km żeby się dobrze rozgrzać, ustabilizować tętno. Wiem, że na pierwszych punktach sporo dziewczyn jest przede mną. Wiem jakie mam umiejętności, mimo to denerwuję się i rozmyślam – ile przede mną, czy je dogonię? Czy też już później – ile mam przewagi nad kolejną? Powiedzmy szczerze, głupio byłoby stracić zwycięstwo na ostatnim odcinku. Niestety na ostatnich punktach Biegu 7 Szczytów nie było elektronicznego pomiaru czasu, więc mój suport zostawał na tym punkcie i czekał ileś tam czasu sprawdzając czy ktoś się pojawi. Byłam przekonana, że druga dziewczyna jest tuż za mną. Może nie były to takie typowe halucynacje, ale słyszałam stukanie kijkami, obracałam się, a tam nikogo nie było. Miałam takie obawy z tym napięciem – kto za mną, kto przede mną, że nie dam sobie z nimi rady. To zabiera bardzo dużo myśli w głowie, a przede wszystkim dużo energii. Powinnam się raczej w tym czasie skupić jakie mam tempo, by na punkcie mieć wystarczająco dużo czasu by zjeść czy się przebrać. Kiedyś popełniłam ten błąd. Na jednym z biegów na punkcie odżywczym, ścigałam się z dziewczyną na 150 km. Była nieco przede mną, na ostatnim punkcie odżywczym się rozsiadła i jadła posiłek. Uznałam, że to jest moja szansa, nie zjem, i polecę od razu dalej. Szybko się to zemściło utratą energii. Udało mi się co prawda wgrać, ale nie na tym myślę trzeba się skupiać.

Trzeba przyznać porównując kolejne edycje, że poziom na tegorocznym biegu był wyższy.

Ania Witkowska: Zdecydowanie. Jak przejrzymy wyniki Biegu 7 Szczytów w kolejnych latach, to rekordy lecą, więcej osób kończy. Wynik, który zrobiłam we wszystkich poprzednich latach spokojnie starczyłby na pierwszą 10-tkę, a nawet wyższą lokatę. W tym roku starczył na 12 miejsce.

Skoro poruszony został temat przygotowań. Przygotowując się, biegałaś dużo kilometrów?

Ania Witkowska: Mam roczny plan treningowy, natomiast nie patrzę ile kilometrów wychodzi tygodniowo czy miesięcznie. W pierwszej części jest taka baza – głównie objętość, czyli czas spędzony w ruchu. Ponieważ przypada to na zimę, jest niewiele biegania. Ale są skitury, a jeśli nie ma śniegu – wycieczki rowerowe. Wycieczki po górach, ale też nawet niebiegowe, bo ciężko mówić o bieganiu w śniegu. Miałam okazję pochodzić na rakietach śnieżnych cały dzień. Zazwyczaj przy takich aktywnościach mamy ciężkie buty i plecak, jest to świetna baza wysiłkowa. Dużo też czasu spędzam na siłowni, w okresie zimowym – 3 razy w tygodniu. Dopiero od wiosny mam więcej samego biegania. Staram się niemal każdy weekend spędzać w górach, na szczęście mieszkam na południu Polski. Mam jednak duży kłopot, żeby się zebrać na treningi w tygodniu. W tym roku w ciągu tygodnia roboczego mój kilometraż często nie przekraczał 20 km, ale w weekend nierzadko wpadła stówka. Znam swoje słabe i mocne strony. Nie muszę typowo pracować nad wytrzymałością, mam ja niejako genetycznie, ale problemem były dla mnie podejścia. Trochę udało się to ostatnio poprawić. Mam też problemy z szybkością, na szczęście na takich dystansach nie ma to aż takiego znaczenia. Dużo mi daje umiejętność zbiegania i m.in. tym nadrabiam.

Na podejściach używasz kijków?

Ania Witkowska: Na długich dystansach tak. Zdarza się, że nawet jak jest łagodny podbieg, praktycznie też idę. Kijki się wtedy przydają. Jednak ostrzegam, nie da się tego zrobić w ten sposób, że kupię kijki w piątek i w sobotę wystartuję. Zajęło mi ok. 200 km nauczenie się biegania z nimi. Tu też dużo dało mi trenowanie na siłowni i wzmacnianie górnych partii ciała. Należy pamiętać,  że kijków nie można wlec za sobą tylko właśnie powinno się nimi odbijać. Znaczenie odgrywa również ich waga.

Masz składane?

Ania Witkowska: Tak, ale tak naprawdę na całych 240 km składałam je tylko 2 razy. Pierwszy raz przed wejściem na labirynt na Szczelińcu, aby nie przeszkadzały przy przeciskaniu się, Zresztą tam też bywa wielu turystów i trzeba ich jakoś wymijać. Jak się zbiega dalej po schodach dobrze mieć wolne ręce i trzymać się poręczy. Drugi raz składałam już pod Górą Borówkową, czyli na ostatnim zbiegu do mety.

Skoro miałaś tak wszystko przygotowane, było coś co Cię zaskoczyło na tym biegu?

Ania Witkowska: Dobre pytanie. Z natury mam na wszystko plan B. Na pewno zaskoczyło mnie jak bardzo mokro i błotniście mieliśmy pierwszej nocy. Choć bywałam już tutaj, wiedziałam, że pod Śnieżnikiem jest torfowisko, to pierwszy raz widziałam aż takie błoto. Zaskoczył mnie także odcinek za Bardem na słynnej Drodze Krzyżowej. Pomimo tego, że znałam to miejscem, choć nie byłam tam wcześniej po ciemku, cały czas miałam wrażenie, że nie jestem na tej drodze co powinnam być. Choć jak wspomniałam znałam je doskonale, wiedziałam też, że innej ścieżki tu nie ma. Być może jeszcze kilka szczegółów by się takich znalazło, ale poza tym wydaje mi się, że nie.

Byłaś dobrze przygotowana.

Ania Witkowska: Lubię być przygotowana. Zresztą teraz ludzie często mnie pytają czy na UTMB nie chce jechać? Mówię – nie. Dużo lepiej mi się biega w Polsce, gdzie mogę przyjechać wcześniej, dotknąć niejako tej ziemi po której będę się ścigać. Nacieszyć się przyrodą przygotowując się do biegu. Wolę tak niż biegać w miejscach nieznanych. Znajomość trasy daje przewagę, wiadomo gdzie warto właśnie m.in. złożyć kijki, gdzie przyspieszyć. Kiedy można zjeść, a kiedy nie warto wyciągać batona, bo np. będzie zbieg i co ja z tym batonem zrobię. Trochę się dziwię, że niektórzy w ogóle nie przyglądają się profilowi trasy na zawodach.

Jedzenie, odżywiałaś się żelami czy miałaś domowe?

Ania Witkowska: Wszystko miałam swoje. Należę do osób, które mają wieczne problemy żołądkowe. Podziwiam niektórych, mam kolegę, który biegnąc dystans niemal 150 km odżywiał się tylko żelami. Wszystkie miał tego samego smaku, a jadł je co 5 km. Przez cały bieg zjadł ich więc aż 30 i bardzo dobrze to zniósł. Ja niestety źle znoszę powtarzające się smaki, jedyna rzecz która mi się nie nudzi to cola. Mało co jem, nie jestem w stanie tez przyjmować już po 50 km pokarmu, które trzeba pogryźć. Źródłem energii była więc dla mnie zupa pomidorowa przygotowana przez moją mamę w termosie. Gęsta zupa na rosole z ogromną ilością tłustej śmietanki. Do tego kubek herbaty, zwłaszcza podczas deszczowej nocy jest jak ratowanie życia. Tym razem miałam też apetyt na zwykłe zagęszczone mleko w tubce i ser, na szczęście na punkcie w Bardzie poratowali mnie nim, bo mieli przygotowany na kanapki. Trochę mnie rozczarowało, choć wiem, że nie było takiej możliwości, ale brakowało mi na punktach herbaty. Dla mnie nawet podczas upałów napicie się gorzkiej herbaty dobrze działa na żołądek. Nie piję na punktach nawet wody, mam swoją wysoko zmineralizowaną. Na spokojniejszych wycieczkach lubię kotleta i ziemniaki. Jednak nie każdy jest w stanie po tym biec. Tu w Pasterce była pyszna zupa ogórkowa z ziemniakami.

To jest w sumie też taka część przygotowań, którą wiele osób zaniedbuję. Sprawdzenie, co mój żołądek przyjmie po 8 godzinach, 10 godzinach.

Miałaś jakąś swoją zachciankę choćby już biegnąc do mety np. zjeść frytki?

Ania Witkowska: Tym razem nie, chociaż idąc do Kudowy jak sobie przypomniałam, że jest budka z lodami, to choć czułam, że żołądek już tak nie bardzo funkcjonuje, rozmyślałam by zjeść sobie lody. W Kudowie zapomniałam o tym natychmiast. Choć faktycznie zdarzają się takie zachcianki, to w sumie jest nawet zabawne. Nieraz słyszałam jak w środku lasu zawodnicy rozmawiają właśnie np. o frytkach. Mam też w suporcie siateczkę z napisem „zachcianki”, gdzie są rzeczy, których wiem, że na co dzień nie jem, ale może się zdarzyć, że będę miała na nie smaka. Chyba nawet zdarzało się, że chipsy sobie tam wrzucałam. Na Biegu 7 Szczytów jest też taka zaleta, że w razie co jest Kudowa czy schronisko w Pasterce i można sobie coś kupić. Jeden z kolegów startując w zeszłym roku na 240 km w Kudowie, wiedział, że ma zapas do limitu, a blisko jest budka z dobrymi hamburgerami, poszedł więc sobie na hamburgera. I jak mówił dobrze mu się potem biegło.

Jak zaczęłaś przygodę z biegami ultra?

Ania Witkowska: Trochę przez przypadek. Od dzieciństwa nic nie trenowałam. Bardziej byłam typem osoby z nosem w książkach, tak spędzałam czas. Naturalne były jednak częste, rodzinne wycieczki w górach. Parę lat temu uznałam, że potrzebuję wyzwania. Wszyscy tak gadali o tym bieganiu, zaznaczę – nie cierpiałam biegać, na w-f była to moja zmora. Byłam przekonana, że największym biegowym wyzwaniem jakie może istnieć jest maraton. Zapisałam się na maraton, choć nawet nie zrobiłam jeszcze żadnego treningu. Miałam do niego 8 miesięcy. Pod choinkę dostałam pulsometr, kupiłam więc sobie książkę Trening z pulsometrem. Już po 8 tyg. treningów wystartowałam w półmaratonie. Pasowało mi w planie, by na 2-tyg przed maratonem sprawdzić się w półmaratonie. Szukałam czegoś w kalendarzu. Znalazłam coś w okolicach Cieszyna, nie zwróciłam jednak uwagi, że tam płasko raczej nie będzie. Okazało się, że ten półmaraton miał 26 km i 1800 m przewyższenia. Wtedy odkryłam, że jest coś takiego jak bieganie po górach. Kiedy zbiegałam i na zegarku widziałam tempo 3 z hakiem bardzo mi się spodobało. Startowało mało dziewczyn, załapałam się na podium. Wystartowałam w maratonie po ulicy, ale już od kolejnego sezonu szukałam czegoś górskiego. Aczkolwiek warto pamiętać, że nawet w przypadku biegów górskich warto trenować również na asfalcie, treningiem typowo szybkościowym. Sama sobie też to mogę mówić, bo nieco to zaniedbuję, ale warto tak uzupełniać trening. Zauważyłam, że gdy startowałam w półmaratonie i maratonie to szło mi to przeciętnie, natomiast im dystans był dłuży, byłam bardziej z przodu. Pierwszym startem był Niepokorny Mnich, dla mnie też w przypadkowych butach z plecaczkiem rowerowym, a okazało się że byłam tuż za podium z niezłym czasem [6 miejsce z czasem 14:16:39].

Pierwszy dużo dłuższy dystans Łemkowyna na 150 km zakończyłam od razu na 1 miejscu, ale wtedy i warunki były ciężkie. Nie każdy jednak ma taki kierunek, że szukamy coraz dłuższych dystansów. Sama znam osoby, które zrobiły np. 240 km i powiedziały nigdy więcej, bo zamiast się tak męczyć wolą wybrać maraton czy 68 km i przez niemal cały dystans biec. Odkryłam, że dobrze się czuje na długich dystansach, ale nie lubię biegania po pętli, gdzie niejako kilometry nabijane są na siłę, zarazem niektórym to odpowiada. Wydaje mi się, że warto przed startem sobie przygotować odpowiedzi na pytanie „Po co ja to … robię”. Jeśli nie masz odpowiedzi, to właśnie co Cię powstrzymuje by zostać w Kudowie? Każdy ma jakiś swój cel. Dla większości nawet nie jest celem wynik a samo osiągnięcie mety.

W biegach ultra podoba mi się to, że wcale nie traktujemy siebie jak konkurencję. Jak to się zabawnie mówi – nieszczęście zbliża ludzi. Jest fantastyczna atmosfera, ludzie się dzielą pomagają. Nie ma czegoś takiego – to moje. Nawet suporty innych ekip pomagają zawodnikom, gdy jest taka potrzeba. Jedyna rzecz, która mnie boli na trasie – to śmieci pozostawiane przez biegaczy.

Wrócisz na Bieg 7 Szczytów?

Ania Witkowska: Przyszło do mnie takie pytanie na kilka minut po przekroczeniu linii mety. Spełniłam swoje marzenie w związku z czym nie mam planów co do DFBG. Co miałabym zrobić? Na pewno da się zrobić lepszy czas, ale chwilowo nie czuję takiej potrzeby. Na pewno będę chciała tu przyjeżdżać, cały festiwal przyciąga. Jednak ja też lubię biegi na orientację, a termin mistrzostw zbiega się z terminem DFBG. Może w przyszłym roku tam? A może wrócę jako wolontariusz? Cała Załoga Górska to paczka niesamowitych ludzi. Będę wracać ale nie wiem jeszcze z jakimi celami i w jakiej roli.

baner gotowi wyruszyc na szlak?