Bieganie powinno łączyć czy dzielić? Kto ma prawo nazwać się biegaczem? Kiedy to jest zdrowe, a kiedy ryzykowne? Gdzie powinna być granica? Maratony nie dla wszystkich, ultra – dla wybranych, to pojawiające się postulaty. Które rozróżnić mają tych prawdziwych biegaczy od „męczenników ” tylko sobie szkodzących. Ale są i nie tylko takie, bo przecież – ultra i trail są dla słabych, którzy „nie umieją biegać” – słychać dalej.

Temat systematycznie powraca. Sezon startowy w pełni. Mamy zawody mocno obsadzone i kameralne, gdzie często wygrywają amatorzy, nie zawsze ci z czołówki…

Informacje o śmierci kolejnych biegaczy na trasie na imprezach krajowych i zagranicznych staje się powodem do kolejnych dyskusji. Podkreślających jakie to bieganie jest ryzykowne… Bo przecież biegacz zmarł podczas maratonu, a ten np. wchodzi w cykl Korony Maratonów Polski, no i mamy Koronę Półmaratonów, a chcąc ją zdobyć skazujemy się… na utratę zdrowia. Tylko na jakiej podstawie ktoś łączy jedno z drugim? Sami lekarze przyznają, możemy być przebadani, zdrowi, a jednak coś w organizmie nie zadziała poprawnie… Podczas pierwszej Warszawskiej Debaty „Bieganie Łączy” podczas której rozmawiano o bezpieczeństwie imprez Dr n. med. Robert Gajda, lekarz kardiolog ze specjalizacją w medycynie sportowej zwrócił uwagę na to, że w biegach startują ludzie w ramach prewencji pierwotnej i wtórnej.

  • Prewencja pierwotna – uprawiamy zdrowy styl życia abyśmy nie zachorowali,
  • Prewencja wtórna – do tej grupy należą ludzie, którzy już przeszli zawały, mają nadciśnienie tętnicze, cukrzycę czy inne choroby i wciągnęli się biegania. W ich przypadku prawdopodobieństwo zdarzenia jest większe.

Jak wspominał lekarz, w medycynie funkcjonuje coś takiego jak nieunikniona rzadkość. Choćby nie wiadomo ile osób badano przed startem, to i tak ktoś umrze w biegu. Jest też statystyka, która mówi o tym, że 1/50 000 maratończyków umiera.

I w takich przypadkach rodzą się spekulacje – pewnie chciał/a za szybko… Przecież jak startować – to tylko dla życiówki – postulują kolejni. Czy aby na pewno?

Tam gdzie wszystko kręci się wokół cyfr, bywa, mało jest przyjemności. Nie zagubmy się w nich. Nie można oceniać człowieka przez pryzmat cyfr. Każdy biegacz ma swoją historie i możliwości. Większy bądź mniejszy poziom wytrenowania i doświadczenia. Czas bądź też jego brak na treningi. Tak…mawia się – nie ma czegoś takiego, tylko kwestia dobrego zorganizowania. Nie zawsze jest tak kolorowo. Każdy ma swoje priorytety, nie zawsze bieganie stawia na pierwszym miejscu. Zaraz ktoś spyta – to po co pchają się na zawody? Może chcą się sprawdzić, doświadczyć tych niesamowitych emocji związanych ze startem i radości na mecie, a nie oglądać je tylko z kanapy…

Bieganie stało się masowe. Rozwinęło się dzięki amatorom, którzy po prostu chcą. Po tytuł „maratończyka” sięga coraz większa liczba osób, którzy uwierzyli – te liczby brzmią tylko tak strasznie. Podobnie z biegami ultra. W każdej z imprez obowiązują limity. Sumienne lub nieprzestrzegane przez organizatora. O nie równie często toczy się batalia słowna. Są zbyt duże? Tak uważają co niektórzy, dodając „to limity dla słabych”. Nie odbiegają jednak specjalnie od tych z innych światowych imprez.

Mówią – to w trosce o zdrowie, zbyt wielu nieprzygotowanych bierze udział. To racja. Często na własne życzenie niektórzy robią sobie krzywdę. Tyle, że nie każdy wolniejszy biegacz to ten nieprzygotowany. O co więc tak naprawdę chodzi? O czyjeś ego? Bo ten kończący bieg w 6 godzin i 13 dostał taki sam medal?

Pojawia również temat – wspólnych startów kobiet z mężczyznami, choćby w biegach ultra. Przecież biegnąc w grupie mają łatwiej. Fair to czy nie? Jak to ocenić? Kryzysy łatwiej przechodzić razem, ale przecież nikt za nikogo plecaka nie dźwiga. Nikt za nikogo nie przebiera nogami… Przynajmniej mam taką nadzieję.

Chodzi o to by łączyć i popularyzować? Czy dzielić środowisko i zamykać? Presja zwiększenia limitów czy chęć dyskwalifikacji każdej kobiety, która na punkcie pomiarowym ma dziwnie te same czasy co panowie obok (czego sam organizator nie zakazuje) do czego ma prowadzić? W tym wypadku trzeba by pewnie też odebrać kilka medali Mistrzostw Polski rozgrywanych podczas imprez otwartych, bo przecież triumfatorki też zdarzało się, korzystały z pomocy np. supportu innych zawodników… Ba, dziękowały za niego publicznie poszczególnym zawodnikom… Idźmy dalej albo przenieśmy się na bardziej restrykcyjne, hermetyczne zawody z licencjami, na stadion lekkoatletyczny. Co w przypadku gdy kobieta pomaga kobiecie utrzymać tempo przez część dystansu, po czym sama schodzi? Czy nie tak często są wypełniane minima czy ustanawiane rekordy? Czy nie tak było choćby podczas bicia rekordu Polski przez Joannę Józwik podczas Copernicus Cup w ubiegłym roku (oczywiście nie umniejszając osiągnięciu). Na podium wchodzi tylko ta druga, tej pierwszej nazwiska nawet nikt nie pamięta…

Co gdy czołowi panowie np. na biegach ulicznych mają swoją obstawę na rowerze, bo ich partnerki otrzymały kamizelkę od organizatora „obsługa techniczna”? Mają towarzystwo i wsparcie na całym dystansie… Takich przykładów można by mnożyć i mnożyć z biegowego podwórka…

A może po prostu niektórzy „biegacze” zaczęli specjalizować się w umniejszaniu sukcesów innym…

Nie zawsze na rekord…

Na co dzień mam styczność z różnymi ludźmi. Zapatrzonymi na rekordy, biegającymi dla przyjemności i tych, których celem jest tylko ukończenie. Obserwuje jak się zmieniają. Łamią swoje bariery. I wcale nie chodzi o te 40 min na 10 km czy 3 godziny w maratonie, które maja oznaczać poziom biegacza. Są inne – godzina, 55 min, 50 min… czy też 4:30, 5:00 w maratonie… Dużo lepiej widać to z perspektywy pacemakera. Sama nim bywałam, prowadziłam maratończyków i półmaratonczyków, co roku koordynuję grupę podczas maratonów czy biegów na dystansie 10 km. Na 4:15, 30, 45, a także 5:00 na królewskim dystansie też są potrzebni. I tak, oni wciąż biegną, tyle, że innym tempem, nawet jeśli dla „szybkich” – „spacerowym”.

Znam piękne historie maratońskie pełne przyjaźni i miłości. Debiuty w rocznicę ślubu czy walkę o złamanie 5-ciu godzin na królewskim dystansie. W końcu kilometr w 3 czy 6-7 minut, to wciąż kilometr. Wystarczy tylko szacunek dla każdego biegacza. Nigdy nie słyszałam dotąd by czołowym zawodnikom przeszkadzał fakt, że ktoś przybiega na metę kilka godzin po nich. No może poza drobnymi narzekaniami, gdy na dekorację muszą czekać. Czasami jednak te odbywają się w trakcie, więc nie ma o czym mówić. A może weźmy przykład z ubiegłorocznych zawodów Ultra-Trail du Mont-Blanc, gdzie najlepszy François D’haene przywitał tego ostatniego. Był nim Polak Emil Duch, który na metę przybiegł po ponad dobie po zwycięzcy…

Zachęcajmy – nie zniechęcajmy do treningów czy startów. Motywujmy. Doradzajmy, nie obrażając nikogo nazywając „pseudomaratończykiem” czy „pseudoultrasem”. Ustalajmy sobie cele, nie odbierając ich innym.

Pamiętajmy, zazwyczaj startujemy w imprezach dla amatorów, otwartych dla każdego. Róbmy to co sprawia nam satysfakcję. Jedni zawalczą o miejsce, drudzy stoczą swoją własną walkę z czasem, a inni chcą po prostu przeżyć przygodę. Chcąc czegoś doświadczyć. Podziwiać każdy mijany krzak, skaczące sarenki, krajobraz wprowadzający w stan błogostanu, czego być może pierwsze osoby nie dostrzegły. Biegnąc w pojedynkę czy też w towarzystwie. Czasem wręcz śmiejąc się w grupie, opowiadając żarty. Taki ich sposób na spędzenie przyjemnego weekendu w oderwaniu od spraw codziennych. Inni wybierają spacery po centrach handlowych – każdy ma swój wybór.

Skup się na wyniku, trenuj sumiennie – jeśli ci na tym zależy. Uszanuj też tego, który się tym po prostu bawi. Niech chodzi w koszulce „finishera”, z medalem na szyi, nawet jeśli metę minął dużo po Tobie. Niech jest podziwiany wśród swoich znajomych. Niech jest bohaterem dla swoich dzieci czy rodziny. Niech cieszy się z własnego sukcesu. Być może zainspiruje kogoś, kto właśnie dzięki niemu założy buty i ruszy na swój szlak. I zapamiętaj, nie zawsze ten na końcu peletonu jest maruderem. Ta cecha nie ma nic wspólnego z prędkościami, a z człowiekiem. I serio, to często wśród czołowych zawodników (nie wszystkich) słychać jakieś bo…bo pogoda przeszkodziła, trasa wymagająca i słabo oznaczona (choć może w ferworze walki nie zauważyli oznaczeń). Nie zawsze ta biegnąca w grupie kobieta nie jest w stanie biec sama. Świat jest złożony, my jesteśmy złożeni i stojące za nami powody startów i biegania są bardzo różne…

Jeśli ktoś chce spróbować swoich sił nieprzygotowany, nie słuchając sugestii, niech próbuje. Być może musi się sam sparzyć, by zrozumieć. Zapewne na tym biegu nauczy się najwięcej. Kto z nas nie popełniał błędów „początkującego”? Zaś jeśli najbardziej boli ta radość wolniejszego od siebie z ukończenia danego biegu, to najzwyczajniej zastanówmy się sami nad sobą. I może po prostu zacznijmy się cieszyć z własnych osiągnięć. Tak prosto, zwyczajnie. W końcu największa radość jest w prostocie…

Na koniec niech każdy sam sobie zada pytanie – po co startuje? Dla siebie? Publiki? Można być spokojnym, w przypadku biegania tylko dla owacji – przygoda szybko się kończy…