Kolorowe stroje, tryskająca energia to rzuca się w oczy od razu, gdy po raz pierwszy zobaczycie Martę Franckowską znaną jako Franca. Do tej radości można dodać spory progres wynikowy i miejsca na podium. Choć chyba śmiało można powiedzieć najważniejsze dla Marty jest inne zwycięstwo, to o własne życie. Kilka lat temu ważyła 32 kg, nie miała siły wejść po schodach. Była na skraju życia pokonywana przez anoreksję. Wygrała, dziś jest szczęśliwą mamą i biegaczką.

Czy jak to się zdarza zazwyczaj, chęć dążenia do ideału wpędziła Cię na granicę życia i śmierci?

Franca: Dokładnie tak. Miałam wtedy dokładnie 18 lat. Jak każda nastolatka doświadczałam etapu, w którym ciało się zmienia (dorasta, nabiera kobiecych kształtów). Ważyłam normalnie, wyglądałam zupełnie normalnie – przeciętna dziewczyna. Tu pojawił się etap, gdzie mój normalny brzuch zaczął być „gruby”, uda „grube”, a ja cała „nie taka, jak te dziewczyny z TV”. Zaczęłam sobie wmawiać (dziś tak to ujmuję), że skoro nie jestem tak szczupła jak te wszystkie kobiety z TV/gazet/Internetu – to odstaję od „przyjętych norm piękna”. Uważałam, że nie jestem dla siebie atrakcyjna. Chciałam to zmienić za wszelką cenę i… smutną resztę już znasz.

Kiedy okazało się, że to już przesada?

Franca: Kiedy miałam przejść zaledwie półtora kilometra na umówioną wizytę do lekarza. Nie byłam w stanie przejść nawet kilkuset metrów, a co dopiero mówić o całym dystansie. Bałam się. To był ten moment, kiedy pojawiła się realna obawa o zdrowie. Wiedziałam, że tak już dłużej być nie może i, że czeka mnie długa praca nad sobą. Nad postrzeganiem siebie przede wszystkim. Zaczęły pojawiać się pierwsze negatywne skutki choroby na wielu płaszczyznach zdrowotnych. Z niektórymi walczę do dziś, mimo, że minęło 10 lat.

Mówi się, że anorektyczki udają, że dużo jedzą, też udawałaś?

Franca: Anoreksja bulimiczna to najgorsze kombo z możliwych, połączenie dosłownie fatalne. Jadłam normalnie lub kompulsyjnie się objadałam (do granicy dosłownego bólu) – przykrej reszty można się domyślić. Również głodowałam z własnej woli. Anorektyczkom towarzyszy stałe uczucie głodu, jak i… strach przed jedzeniem. To smutne, ale prawdziwe.

Jak udało Ci się wyjść z tego jak sama to określasz „gówna”? 

Franca: Tamten czas był generalnie niesamowicie gwałtowny i przewrotny. Opuściłam dom rodzinny, zmieniłam liceum. Co najważniejsze w tym wszystkim – miałam wsparcie w ówczesnym chłopaku. Dziś tenże chłopak jest moim mężem. Początki były, wierz mi, bardzo ciężkie, a sama zmiana nastawienia do siebie to już wyzwanie. Małymi krokami zaczęłam zmieniać podejście do życia. Zaczęłam siebie traktować łaskawie, w myśl zasady „pokochaj siebie tak, jakbyś chciał, żeby inni cię kochali”.

Od razu w tym temacie, czy są może jakieś mity związane z anoreksją/bulimią, które warto obalić?

Franca: Mit primo – po wyjściu z anoreksji nie można żyć normalnie. Można! Jednak, jeśli zabrnęło się w zaburzeniach odżywiania za daleko, to niestety trzeba pogodzić się z towarzyszącymi negatywnymi skutkami, lecz samo to nie oznacza, że życie będzie gorszej jakości.

Mit drugi – głodówka najlepszym sposobem na schudnięcie. Częsty błąd dziewcząt, które chcą schudnąć. Niestety, głodówka przestawia organizm całkowicie, w tym ważny dla człowieka układ hormonalny. Po zaprzestaniu takiego ‚odchudzania’ często skutkuje to niedoczynnością tarczycy, insulinoopornością, leptynoopornością, wygłodzony organizm domaga się jedzenia – często pojawia się bulimia… Nie, nie warto zaczynać takiej przygody.

Dziś pokazujesz realia życia, naturalnie zachęcając do po prostu akceptacji siebie z hasłem „ciało ma być funkcjonalne, nie na pokaz”. U Ciebie przyszło to łatwo?

Marta FranckowskaFranca: Samoakceptacja i samoświadomość nie przyszła od razu. Nie jest to prostą sztuką. Pracowałam (jak i pracuję) nad tym do tej pory. Dla osoby z niskim poczuciem własnej wartości jest to wyzwanie, wierz mi, bo kiedy wszechobecne mass-media zalewają człowieka wyimaginowanym ‚ideałem’ to ty musisz się w tym odnaleźć. Najlepiej zacząć to traktować z przymrużeniem oka, nie całkiem serio, by nie dołączyć do tego chorego ‚wyścigu’, ani tym bardziej się w tym nie zatracić. Dla mnie ciało funkcjonalne to takie, które podoła trudom dnia codziennego – jeśli potrzeba wnieść ciężkie pudła na czwarte piętro – to ono temu podoła. Ciało „na pokaz” będzie tylko wyglądać, swym istnieniem nic nie wniesie, taka ludzka wydmuszka bez ikry, bez siły. Tylko jest ‚ładne’, nic więcej w sobie nie ma.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z bieganiem? Czy wyniszczenia organizmu spowodowane przez anoreksję były przeszkodą?

Franca: Zaczęło się od zwykłych nie biegowych butów z wyprzedaży w osiedlowym sklepie. Były też zwykłe, nielogowane ubrania ‚wygrzebane’ w pobliskim lumpeksie. Ot, taki magiczny środek, by spróbować ‚z czym to bieganie się je’. Stąd też zwykłam siebie nazywać ‚biegającą Grażyną’, co na wszystko znajdzie sposób.  ;) Spodobało mi się to całe bieganie. Pamiętam ten dzień, jak dziś – 26 marca 2016 roku, czyli to zaledwie dwa lata, a wprowadziło dodatkowe, szczęśliwe uniesienia do życia.

I tak, jak wspomniałam – pewne niedogodności wynikające z zaburzeń odżywiania towarzyszą mi do dziś. Układ trawienny, jak i hormonalny ucierpiał na tym najbardziej. Przyzwyczajanie mięśni do wysiłku nie było proste, gdzie kilka lat wcześniej ubytek tkanki mięśniowej był wręcz skrajny. Byłam cierpliwa, dałam sobie czas, jak każdy początkujący biegacz (bo w tym niczym się nie różniłam). Jak widać – się opłaciło.

„Życie jest serio, bieganie nie musi” – jak napisałaś, skąd pomysł na barwne stroje podczas biegu?

Franca: Jedni biegają, by dać upust duchowi rywalizacji i w tym się realizują na 100%, jedni biegają dla rekreacji, inni z jeszcze innych pobudek. Ja sobie postanowiłam, że to moje bieganie będzie takie inne.Takie kolorowe – takie ‚moje’ na 100%. Radosne przede wszystkim. W ten sposób chciałam sobie ‚wybiegać’ Koronę Maratonów Polski. Bieganie ma cieszyć, ma sprawiać, że wydzielane endorfiny dodają skrzydeł, a samego człowieka unoszą ponad ziemią. Każdy ma na to sposób, ja biegając doskonalę się przy tym bawię. Każda osoba jest swoistą indywidualnością, dlatego uważam, że ważne jest w tym to, by tę indywidualność pielęgnować – w dzisiejszych czasach ‚ataku klonów’ indywidualność jest bezcenna.

Na co dzień jesteś też mamą, jak córka spogląda na Twoje szalone kreacje i bieganie?

Franca: Iga jest moim ogromnym szczęściem. Tym bardziej, że lata wstecz wręcz uprzedzano mnie, że skutek wyniszczenia organizmu spowodowanymi zaburzeniami odżywiania (i ich następstwami) będzie utrudniał zajście w ciążę, jak i zostanie matką. A tu, dziś widzisz małą szprotkę, która ma obecnie 3 lata, a ja wraz z nią kolejne powody do tego, by dziękować za to, co mam. Iga bardzo często jeździ ze mną na biegi! Bardzo angażuje się w kibicowanie zawodnikom, jak to dziecko – bardzo się z tego powodu cieszy. Sama często twierdzi, że kiedy będzie duża to będzie biegać, jak mama. Niejednokrotnie biega po mieszkaniu udając ‚biegowe zmęczenie’, po czym kwituje, że to był ciężki bieg. Radość, dużo śmiechu, oj wierz mi na słowo!

Marta Franckowska

Twój profil nosi nazwę Franca klepie asfalt. Za Tobą maratony, ale i debiut w biegu ultra TUT- Trójmiejski Ultra Track. Jednak asfalt czy las?

Franca: Ciągnie wilka do lasu. Wiesz, to jest tak, że człowiek w pewnym momencie chce doznać czegoś innego, szuka innego bodźca do działania. Przesuwanie własnej strefy komfortu jest czymś nieuniknionym, jeśli chcemy nawet w umiarkowany sposób się rozwijać i nie zastać się w miejscu, nie zaznać marazmu. Dlatego chciałam spróbować czegoś innego – padło na ultra, gdzie debiut był na niekoniecznie łatwej trasie.

Zapytasz, jak było? Pięknie było – odpowiem. Doznanie niesamowite. Łzy szczęścia swoiście ciekły mi po policzkach, kiedy przekroczyłam linię mety. Przede mną niebawem Bieg Rzeźnika – osobiste wydarzenie tego roku.

Trzymamy kciuki! 

nimbus platinum