Polska ma swojego „Forresta Gumpa”. Bartek Feifer zawodnik ASICS FrontRunner Poland, znany również jako MentalRunner podobnie jak bohater kultowego filmu służył w armii, grał w ping ponga i zakochał się w bieganiu. to jednak nie wszystko. Bartek swoją determinacją napisał historię na równie dobry materiał filmowy.

Beztroska młodość

Dwadzieścia kilka lat to wiek w którym myśli się, że wszystko ma się jeszcze przed sobą, ale życie potrafi płatać figle i w jednej sekundzie wywrócić wszystko do góry nogami.

– W pewnym okresie mojego życia uważałem, że żyję beztrosko, że nie mam problemów i problemy się mnie nie imają. Twierdziłem, że wiodę dobrze zaplanowane życie, że wszystko mi się układa tak, jak tego chcę. Wszyscy dookoła mówili mi, jak to mam poukładane życie, jak z „bajki”, aż tu nagle… – zaczyna swoją historię Bartek. Człowiek, który otarł się o śmierć.

Walczyć musiał od zawsze. Bardzo łatwo dopadały go choroby

 Od dzieciństwa uczyłem się walki, wiecznie chory, wiecznie nieobecny w szkole i ten cenny wf, z którego miałem być nieklasyfikowany. Tak! Ja nieklasyfikowany i mało tego! Skoro już jesteśmy przy wf’ie, to dopowiem, że biegnąc na 60 metrów zabiegałem koledze tor, bo w połowie dystansu zamykałem oczy – taki byłem słaby! Mimo pachołków, ostrzeżeń Pani od wf’u – skończyło się przysłowiową pałą. W tamtym czasie dostawałem podobne oceny za najprostsze zadnia np. skłon ze skrętem ramion, traumatyczne odbijanie piłki siatkowej. Pamiętam to jak dziś. Byłem słaby, brakowało mi koordynacji i pewności siebie, którą traciłem z każdą nieobecnością. Ciągle goniłem, nadrabiałem, aby dorównać innym. Dziś z perspektywy biegacza – zawodnika, nie widzę w gonieniu nic złego, bo w końcu istnieje teoria, że ten goniący ma pewną przewagę nad uciekającym – wspomina.

Winą było ropne zapalenie migdałów. Wystarczyło je usunąć, a problem zniknął. To tam od lekarzy dostał sygnał – „no, to teraz będziesz mógł już biegać”.

Początki biegania

Sport zawładnął nim na dobre. W drugiej klasie gimnazjum rozkręcił się. Bieganie stało się priorytetem, a nauczyciel od „wuefu” miał problem, na co powinien go wystawić: „2000m, czy 100m?” 21 kwietnia 2004 r zaczął trenować pod okiem trenera. Jego pierwszy trening owocował w liczne rady, a wiedzę starał się czerpać garściami. Założył dzienniczek treningowy, który prowadzi do dziś. Marzył by dostać się do upragnionego klubu lekkoatletycznego. Udało się.

Zaczynał od biegów średnich, a skończył na sprincie . Czuł się w nich dobry. Nie zawsze było lekko borykał się z kontuzją. Mimo przeciwności kochał sport coraz bardziej. Rodzina niespecjalnie widziała w tym przyszłość i nie mógł liczyć na większe wsparcie, więc studia na AWFie odpadały. Zapragnął zostać wojskowym. Nieco spontanicznie pojechał do WKU do Nowego Tomyśla złożyć papiery. Trzy tygodnie później zaczynał już służbę. Nie chciał zaprzestawać treningów. Za zgodą trenował rano przed 5:30 lub po 21. Początkowo w ciuchach wojskowych z czasem wybłagał możliwość korzystania ze swoich sportowych. Przed treningiem je pobierać, a po oddawać. Ciężko było godzić treningi w klubie ze służbą. Chciał się rozwijać w wojsku, na szczęście i ono dało mu możliwość na rozwój sportowy – zgrupowania, obozy biegowe w górach. Starał się to wykorzystać. Wystartował w eliminacjach do Mistrzostwach Wojska Polskiego przegrywając 3 miejsce ze stratą kilku sekund. Startował więcej. Chciał biegać na 5 i 10 km. Wojsko wysłało go na start w Maratonie Warszawskim. Nie chciał, tym bardziej, że odbywał się po weselu. Rozkaz jest jednak rozkaz. W debiucie złamał 3 godziny 2:58:18 – brutto, netto: 2:55:35. Zaczął wierzyć, że może być lepszy. W kolejnym roku poprawiał życiówki na 5km -16:42, 10km – 34:45, 15km -54:18. Dostał propozycję zmiany pracy, zaryzykował, ale los niekoniecznie był przychylny. Ostatecznie trafił do jednostki w Sulechowie. Biegowo zyskiwał siłę. Biegał szybciej. Sam zastanawiał się skąd ta moc. Zakwalifikował się na Mistrzostwa Wojska Polskiego, te było jego głównym celem. W międzyczasie zaczął studia na Akademii Wychowania Fizycznego.

Z okazji  swoich urodzi chciał się trochę rozerwać. Odpocząć od reżimu treningowego. Od niechcenia pojechał na imprezę z dziewczyną i znajomymi. Wracali samochodem. Zawsze prowadził. Tym razem usiadł z tyłu. Wracali do domu.

Godzina 03:15

– Kilka minut później, kilka kilometrów za Lesznem nasz kierowca zasypia na sekundę i wszystko, co się dzieje jest już nieodwracalnym ciągiem wydarzeń. Zmieniliśmy pas jazdy, przelecieliśmy przez rów, uderzyliśmy w drzewo i, jak dla mnie nadal w niewyjaśniony sposób, wróciliśmy na jezdnię. Miałem wrażenie, że koziołkowaliśmy, bo moje ciało obijało się w aucie jakby na moment przestała działać na nie siła grawitacji, a jednak do niczego takiego nie doszło. To było kilka sekund. Pamiętam krzyk, uderzenie i chwilową ciszę. Później szok, pierwsza myśl: co się wydarzyło, paniczne poczucie, aby jak najszybciej opuścić auto, bo w powietrzu wyczuwałem dym. Kuba sprawiał wrażenie nieprzytomnego, Błażej bez problemu wysiadł i zabrał swojego brata z auta, udając się na pobocze. Ja i Kamila uwalnialiśmy się z pasów i z trudem otworzyliśmy drzwi. Kamila wypada z jednej strony auta, a ja, z wrażeniem nieczucia prawej części ciała, wychodzę z drugiej. Auto stoi w poprzek jezdni, niemal na samym środku. Przytrzymując się auta, próbuję dojść do Kamili, aby sprawdzić co z nią, dochodzę do tyłu auta i widzę, że z przeciwka nadjeżdża auto. Nie myślałem, że nas można nie zauważyć, podtrzymując się jedną ręką, macham z nadzieją, że nas dostrzeże. Zbliżał się wprost na nas z niebezpieczną prędkością. Krzyczę, macham robię krok do przodu i aktywuję drugą rękę, ale było za późno. W ostatniej chwili kierowca wykonuje manewr skrętu, jednak z dużą siłą uderza w tył auta, gdzie się znajduję. Siła uderzenia przemieszcza auto, sięga mnie jedną stroną. Chwilę później odzyskuję świadomość. Już nie mogę wstać. Czołgam się do Kamili, aby sprawdzić co z nią. Czekamy na pomoc. Proszę mojego anioła – moją babcię – aby nic już nam się nie stało. Proszę Boga, żeby zostawił nas przy życiu, modliłem się, żeby to nie było jeszcze teraz. Prosiłem o życie. Pomoc dotarła szybko przykryto nas kocami, wezwano karetki. Z rany na głowie sączyła mi się krew. Podejrzewali uraz kręgosłupa, założyli kołnierz, podawali tlen i leki na uspokojenie, bo byłem cały czas w szoku. Jechałem jako ostatni – relacjonuje Bartek.

Diagnoza

Zaczęło się najgorsze. Badania. Diagnoza: złamany talerz miednicy, złamana panewka stawowa, głowa kości udowej i uszkodzony kręgosłup w odcinku piersiowym. Przyjechała policja sprawdzić trzeźwość. Był. Miał nawet w trakcie wypadku zapięte pasy, co uratowało mu życie. To rzadkość w takich okolicznościach – przyznawali funkcjonariusze. Bartka interesowało tylko jedno – Czy będzie mógł biegać?

Wspominając – odpowiedzi nikt mi nie był w stanie udzielić lub też nie chciał. Dostawałem silne leki przeciwbólowe, obok była mama i zaczynało się dziać coś dziwnego – mój brzuch falował, mój brzuch rósł jak balon. Nie widziałem go, bo miałem kołnierz, który ogranicza pole widzenia. Myślałem, że to silne leki mieszają mi w głowie. Mogłem spożywać tylko wodę. I dalej działy się dziwne rzeczy. Po każdym spożyciu wody odnosiłem wrażenie, że trafia ona nie tam gdzie powinna, że coś jest nie tak.

Tylko szybka interwencja mamy Bartka i upartość uratowały mu życie. Lekarze myśleli, że jest po prostu w szoku. Tymczasem konieczna była operacja. Sytuacja była poważna. Okazało się, że miał pęknięte jelito i rozległe zapalenie otrzewnej. Oszukał śmierć po raz kolejny:

– To wszystko wydarzyło się w jednym dniu. Trzy okazje, aby…stracić życie i trzy razy udane odparcie ataku na nie. Zapięte pasy bezpieczeństwa to raz. Reakcja, w ostatniej chwili, kierowcy auta pędzącego na nas, to dwa. I mama ratująca mi życie, kierując się instynktem, to trzeci raz. Nigdy nie bałem się tak o życie innych i swoje, jak tego dnia. Przekonałem się, jak życie ludzkie potrafi być kruche. Jak jedna chwila przenosi nas z raju do piekła. Jak jedna chwila sprawia, że zaczynasz myśleć o nim inaczej, doceniać je. Ale żebym mógł cieszyć się tym życiem w pełni, czekała mnie jeszcze długa droga, na której nie zabrakło ostrych zakrętów, wzniesień, dolin, upadków i przeszkód, które wydawały się nie do pokonania – wspomina.

Nieudana operacja

Przeszedł przez kolejne operacje. W tym kontrolne badanie tomografem komputerowym wykazało, że operacja nie udała się tak jak powinna. Kolejny wbity gwóźdź, na który nie był gotów.

– Myślałem, że już niżej w skali cierpienia psychicznego zejść nie mogłem, a jednak mogłem. Uwierz mi, miałem dosyć i nie zgadzałem się na jakąkolwiek operację. Uparłem się i nie chciałem nikogo słuchać z nikim rozmawiać. Lekarze używali argumentów, które jednak z czasem zadziałały na mnie. „Będziesz miał jedną nogę krótszą”, „nie będziesz normalnie chodził”, „będziesz utykał na jedną nogę” itp. Byłem nieprzyjemny dla wszystkich. Nawet dla swojej mamy, ale kiedy wychodziła ode mnie, to zaczynałem pękać i płakać, bo nie radziłem sobie z tym.

Po ponad miesiącu oderwał się od łóżka. Usiadł. Przy samym podtrzymywaniu się dwoma rękami poręczy kręciło mu się w głowie. Szpital i choroba wyssała z niego całą energię. Mimo wszystko dostrzegał pozytywne aspekty.

wózek inwalidzki

Wózek inwalidzki

Rehabilitant wsadził go na wózek inwalidzki. Pozostawały pytania – co z bieganiem, pracą, studiami?
Lekarze odpowiadali – Byłeś żołnierzem, to musisz być twardy i nie będę owijał w bawełnę – z bieganiem niestety koniec! Musisz dać sobie spokój, bo jak będziesz chciał wrócić, to możesz się rozsypać i znów przechodzić przez kolejne operacje. Zacznij lepiej uprawiać nordic walking, albo rower – turystycznie, po górach możesz sobie też pochodzić. Co do pracy, to niestety podobnie, bo jako żołnierz zawodowy musisz być sprawny, żeby zdać W-F i przejść komisję lekarską. Pomyśl o innej pracy. Na pewno coś znajdziesz, młody jesteś. Studiować możesz, ale nie wychowanie fizyczne. Zmień kierunek na turystykę i rekreację, bo też jest fajny.

Na koniec usłyszał, że w przyszłości czeka go endoproteza stawu biodrowego. Rodzicom powiedział, że dopóki trzech innych specjalistów nie powie mu, że nie będzie mu biegać, nie uwierzy. Czas mijał Kolejne kontrole, znów ten sam wyrok – brak zrostu. Werdykt sprawiał, że był w coraz gorszym nastroju.

– Co to za życie? -„Życie do dupy”…mimo, że jest to moja druga szansa – myślał. Rodzina wysłała go do psychiatry. Zdiagnozowało PTSD (zespół stresu pourazowego) i głęboki stan depresyjny.

Pożegnanie

Chciał czuć się lepiej. Miało w tym mu pomóc pożegnanie się z bieganiem. Czuł, że już do tego nie wróci.

– Pojechałem wózkiem na przejazd kolejowy, który był oddalony od mojego domu o kilkaset metrów. Podjazd był dla mnie wyzwaniem, ale byłem już na tyle silny, że wybrałem się sam. Dlaczego tam? Bo to miejsce dla mnie wyjątkowe, to z tego miejsca rozpoczynałem swoje pierwsze kroki biegowe, z tego miejsca widziałem polną drogę, którą biegałem setki razy. Sam przed sobą zrobiłem podsumowanie. Wszystkie najlepsze chwile spędzone w biegu, najbardziej udane starty, wszystko co zawdzięczałem mojemu bieganiu (a było tego bardzo dużo), myśli kłębiły mi się w głowie. Wszystko miało mówić na korzyść, że niby zrobiłem już wszystko, że jestem spełnionym biegaczem, bo przecież na początku biegałem szybko 100m, a kilka lat później pobiegłem maraton w debiucie poniżej 3h. Miałem swoje sukcesy, miałem swoje 5 minut i nic nie poradzę, że los tak chce, że w wieku 23 lat muszę się żegnać się z bieganiem, mimo, że przyrzekałem przed samym sobą i nie tylko, że biegam zawsze do końca, nawet do końca życia – opowiada w swojej historii.

To był ciężki moment. Stał na podjeździe przez ponad godzinę. Patrzył na swoją drogę, nie mogąc powstrzymywać łez. Potem wrócił do domu i kazał schować wszystkie swoje trofea by nie przypominało mu o tym, co stracił. Bieganie jednak zaczęło mu się śnić. Starty na 10 km, w biegach przełajowych, a nawet w maratonie.

Bartosz Feifer

Fot. archiwum prywatne Bartka Feifer

Nadzieja

Kolejna wizyta w październiku – znów werdykt nie chce się zrastać, nie możesz obciążać nogi. 2 dni później wizyta u innego lekarza, co ważne – biegacza, którego znalazł w Internecie, a z wizytą wiązał spore nadzieje.

– Nigdy nie powiedziałby mi, że nie ma szansy na powrót do biegania i ten, kto mi coś takiego powiedział, zrobił to bezpodstawnie i nie brał chyba pod uwagę, że jestem biegaczem, sportowcem amatorem, który dla swojej pasji jest w stanie zrobić bardzo wiele. Bo jest szansa, bo jestem zbyt młody i zbyt ambitny, żeby coś takiego mi powiedzieć. – wspomina Bartek słowa lekarza i wizytę.

Wrócił. Puchary i dyplomy też zawitały ponownie na swoje miejsce. Rozpoczynał swój pościg. Zyskiwał motywację, inspirował się aforyzmami.

– Bolało, bo blizny pościągały mi skórę, którą na nowo rozciągałem ćwiczeniami, ale wiedziałem, że taką cenę trzeba zapłacić. Skostnienia w biodrze dawały o sobie znać raz na jakiś czas, ale na tyle skutecznie, że unieruchamiały mnie na prawie cały dzień, a ból był odczuwalny jak wbijanie dużej igły w okolice pachwiny. I to dziwne uczucie „nieczucia” przodu uda i okolicy biodra, miednicy. Mogłem się szczypać przez następne 6 miesięcy i nie czuć bólu. Nie było lekko, ale nie odpuszczałem. Musiałem działać, bo potrzebowałem ruchu. Zrobiłem krok w tył, ale teraz nabierałem rozpędu – cieszył się. 

Na własnych nogach

Determinacja sprawiła, że zaczął chodzić o kulach. Stawał się silniejszy, choć zrostu w złamaniach wciąż nie było. Szukał rad i pomocy. W końcu lekarz, który przywrócił mu  nadzieję, uznał, że jest już na tyle silny, żeby wsiąść na prawdziwy rower. Pojechał na rehabilitację także do Polanicy-Zdrój, tam uczył się chodzić. Było dobrze, coraz lepiej. Wspólnie ze swoją dziewczyną pojechał w Tatry. Przeszedł nad Morskie Oko (22km), a następnego dnia wdrapał się na Kasprowy Wierch.

Minęło kilka miesięcy intensywnej pracy, kolejna wizyta i cenne słowa lekarza – Bartek zrobiłeś kawał dobrej roboty, przeszedłeś przez tą długą i ciężką drogę, o której mówiłem Ci na początku – możesz wracać do biegania!”

– Przypomniał mi o endoprotezie, że prędzej czy później i tak mnie czeka, ale mając do wyboru czekanie na nią w fotelu przed telewizorem lub biegając i robiąc to co kocham, lepsza na pewno będzie ta druga opcja. Pozwolił wrócić i powiedział, że teraz mogę nawet biegać szybciej, bo już nie jestem tym samym biegaczem z przed wypadku! Jestem silniejszy, wytrwalszy i bardziej odporny na ból. Uwierzyłem w to. W wyobraźni miałem już tego wizję, wizję mojego powrotu. A słowa powtarzane rok wcześniej swojej mamie zaczynały mieć swoje pokrycie – „wrócę i będę lepszy niż byłem wcześniej!”

Wielki biegowy powrót

Po 1,5 roku od wypadku 31 grudnia wystartował w Biegu Sylwestrowym. Wspominając – spotkanych znajomych widziała mnie po raz pierwszy od czasu wypadku, a kiedy widzieli mnie, to chyba nawet nie przypuszczali, że przyjechałem biegać. Dopiero kiedy zauważyli torbę ze sprzętem na moim ramieniu, padało pytanie: „Ty biegasz?”.

3,6km pokonał w 12:50, prędkością około 3:32/km. Zajmując 7 miejsce, choć jak przyznawał nie to było najważniejsze – wystartowałem, poczułem dawną adrenalinę, rywalizację i walkę…z samym sobą. To było to.

Nie wiedział co dalej. Czy może wrócić do służby wojskowej, w końcu do przełożonych docierały informacje o sukcesach biegowych. Jednak ostrzeżenia, że będzie ciężko nie okazały się być bezpodstawne.

– Pod koniec stycznia stanąłem przed komisją, która orzekła o mojej „trwałej niezdolności do zawodowej służby” i dała mi 3 kategorię inwalidztwa. Przegrałem. Kiedy wróciłem do domu, poczułem się źle. Tyle pracy włożonej w rehabilitację, powrót do biegania, na dobrą sprawę mógłbym się odważyć i powiedzieć, że mimo wypadku, to i tak jestem sprawniejszy niż 80% tego wojska w jednostce. 6 lat pracy, zero doświadczenia w innym zawodzie, brak zawodu. Wizja przyszłości zachwiała się poważnie, a ja zaliczyłem niezłą glebę, lekkie załamanie z ciągłym pytaniem – co dalej!? – dodawał.

Odwołał się od decyzji. Wypisał na kartce marzenia, jak wróci do biegania to…zaczął je spełniać. Pojechałem na obóz do Kenii. Złamał 35 min na 10 km. Mimo wyczekiwania na decyzję komisji jeździł na zawody, a nawet rangi  Mistrzostwa Wojska Polskiego, bo zespół go potrzebował.

Telefon z komisji zadzwonił. Wszyscy byli pod wrażeniem. Lekarz nie widział przeszkód.

– Byłem w gabinecie pułkownika, który powiedział, że wielką stratą byłoby, gdyby armia straciła takiego młodego żołnierza i przede wszystkim zawziętego sportowca. Kazał mi dalej robić swoje i życzył powodzenia w nadchodzących mistrzostwach. Brakowało mi słów. Byłem w szoku. Wygrałem!

Ostatecznie pożegnał się z wojskiem idąc do cywila Miał czas na planowanie. Rozpoczął pracę trenera założył Wolsztyńską Akademię Biegową. Przygotowuje do startów zarażając pozytywną energią.

Bartosz Feifer

Bartosz Feifer po Valencia Maraton 2017

Dzisiaj

– Spełniam marzenia, poprawiam rekordy życiowe. Mimo tego co się wydarzyło, jestem ciągle nastawiony na rozwój, na szukanie moich granic możliwości i wykorzystywanie potencjału, w który wierzę. Po wypadku chciałem wrócić do biegania i zbliżyć się do czasów jakie osiągałem przed nim. Dziś jestem dalej, jestem szybszy i lepszy niż byłem (5km 16:12, 10km biegam już w 33:39, półmaraton 01:14:57, a królewski dystans 02:41:50). Ciągle sam siebie trenuję, ufam swojej filozofii i czuję, że to nie koniec. Poprawiłem wszystkie wyniki, ale co jakiś czas słyszę pytanie, a co było gdyby? Może, gdyby nie wypadek dziś biegałbyś jeszcze szybciej?! Myślałem kiedyś o tym, ale w końcu stwierdziłem, że to strata czasu. Stało się. Biegam i robię swoje, to się liczy. Po wypadku chciałem pomagać innym i robię to. Czy to za pomocą tej małej, niepozornej  książeczki z aforyzmami,  którą wydałem 4 lata temu. Bałem się tego cholernie. Myślałem sobie wtedy:” jestem zwykłym chłopakiem z prowincji! Co ludzie sobie pomyślą o mnie!?” Ale, powiedziałem sobie, że jeśli pomogę choć jednej osobie, to będę czuł satysfakcję – odpowiada Bartek.

Dodając – pomagam również jako trener biegania, jak mam swoją grupę podopiecznych, z którymi pracuję indywidualnie układając plany treningowe, udzielając konsultacji. Działam też online, gdyż zgłaszają się do mnie osoby z różnych zakątków Polski co mnie cieszy, że to akurat mnie obdarzyli zaufaniem i powierzyli swoje prowadzenie do celu.

Nie ma tego złego…

„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” – podpisuję się pod tym, ale wiem, że jest to bardziej złożone. Nie dla wszystkich oczywiste i łatwe do przyjęcia. Bo wszystko zależy od tego, jak to zło, które nas spotkało, zinterpretujemy. Jeśli ktoś odbierze to tak: „jestem pechowcem, takie jest życie, taki mój los, nie mam szczęścia. Rezygnuję. Odpuszczam.”. To przegrał! Ale jeśli uzna: „Nie! To tak nie może się skończyć. Zasługuję na coś więcej. To jest moje życie! Ja jestem kapitanem i ja mam ster w ręku! To co mnie spotkało, to tylko test mojego charakteru! To mnie tylko wzmocni!” Wszystko zależy od interpretacji. Mógłbym pisać o tym bardzo długo. Ale w sumie wszystko sprowadza się do jednego – wyboru! Ja miałem wybór, albo zostaję ofiarą, inwalidą, który stracił wiele,  albo jestem odpowiedzialny i walczę o swoje. Dziś sobie mogę tylko dziękować, że wybrałem taką drogę i w jej trakcie nie poddałem się – kończy wypowiedź. 

Pełną historię walki o pasję można przeczytać na blogu Barka, a śledzić poczynania na Jego profilu na Facebooku Bartosz Feifer MentalRunner. Bartek wydał także swoją książkę „Zwycięstwo to sposób myślenia”, w której zebrał m.in. swoje ulubione aforyzmy.

baner asics light-show