Marzenia, gdy jedni tylko je snują, inni zaczynają o nie walczyć. Na ich realizację nigdy nie jest za późno. Nawet jeśli coś nie idzie, nie można rezygnować. Czasem mimo starań los nie bywa przychylny. Warto wtedy próbować raz jeszcze, walczyć do końca. Potwierdził to właśnie Dariusz Drapella, który w niedzielę 3 grudnia zajął drugie miejsce w swojej kategorii wiekowej M60 podczas IRONMAN Mar del Plata w Argentynie. Imprezie historycznej, po raz pierwszy na tym dystansie rozgrywanej w tym kraju.

Dariusz ze sportem związany był od dziecka – Od małego startowałem we wszelkich zawodach osiedlowych (rowerkowych na rowerze mniejszym od „Bobo”, narciarskich, czy slalomie hokejowym, gdzie startowało łącznie dwóch „zawodników” itp) „Na poważnie” od 7 roku życia przez ok ośmiu lat trenowałem pływanie w Spółdzielczym Klubie Sportowym „Start” nawet nieźle sobie radząc na zawodach okręgowych czy ogólnopolskich. W wieku 10 lat zdobyłem srebrny medal. W liceum musiałem mieć przerwę w sporcie ze względu na nieprzychylne podejście szkoły do moich licznych treningów, za to na studiach byłem członkiem AZS-u w siatkówce…. Na studiach też zaczęła się przygoda z narciarstwem (instruktor PZN od 1983) i żeglarstwo morskie (bardziej wyprawowe, choć nieraz o zacięciu sportowym).

Biegać zaczął późno jak na swój wiek, po 50-tce, a jeszcze później rozpoczął przygodę z triathlonem. Bez przygotowania zadebiutował podczas 1/2 IM Herbalife w Gdyni w 2014. Swój pierwszy maraton przemierzył rok później. Padło na upalny Maraton Solidarności rozgrywany w Gdańsku – 04:55:08. Decyzję o starcie podjął spontanicznie, dzień przed.

Sumienne treningi przynosiły efekty. Rok po debiucie triathlonowym podczas zmagań Charlotta ZOO Triathlon sięgnął po swoje pierwsze zwycięstwo w kategorii. Zaangażował się w starty jeszcze bardziej. Wymarzył sobie zdobycie slota na start w Mistrzostwach Świata Ironmana na Hawajach. Jednej z najważniejszych imprez triathlonowych. By stanąć na starcie potrzeba umiejętności, szczęścia i determinacji – jak wspominają sami organizatorzy. Zawodnicy zdobywają przepustki tzw. sloty rywalizując o najwyższe lokaty w wybranych imprezach na świecie. Tym którym się poszczęści staną na starcie zawodów w których do przemierzenia mają 3,86 km pływania, 180,2 km na rowerze oraz 42,195 km biegu. Determinacji Darkowi nie zabrakło.

Do trzech razy sztuka

W tym roku w walce o slota stawał 3 razy. Po raz pierwszy 30 lipca w IRONMAN Zurich Switzerland. Na mecie zameldował się jako drugi kończą zmagania z rezultatem 11:20:04.

Slot przeszedł koło nosa (był tylko jeden w mojej kategorii wiekowej) ale broni nie składam jest plan B na Kona 2018…. zaważyła 5 minutowa kara czasu za rzekomy drafting (można by polemizować, jednak nie ze Szwajcarskim sędzią) plus dwie wizyty w Toi-Toi i słabszy w upale bieg niż zakładałem. Świat się nie wali, ciut żal. Broni nie składam – napisał po biegu.

Tak też zrobił. Szybko, bo już 10 września stanął na starcie kolejnych zmagań. Tym razem w Walii – IRONMAN Wales. Jednym z najtrudniejszych zmagań na dystansie IRONMAN rozgrywanych w Europie. Metę ponownie przekroczył jako drugi – 12:54:04. Od wygranej dzieliło go 65 sekund.

Byłoby gdzie urwać 65 sekund, których zabrakło do slota na Hawaje. Gleba na śliskim asfalcie na ostrym zakręcie na 29 km miała swój wpływ na przebieg wyścigu – wspomniał.

Dariusz Drapella na podium

Mówią do trzech razy sztuka. Choć w Europie sezon triathlonowy się już kończył, Darek postanowił walczyć dalej. Padło na Argentynę, tam sezon dopiero startuje. 3 grudnia wyruszył na trasę IRONMAN Mar del Plata.

Ja tam będę, choćby nie wiem co i choćby nie wiem ilu mądrzejszych ode mnie będzie twierdzić, że to głupota, ryzyko itp. – dodawał przed startem.

Trzeci start na kolejnym pełnym dystansie w tak krótkim czasie odbierany był jako ryzykowny. Kontrole u fizjoterapeuty i opinie zadziwiały. Nie był przykładem książkowym. Dostał zielone światło. Wskaźniki treningowe, wręcz tytanicznej pracy potwierdzały – to jest ten moment, który Darek chciał wykorzystać. Tylko w ostatni rok przepłynął ok. 325 km, na rowerze przejechał ponad 10 tys. km, a biegiem pokonał ok. 1800 km.

Pływaniem nikt ponoć na Ironmanie nie wygrał ale wielu ludzi przegrało – postaram się do nich nie zaliczyć – wspominał w swoich przygotowaniach.

Wiadomo było, że największą walkę stoczy z najlepszym Argentyńczykiem, który już 6 razy startował w Kona – Oscarem Gallo. Wszystko szło dobrze. Darek prowadził. Tylko los znów okazał się być nieprzychylny. Doszło do awarii roweru. Szybko utracił wypracowaną kilku minutową przewagę. Mimo to walczył. Na mecie zameldował się po 11h 32m 06s ze stratą 12 min i 46 s. do zwycięzcy, co oznaczało tyle, że na samym biegu odrobił 10 min do pierwszego zawodnika.

– Czuję się świetnie,  gorzej z rowerem – na 130 km miałem flaka w przednim kole – szytka [opona i dętka w jednym]), dwukrotnie użyłem mleczka [uszczelniającego] – dopompowywałem nabojem. Nie było żadnego serwisu. Po wielu km znalazłem pod latarnią „serwisanta”, który właściwie miał tylko koszulkę (i na szczęście pompkę) – wystarczyło na może 10 km. Ostatnie 12 km jechałem praktycznie na feldze zapewne rujnując przy tym koło. Z prędkością ok 10 km/h, choć na pierwszym okrążeniu na tym odcinku jechałem ponad 45 km/h. Te 10 km/h to i tak szybciej niż mógłbym biec w butach rowerowych z rowerem na plecach. Doturlałem się do strefy T2 – straciłem co najmniej 40 min. Walczyłem ostro do końca. C’est la vie – sport to sport – bawiłem się zacnie, głowa też kombinowała na całego – zdał relację po starcie.

I choć wydawało się, że znów został pierwszym przegranym, to z Argentyny napłynęły cudowne wieści. Tym razem zdobył wymarzonego slota na Mistrzostwa Świata. W jego kategorii do rozdania były dwa. 
Darek Drapella

Triumf w światowym rankingu

Start pozwalał mu także na awans w światowym rankingu IRONMAN w którym liczone są 3 najlepsze rezultaty. Najlepiej punktowane są te na najdłuższym dystansie. Trzykrotnie drugie miejsce i czasowo niewielkie straty do zwycięzców zapewniły mu awans na pozycję lidera z dorobkiem punktowym 14,679. Drugie miejsce zajmuje Kurt Madden z USA, a trzecie również Polak Antoni Grzonka – 13,546.

Natura rekina

Darek z zawodu jest kapitanem żeglugi wielkiej i jachtowej. Był nawigatorem podczas słynnego wyścigu katamaranów dookoła świata na polskim katamaranie Warta Polfarma The Race 2000. Teraz przygotowywał się na lądzie, trenując ok. 20 godzin tygodniowo, ale i praca na statku nie przeszkadzała mu w realizacji celów.

– Bliskie jest mi hasło MKONa „nie ma nie mogę” lub popularne w naszej Rodzinie „Nikt nie mówił, że będzie lekko i słowa dotrzymał”. Na statku też można nieźle potrenować, a jak statek bywał w portach starałem się wykorzystać każdą okazję – bez względu na pogodę i szerokość geograficzną, by się urwać czy to na wyrypę rowerową (niekoniecznie klasyczny trening – często wypad turystyczny ponad 100 km) czy na dojazd na jakiś basen lub bieganie. Na statku mieliśmy też świetnie wyposażoną siłownię, a ja w swojej kabinie zainstalowałem rower stacjonarny, na którym dawałem sobie w kość. Starty silą rzeczy dostosowuję do pobytu na lądzie, ale zdarza się, że ad hoc startuję w czymkolwiek, co dzieje się w miejscu, gdzie aktualnie przebywa statek (tak np wystartowałem w 2010 roku „na wariata” w półmaratonie w Tromso w Norwegii (Midnight Sun Marathon), gdy statkiem badawczym „Oceania” byliśmy w drodze na Spitsbergen. Innym razem zaliczyłem trasę Glasgow – Edynburg (na rowerze) wśród masy Szkotów jadących w imię popularyzowania idei niezależności od UK. Na Szetlandach pobiegłem sobie na 1500 m wśród młodzieży, która akurat jak tam byłem miała swoje zawody lekkoatletyczne lub innym razem pościgałem się rowerem turystycznym z kolarzami na wyczynowych rowerach na dystansie 50 mil pomiędzy owcami. Mam chyba naturę rekina – żeby żyć – muszę być w ruchu….

Dariusz to człowiek tytan i niezły wariat. Już nikogo nawet nie dziwiło, gdy w planie treningowym miał do przejechania 70 km, to robił ich 120. Przy tym wszystkim niezwykle sympatyczny i skromny człowiek, który pokazuje, że niemożliwe nie istnieje, a wiek nas nie ogranicza – wspominają Przyjaciele.

– Darek jak coś zaczyna to kończy, nie ma dla niego rzeczy niemożliwych – dodaje Maciek, jego brat.

To był dla Darka bardzo udany sezon. Wielokrotnie stawał na najwyższym stopniu podium. Brakowało „kropki nad M”, którą niesamowitą determinacją udało się zdobyć. Teraz czas na zasłużony odpoczynek, a kibicom trzymanie kciuków za zmagania na Hawajach.

Baner wyprzedaż