Wydają pakiety startowe, podają wodę, dopingują, pilnują newralgicznych miejsc, to tylko jedne z zadań za które odpowiadają wolontariusze. Bez względu na warunki pogodowe. To dzięki nim odbywa się wiele imprez sportowych.

Być może mieliście okazję spotkać Ewę, gdy napełniała Wam bukłak z wodą, szykowała kanapki, częstowała zupą czy podawała ciepłą herbatę na biegach ultra. Bądź też widzieliście ją na innych dużych imprezach, gdzie z pełnym zapałem nie tylko dowodziła grupą wolontariuszy, ale i dopingowała zawodników. Ewa Przykłota to biegaczka, która równie mocno jak w samo bieganie, wkręciła się w wolontariat.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z wolontariatem?

Ewa: Decyzja była szybka. Lubię pomagać, dlatego bardzo chętnie angażuję się w tego typu akcje. Sprawia mi to dużą przyjemność. Nie biegając mogę przyczynić się do zrealizowania celu osobom, które uczestniczą w imprezach. Jestem dla nich pełna podziwu jeśli chodzi o kwestie hardości ducha czy samej decyzji o wzięciu udziału. Od nich też się można uczyć. Inspiruję się ich doświadczeniami. Poznaję biegi od kuchni.

Mam wrażenie, wolontariat w Polsce nie cieszy się dużą popularnością, ludzie nie chcą poświęcać swojego czasu. Jakie widzisz zalety wolontariatu?

Ewa: Wiadomo, bywa, trzeba rano wstać, zdarza się i pracę zaczynać ok. 5 rano. Często trzeba poświęcić sporo czasu, którego na co dzień i tak nam brakuje, ale jakby to powiedzieć, jest to przyjemność. I szczerze polecam. Widzieć radość osób, które dobiegają na metę, którym się tak naprawdę pomogło. Przyczyniło się w jakimś stopniu do tego, aby wspominały imprezę miło, z uśmiechem, czy też osiągnęły upragniony wynik, jest bezcenne. To mi sprawia frajdę. Mam świadomość, wolontariat – jest to niewdzięczna robota. Trzeba poświęcić sporo swojego czasu, bezpłatnie. Dostaję się jednak coś cenniejszego. Uśmiech i radość biegaczy oraz znajomych jest dla mnie ponad wszystko.

Nie ukrywajmy, zdarzają się też bardzo roszczeniowi zawodnicy, którzy o wszystko mają pretensję. Jak nie zgubić tej radości z wolontariatu?

Ewa: To tak jak w życiu. Nie da się zadowolić wszystkich. Jednak przeważająca jest ilość tych zadowolonych. Malkontenci się zawsze znajdą. Nie należy się nimi przejmować, a robić swoje. Ku zadowoleniu innych. Jak wspominałam, jest ich przeważająca większość. Takie już jest po prostu życie.

Najmilsze wspomnienie z wolontariatu?

Ewa: Nie mam jednego najmilszego wspomnienia, każdy z wolontariatów dostarcza miłych chwil w momencie kiedy widzi się radość na twarzach biegaczy po przekroczeniu mety i słyszy podziękowania od nich. Zwyczajowo po zamknięciu punktu jedziemy na metę, gdzie możemy dopingować zawodników, którzy kilka godzin wcześniej w lepszej lub gorszej kondycji opuścili punkt, który obstawiałam. Meldują się na mecie i pamiętają nasze wsparcie i doping na punkcie.

Kaszubska poniewierka

Fot. Ultramaraton Kaszubska Poniewierka

A najbardziej przykre?

Ewa: Tak mamy w ludzkiej naturze, że dłużej pamiętamy te przykre, a nie te miłe rzeczy które nas spotykaj, a tych na wolontariacie w biegach organizowanych w centrum miast nie brakuje. Najwięcej przykrych doświadczeń mam z obstawy biegów w Gdyni ze strony osób postronnych – mieszkańców czy gości, którzy skutecznie potrafią uprzykrzyć człowiekowi życie. Osoby zazwyczaj niezainteresowane sportem i tym co dzieje się mieście, na wolontariuszach wyładowują swoją złość i frustrację spowodowane zamknięciem ulic miasta na czas biegu, akurat wtedy, kiedy oni gdzieś się spieszą. Nie interesują ich żadne argumenty, a wolontariusza potrafią zrugać i niekiedy wręcz próbować staranować autem, a Ci niezmotoryzowani wręcz wejść pod nogi biegnącego zawodnika powodując zagrożenie jego zdrowia. Jest to dla mnie bardzo emocjonujące, ale dla własnego zdrowia i samopoczucia szybko o tym zapominam (gorąca kąpiel i sen) inaczej można by było zwariować.

Wolontariusze to różni ludzie, często nieznajomi. Łatwo zarządzać taką grupą? W ostatnim czasie można Cię spotkać na czele grup wolontariackich.

Ewa: Tak, są to często zupełnie przypadkowi ludzie. Jeśli chodzi o kwestie organizacyjne, nie będę ukrywać, mam do tego predyspozycje. Dyplomu z psychologii nie zrobiłam, ale życiowo jestem w stanie ocenić kto do jakich zadań się nadaje przy pierwszym kontakcie. Staram się te zadania, które są na danym etapie do zrobienia staram się odpowiednio przydzielić. Intuicja pomaga.

Poza tym sama też biegasz?

Ewa: Biegam. Swego czasu myślałam o triathlonie, jednak kwestie przygotowań, rozdzielenia treningu na trzy dyscypliny zweryfikowałam ze swoim harmonogramem, bo swoje trzeba wybiegać, swoje trzeba przepłynąć i swoje trzeba na rowerze wyjeździć. Nie mam tyle dyspozycyjnego czasu, by sobie z tym poradzić. Póki co inspiruję się i przyglądam od kuchni.

Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z bieganiem?

Ewa: To jest bardzo ciekawa historia. Zaczęło się od zdjęć z wakacji. Było mnie wtedy więcej niż obecnie. Ważyłam prawie 70 km, co przy moim wzroście było zauważalne. Uznałam, czas coś ze sobą zrobić. Nie podobało mi się to jak wyglądałam. Waga nie dawała mi satysfakcji, zwłaszcza przy moim wzroście. Czas się ruszyć. Po drugie, wchodząc na czwarte piętro do koleżanki dostawałam zadyszki. To też był bodziec motywujący. To był ten czas, by wziąć się w garść i coś ze sobą zrobić. Z perspektywy czasu – wciągnęło mnie. Nie sądziłam, że sprawi mi to taką frajdę. Do dnia dzisiejszego, jest to coś co po prostu lubię.

Ile udało Ci się zrzucić kilogramów?

Ewa: 10 kg. Chciałabym jeszcze, ale organizm powiedział chyba dosyć, bo już od długiego czasu waga utrzymuje się na tym samym poziomie. Jestem z niej usatysfakcjonowania.

Nastawiasz się w tym na zabawę?

Ewa: Na czystą zabawę. We wszystkim musi być umiar i przede wszystkim przyjemność. Wiadomo, że startowanie w zawodach daje pewien obraz, jaki jest postęp i daje motywację do dalszego działania. Zrobiło się kawał dobrej roboty, jest wynik. Natomiast ja nie jestem sfokusowana na wyniki. Wiadomo im wyżej poprzeczka, tym mniej frajdy w tym, a więcej „zawodowego” biegania. Nie chcę się w tym zagubić.

Poza zrzuconymi kilogramami, co Ci dało bieganie?

Ewa: Wolność, czystość umysłu. Być może to nieco wyświechtane, piszą o tym w wielu książkach, ale jest w tym coś. Kiedy biegamy mamy okazję przemyśleć wiele spraw. Poukładać sobie w głowie. Pomaga również w organizacji tygodnia roboczego. Trzeba się zdyscyplinować, żeby znaleźć czas na bieganie w świetle często nadmiaru obowiązków, które się ma. Widzę w tym same superlatywy.

Wolontariat zwłaszcza podczas biegów ultra zachęcił do spróbowania sił?

Ewa: Oczywiście, że zachęcił. Stąd decyzja o udziale w 2018r w dwóch biegach ultra. Będąc wolontariuszem na biegach ultra naoglądałam się różnych zawodników i zdałam sobie sprawę, że „taki gruby, taki chudy” może ultra biec, to czemu nie ja? Podobnie jak większość biegaczy po doświadczeniach w krótszych biegach, w których osiągnęło się swoje zamierzenia, a w których z roku na rok robi się coraz tłoczno, zadaje sobie pytanie i co dalej? Do decyzji dojrzewałam dosyć długo podpatrując biegaczy i słuchając ich relacji, ale przyszła mi ona łatwo. Zadałam sobie pytanie jak nie teraz to kiedy? Lubię wyzwania, a cele na kolejny sezon biegowy to kolejne z nich. Wyznaję zasadę, że lepiej spróbować i żałować niż żałować, że się nie spróbowało. Co tam, żyje się raz!

Powrócę jeszcze do wolontariatu. Gdybyś miała wybierać na danych zawodach, wybrałabyś start czy wolontariat?

Ewa: Tak jak wspominałam, nie jestem sfokusowana na wyniki, To co chciałam – osiągnęłam, Obecni jest tyle imprez, że zawsze można coś sobie wybrać. Wolontariat dostarcza chyba nawet więcej radości z biegania niż samo bieganie. Szczerze polecam spróbować każdemu.