Sport? Tylko przed telewizorem, z pilotem w ręku, najlepiej podjadając przy tym chipsy. Choć to żartobliwy obraz statycznego Polaka, dla Artura Kobuszewskiego był codziennością. Przez 17 lat palił papierosy. Rzucił, przybierając przy tym szybko na wadze do 93 kg.

Żona nabrała ochoty na rozpoczęcie treningów na siłowni. To Ona była dla Artura największą motywacją. Poszedł z nią. Z góry zakładał, pochodzi przez miesiąc. Na tym się skończy. Sport był dla niego traumą, nigdy go nie uprawiał. Przekreślał go z góry.

Poszedł raz, drugi…piąty… Spróbował biegania na bieżni mechanicznej. Siłownia stawała się dla niego drugim domem. Spędzał na niej nawet 3-4 godziny. Pojawiał się na niej nawet i 7 razy w tygodniu. Zdarzało się, trenował przez 21 dni z rzędu. Bieganie rozpoczynało i kończyło trening.. Biegał coraz więcej.

Narodziny Biegowego Wariata

 O wariat przyszedł – wołali na siłowni gdy się tylko pojawił.
– Jaki? – pytano.
– Jak to jaki, biegowy. Inny nie może być. Przecież on nic innego nie robi tylko biega – odpowiadali.

Tak rodził się Biegowy Wariat. Namówiony przez kolegów z siłowni założył swój profil na Facebooku.

Miał swoją bieżnię. Gdy przyklejono na niej kartkę – nie działa. Odklejał ją i włączał. Biegał. Najwięcej przebiegał na bieżni 21 km. Niestety te mają to do siebie, że po 2 godzinach się wyłączają. Przechodził wtedy na sąsiednią.

– To nudne. Wyjdź na zewnątrz – sugerowali mu koledzy. Jak można biegać 20 km niczym koń w boksie – dodawali.

Minął rok nim się przekonał. W tym czasie zrzucił 25 kg

– Z perspektywy czasu wydaje mi się to za szybko jak na mój wiek. Nie mam już 20 lat. Gdyby było to bardziej rozłożone w czasie może byłoby lepiej. Przez szybką utratę wagi mój organizm nie jest w stanie trzymać takiej ilości glikogenu. Na zawodach muszę zabierać ze sobą więcej żeli – wspomina

Wyszedł. I tak już zostało. Przyszedł czas na sprawdzenie się.

– Stwierdziłem, trzeba w końcu zaliczyć pierwsze zawody. Był to Orlen Warsaw Marathon na dystansie 10 km 3 lata temu, ale nie mogło być tak kolorowo. 3-tygodnie przed zawodami zerwałem mięsień pośladkowy i dwugłowy. Z własnej głupoty, z przetrenowania. Nidy się nie rozgrzewałem ani nigdy się nie rozciągałem. Mimo zerwania, chodząc do fizjoterapeuty i tak wystartowałem. Poobklejany tejpami. Swoją pierwszą dychę oficjalnie zrobiłem w 48:25. Chciałem złamać 45 min, nie udało się. Potem nogę niemal ciągnąłem do samochodu. Gdyby ktoś się mnie zapytał, czy zrobiłbym tak jeszcze raz taka głupotę, odpowiedziałbym tak – wspomina Biegowy Wariat.

Konsekwencje były większe. Nie biegał przez 3-4 tyg. Nosiło go.  Nawet nie śmiał rezygnować. Wrócił do treningów. Przyszedł czas na maraton ukończony w bardzo dobrym czasie. Nie szukałby jednak w sobie talentu.

– Nie wiem czy mam predyspozycje, czy to czasem nie konsekwencja i upartość. Trenowałem na spontanie. Wstawałem i sam planowałem – dziś 15, jutro 20 km. Metę Maratonu Warszawskiego, pamiętnego, bo ostatniego gdzie wbiegało się na płytę Stadionu Narodowego, minąłem po 3:33:32. Wszyscy się śmieją, że zabrakło jednej sekundy, byłyby same trójki – opowiada Artur.

Praca z pasją

Uważał, że uzyskany na maratonie wynik to jego maksimum. Przyszedł do Sklepu Biegacza Warszawa Powiśle. Słyszał, że mają tam treningi Biegaj pod Okiem Trenera. W ramach których trenował 2 lata, a współpracę bardzo sobie cenił.

–  Budujemy całą siłę, kontrolę nad biegiem. Samemu ciężko jest osiągnąć zamierzony cel. Jestem osobą, która nie miała styczności ze sportem. Potrzeba kogoś kto ukierunkuje. To się przekłada na sukces. Plan ułożony specjalne dla kogoś, pod starty to jest to. Człowiek sam tego nie wyłapie. Udało mi się osiągnąć czas 3:09. Będę chciał złamać trójkę. No nie udało mi się to w tym roku w Berlinie, bo biegłem z kontuzją, a Nowy Jork nie jest trasą na łamanie trójki, przynajmniej dla mnie. Zresztą był miesiąc po.

Wcześniej wychodząc pobiegać po prostu go nie było. U Żony ma jednak zawsze wsparcie. Teraz wykorzystuje czas biegając do pracy, pracując w Sklepie Biegacza.

– Do sklepu przyszedłem jako klient, potrzebowałem trenera. Słyszałem, że sklep organizuje treningi. Na tamten moment 3:33 było dla mnie maksymalnym osiągnięciem, chciałem się rozwijać, potrzebowałem trenera. Dołączyłem do grupy, wspierałem grupę. Odnalazłem się w pracy w sklepie. Połączyłem pracę z pasją i jestem zadowolony. Robię to co lubię. Lubię kontakt z ludźmi, lubię ich wspierać. Całe moje życie zaczęło się kręcić wokół biegania – przyznaje.

Artur Kobuszewski Biiat w pracyegowy war

Artur Kobuszewski podczas obsługi Marcina Rzeszótko z Buff Pro Poland Team

World Marathon Majors

Za nim debiut w Maratonie Warszawskim, ale i te największe maratony jak Chicago, Berlin, Nowy Jork. Chcąc zdobyć World Marathon Majors. To cykl największych maratonów na świecie. Organizacja powstała w 2006 roku i do 2012 roku zrzeszała pięć maratonów: Boston, Londyn, Berlin, Chicago i Nowy Jork. Od 2013 roku do cyklu zalicza się również Tokio

– Przygodę z „Majorsem” zacząłem na spontanie. Jak chyba wszystko w moim życiu. Coś trzeba było zrobić ze sobą. Stwierdziłem, dla żartów wyślę zgłoszenie na Chicago. Dopełniłem formalności. Jednak dotarło do mnie, to nie jest dla mnie. Gdzie ja na drugi koniec świata z czasem 3:33? W tym czasie miałem w planach pierwszy bieg górski na dystansie 43 km w Szczawnicy. Dzień przed dostałem maila – zostałem wylosowany. Trzeba jednak dokonać płatności. Stojąc na starcie w Szczawnicy doszedłem do wniosku, że jeżeli przebiegnę w 5:25, cel ambitny na pierwszy górski maraton, i ukończę cały i zdrowy, to pojadę do Chicago. Skończyłem w 5:15. Skoro powiedziało się A, to trzeba i B. Przybiegłem do pokoju na kwaterę, dokonałem płatności – wspomina Biegowy Wariat.

– Chicago było 2-tygodnie po Maratonie Warszawkim, gdzie zrobiłem 3:09. Byłem nagrzany sukcesem. Stojąc na starcie w Chicago zastanawiałem się co ja tu robię. Uznałem, że potraktuję to jako dobrą przygodę, było 3:13. Ukończyłem Chicago to idę dalej. Nie udało się na Tokio i do Londynu, ale próbuję dalej.

Udało się za to dostać do Berlina i Nowego Jorku. Oba w tym roku.

Biegowy Wariat

Fot. archiwum prywatne Biegowy Wariat

– Nowy Jork, tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Jedynym minusem jest oczekiwanie na start. Płynąłem pierwszym promem o 5:30. Pobudka o 3 nad ranem. 4:20 to już trzeba było wychodzić na metro. To tez było na wariata. 5:25 wysiadłem z metra, miałem 5 minut na statek. Ten płynie 20 minut. Potem trzeba przejść, wsiąść w busik, który jedzie pół godziny, dojść do miasteczka, usiąść na trawie bądź betonie i czekać na start – 3 godziny. To najgorsza rzecz, człowiek przy 5 stopniach, ubrany na cebulkę, wychładza się. Sam zastanawiałem się co ja tu robię. Siedzę 3 godziny na trawie na drugim końcu świata, żeby przebiec 42 km.

Wciąż biegi uliczne są mu bliższe i to je preferuje. Góry są dla niego odpoczynkiem. Nie musi się tak w nich spinać. Jak sam mówi – serce i energia jest na asfalcie. Stawia sobie cele: zdobyć World Marathon Majors, złamać 3 godziny, uzyskać przynajmniej 1:18 w półmaratonie, 36 min na 10 km i 16 min na 5 km. Pozostaje trzymać kciuki i śledzić zmagania na profilu Biegowy Wariat.

Baner Under armour