Czy narodziny dziecka muszą wiązać się z rezygnacją o własne marzenia? Jak pogodzić obowiązki z życiem sportowca? Agnieszka Dudaniec-Tarkowska, triathlonistka, ale przede wszystkim matka. Z Agnieszką rozmawiamy o tym jak godzić opiekę nad dzieckiem z treningami i realizować własne marzenia.

Spełniasz swoje marzenia, choćby jednym z nich zdaje się było ukończenie triathlonu na dystansie 1/2 Ironmana. Droga jednak nie była chyba taka łatwa. Na pewien czas zniknęłaś z biegowych ścieżek. Po narodzinach postawiłaś sobie cel ukończyć 1/2 Ironmana?

Agnieszka: Od czasu, kiedy ostatni raz widziałyśmy się na ścieżkach biegowych dużo się w moim życiu zmieniło. W 2013 roku, w  czasie gdy byłam w ciąży, moja mama dowiedziała się że ma raka piersi. Był to dla nas bardzo ciężki czas, taki słodko gorzki, z jednej strony wiesz, że będziesz mamą, a z drugiej walczysz o to by Twoja mama była zdrowa. Szczęśliwie, Tadzio urodził się w 2014 roku i … wszystko stanęło na głowie! Dosłownie! Przez pierwsze miesiące trudno mi było wejść w nową rolę i szczerze mówiąc nie do końca się w tym odnajdywałam, tym bardziej, że mały był bardzo absorbujący i często płakał. Bieganie zamieniłam na długie wielogodzinne spacery, a mój baby blues trwał znacznie dłużej niż piszą o tym w książkach. Na domiar złego po kilku miesiącach utajenia, choroba mamy odezwała się ponownie. Mama znowu musiała poddać się chemioterapii, ale to jeszcze bardziej ją wyniszczało. Z miesiąca na miesiąc jej stan się pogarszał, a my byliśmy bezradni. Mama zmarła. Czas się wtedy dla mnie zatrzymał. Jedyne, co mnie mobilizowało do życia, to właśnie mały Tadzio, który wtedy kończył roczek. Po kilku miesiącach wróciłam również do pracy po urlopie macierzyńskim. W tym czasie odnowiłam znajomość z Olą, dawną koleżanką ze studiów.

Ola jest mamą trojki dzieci, odkąd pamiętam zawsze trenowała triathlon. To ona, ponad dziesięć lat temu, kiedy ta dyscyplina była jeszcze mało popularna zachęciła mnie do spróbowania swoich sił w triathlonie. Pamiętam, że był to rok 2003. Na zawodach startowało około stu osób, z czego kobiety to była zaledwie garstka. Nie mówiąc już o dostępności sprzętu triathlonowego, którego praktycznie wtedy nie było. Na tyle mi się to spodobało, że wspólnie stratowałyśmy przez dwa sezony. Teraz po ponad dziesięciu latach połączył nas znowu triathlon, a do tego obie jesteśmy mamami.

Na początku nieśmiało zaczęłam po prostu robić coś dla siebie: trochę truchtałam, chodziłam na basen, znowu zaczęłam brać udział w trójmiejskich biegach City Trial, w Biegu Niepodległości w Gdyni. Paradoksalnie, po powrocie do pracy i całym natłoku spraw codziennych, znalazłam czas na aktywność fizyczną.

Kiedy w dowiedziałam się, że 1-go grudnia ruszają zapisy na słynną „połówkę ironmena” w Gdyni, stwierdziłam, że to będzie dobra motywacja, abym dalej chciała się ruszać i przypomniała sobie, jak to jest startować w triathlonie. Dopiero gdy dostałam mail zwrotny potwierdzający moją rejestrację na zawody, uświadomiłam sobie, że zapisać się to jedno, a trenować i startować to drugie. Tym bardziej, że nigdy wcześniej nie startowałam na takim dystansie, a mój ostatni start w triathlonie  był w 2003 roku!

Szybko udało Ci się wrócić po narodzinach dziecka do aktywności?

Agnieszka: Tak naprawdę to jeszcze rok od narodzin Tadzia, wyglądałam i czułam się ciężko z nadprogramowymi kilogramami, ale też nie ukrywam, że to był na tyle trudny czas dla mnie i mojej rodziny, żeby cokolwiek zrobić dla siebie

Sam powrót do biegania wcale nie był łatwy, nadeszła jesień, pora roku która raczej nie zachęcała do treningów, ale po kilku miesiącach regularności zauważyłam efekty. Przysłowiowe endorfiny zaczęły działać, wskazówka na wadze w końcu drgnęła, a ja powoli i na nowo wkręcałam się w trening triathlonowy. Teraz ważę tyle, ile przed ciążą, ale przede wszystkim czuję się dobrze ze sobą.

Agnieszka start Triathlon Energy

Jak pogodzić bycie przede wszystkim mamą z niełatwym sportem jakim jest triathlon?

Agnieszka: Myślę, że im więcej mamy do zrobienia, tym bardziej się mobilizujemy i skupiamy na obowiązkach, a nie tracimy czasu na rzeczy nieistotne. Śmiejemy się wspólnie z Olą, że matki triathlonistki są bardzo ambitne i wręcz nadaktywne. Nie dość, że zajmują się dziećmi, pracują zawodowo, to jeszcze mają siłę i chce im się trenować.

Ja sama nauczyłam się przede wszystkim dobrze organizować czas,a z drugiej strony okazało się, że nie wszystko, co sobie zaplanuję, uda się wykonać. I również z tym musiałam się pogodzić. Bo to właśnie dziecko weryfikuje całe Twoje zamiary.

W moim przypadku powrót do aktywności fizycznej był także odskocznią od wszystkich trudnych chwil, jakie mnie dotknęły przez ostatni czas. Wiele razy wychodziłam na trening, po to żeby nie myśleć o starcie mamy, po to żeby powoli układać to sobie w głowie i oswajać się z myślą, że nic już nie będzie tak, jak dawniej.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że każdy kolejny dzień planuję właśnie pod kątem pracy, treningów i oczywiście opieki nad Tadziem. Było to na tyle skomplikowane,że wiele razy zdarzało mi się trenować w różnych porach dnia. Często kosztem snu, porządnego obiadu, czy po prostu należytej regeneracji. A jak wiemy, to jest własnie bolączką wszystkich trenujących amatorów. Nie mamy czasu na regenerację, bo oprócz treningów pracujemy zawodowo i mamy rodziny, które liczą na nas. Na basen chodziłam przeważnie wcześnie rano, kiedy mały jeszcze spał, potem zawoziłam go do żłobka, a sama szłam do pracy. Jeśli chodzi o bieganie, to nie zapomnę nigdy jak w czasie zimy jeździłam późnym wieczorem do Brzeźna (kiedy Tadzio już spał) i tam biegałam swoje kilometry, bo to było jedyne miejsce które było odśnieżone i oświetlone. Wiosną, kiedy zaczęły się zbiórki kolarskie jeździłam w weekendy z kolarzami na trening w takiej porze, kiedy Tadzio miał drzemki albo był na spacerze z tatą. Istna logistyka. Ale wszytko da się opanować, jeśli tylko bardzo chcemy.

Dużo czasu spędzałaś tygodniowo na treningach?

AgnieszkaJak zaczynałam swoje przygotowania do połówki w Gdyni to zapytałam się Oli, ile godzin tygodniowo powinnam poświęcić na trening jako amatorka. Odpowiedziła mi, że około 10-12 godzin tygodniowo, żeby spkojnie ukończyć te zawody i nie paść na mecie. Niestety, nawet jeśli miałam rozpisany plan na konkretny tydzień, to nie zawsze udało mi się go zrealizować, bo na przykład Tadzio się rozchorował i musiałam siedzieć z nim w domu, a na jakikolwiek trening mogłam wyjść dopiero późnym wieczorem. Innym razem, to ja się przeziębiłam i musiałam pauzować kilka dni z rzędu. Jeszcze innym razem dopadła mnie kontuzja stopy, która na 6 tygodni całkowicie wykluczyła mnie z biegania, ale na szczęście mogłam pływać i jeździć na rowerze. Więc, jak sama widzisz ten reżim treningowy nie do końca zgadzał się z zakładanym wcześniej planem, i raz było to jedynie 6 godzin tygodniowo, a raz 10 godzin.

Zdarzało Ci się odpuścić, powiedzieć „nie chce mi się” przy tak intensywnym trybie życia? 

Agnieszka: Czasami, gdy przychodziłam zmęczona po całym dniu pracy do domu, miałam myśli żeby sobie odpuścić, usiąść na kanapie i po prostu odpocząć albo przenieść trening na kolejny dzień, ale zazwyczaj szybko się mobilizowałam, wiedziałam, że jeśli dzisiaj nie zrobię tego konkretnego treningu, to jutro też go nie zrobię i cała układanka treningowa i tak już poszachrowana niespodziewanymi pauzami się rozsypie. W triathlonie bardzo ważna jest systematyczność.

Zresztą, potem jak wracałam z treningu ledwo żywo, to i tak cieszyłam się, że udało mi się go zrobić. Dodatkową motywacją był kalendarz z odliczonymi tygodniami do poszczególnych zawodów oraz wspólne spotkania z Olą w Katowicach: jak tylko udało mi się dostać kilka dni urlopu, zabierałam Tadzia i jechaliśmy na Śląsk, żeby potrenować kilka dni wspólnie. Nic tak nie mobilizuje jak treningi w grupie. Natomiast, kiedy byłam chora (a to w okresie zimowym często się zdarzało) to starałam się odpuścić trening chociaż na kilka dni, żeby dojść do siebie. Wtedy z kolei byłam zła na siebie, że nie mogę trenować.

Triathlon skradł Twoje serce? Co w nim takiego lubisz? 

Agnieszka: Zdecydowanie tak, i napiszę to wielkimi literami. TRIATHLON NA NOWO SKRADŁ MOJE SERCE!!! Przeczytałam gdzieś ostatnio, że jeśli nie mamy swoich pasji, to nasze życie kręci się tylko wokół macierzyństwa, domu i pracy. Prędzej czy później poczujemy pustkę, która zabierze naszą radość z życia, a to przełoży się na naszą rodzinę. Dlatego warto mieć pasję, która da nam dużo energii i satysfakcji. I pewnego dnia dotaro do mnie,że przez te dziesięć lat czegoś mi brakowało.

Oprócz tego, że znalazłam odskocznię od codziennych trosk i problemów, to uporządkowałam siebie od wewnątrz, stałam się systematyczna, wytrwała i spełniona. Dzięki temu bardziej doceniłam to, że jestem mamą i cieszę się z każdej chwili spędzonej z synkiem. I choć wiele razy wracałam tak zmęczona z treningu, że ledwo wchodziłam po schodach do domu, to wiedziałam, że czeka na mnie dziecko i od tego nie ma zwolnienia czy wakacji. Po pierwsze jestem mamą, a potem triathlonistką.

Lubię w triathlonie to, że jest wszechstronny, że nawet jak nie radzisz sobie w jednej dyscyplinie, to możesz nadrobić w drugiej. Treningi nie są nudne bo przygotowujesz się do trzech różnych sportów, które potem łączysz w jedno. Jestem typem wytrzymałościowca, więc nie nudzą mnie kilkugodzinne treningi na rowerze czy kilkunastokilometrowe rozbiegania.

Poza tym sama atmosfera zawodów jest magiczna. Zazwyczaj dzień wcześniej wstawia się sprzęt do strefy zmian, więc jest wtedy chwila aby spotkać się z innymi zawodnikami, porozmawiać o stracie, przybić piątkę z tymi, z którymi na co dzień kontaktujemy się tylko przez facebooka. A w dniu zawodów to kibice tworzą klimat i naprawdę mimo wysiłku i zmęczenia to oni mobilizują cię aby dać z siebie wszystko.

Często pojawiające się zapytania, stosujesz specjalną dietę? 

Agnieszka: Nie, nie stosuję zadniej diety. Wiem, że porządny i systematyczny trening pomoże mi utrzymać  dobrą sylwetkę i zdecydowanie tego się trzymam. Jestem osobą, która jedzenie traktuje jak przyjemność, staram się odżywiać zdrowo, ale potrafię też za dobrze zrobiony trening nagrodzić się ulubioną czekoladą. Uwielbiam ten moment, kiedy po zawodach idziemy do restauracji zjeść coś, czego odmawiałam sobie przed startem.

Kiedyś na fb znalazłam taki wpis: „biegam, żeby żreć więcej ciastków” ???? i pomyślałam, jakie to jet prawdziwe ???? Wiele moich znajomych trenuje właśnie po to, żeby móc potem bez wyrzutów sumienia zjeść coś dobrego. Podobnie jest ze mną. Z drugiej strony, kiedy do startów triathlonowych zostało kilka tygodni, postanowiłyśmy z koleżanką nie jeść słodyczy, żeby oczywiście dodatkowo się zmotywować. Udało się, i byłam z tego zadowolona.

Jest może coś czym byś się chciała podzielić z matkami, które obawiają się zacząć treningi po urodzeniu dziecka?

Agnieszka: Myślę,ze trzeba przeczekać okres połogu, tak żeby organizm doszedł do siebie, a potem tak naprawdę trzeba odważyć się wyjść z domu. Zostawić dzieciątko pod opieką męża, babci, cioci. I po prostu zacząć. Dla mnie była to frajda, że udało mi się wyrwać na chwile z domu i zrobić coś dla siebie. A potem wracałam uśmiechnięta i naładowana energią. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko.

odzież-damska