Przygotowania nabierają obrotów. Forma rośnie. Codziennie ubywa dni do startu. Wyczekiwanego, po solidnie przepracowanym okresie. I wtedy pojawia się, znienawidzona, wyciskająca łzy nawet u największych twardzieli. Nie ma reguły. Choć czasem sami na nią pracujemy. Mowa o kontuzji.

Lekkie uszkodzenia – żaden problem. Tydzień/dwa odpoczynku i wracamy z pełnią sił. Gorzej, gdy nie przechodzi. Domowe sposoby przestają pomagać. Zaczyna się szukanie ratunku. Z pomocą może przyjdzie wujek Google bądź forum biegaczy. Pewnie ktoś się z tym męczył. Poleci dobrego lekarza. To podstawa. Inaczej mamy znany obrazek – przychodzi biegacz do lekarza i słyszy – proszę nie biegać. Prawda jest taka, nie zawsze czas, a odpowiednia diagnoza jest najważniejsza. Większość urazów jest mechanicznych, a to wymaga dobrej znajomości biomechaniki. Nikt nie lubi czekać. Już przecież ból nieco zelżał. Na przekór wyskakujemy pobiegać, choć na chwilę. Zazwyczaj to tylko pogłębia uraz. Bywa, mimo przeszkód bierzemy udział w zawodach, bo przecież czekaliśmy na nie tak długo. Podejmujemy ryzyko. Świadomie bądź z presji. Czasem to jedyna okazja by wystartować w tym biegu czy też zakończyć zdobywanie np. korony półmaratonów czy maratonów. Jedyna? Jako dorośli ludzie musimy sami oszacować ryzyko, by potem winą nie obarczać wszystkiego dookoła. Przecież często, pomijając nagłe niefortunne sytuacje, sami do tego doprowadziliśmy. Mocne słowa napisał w swojej książce „Gotowy do biegu” Dr Kelly Starret:

„Obraz wycieńczonego biegacza kończącego wyścig bez względu na wszystko stał się ostatnio częścią etosu maratończyka. Oto współczesny bohater dnia: wykręcony, powyginany, kulejący i odmawiający pomocy medycznej wrak przekraczający linię mety (…) Przyjrzyj się dokładnie temu, jak dużo opasek, ortez i bandaży elastycznych zużyli by przekroczyć linię mety. (…) W biegaczach niesamowita jest ich zdolność do zaprogramowania się na osiągniecie celu. Ale to może być też ich zgubą”  

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

No właśnie – zguba, nasza upartość do niej czasem prowadzi. Dlatego można dodać – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. To normalne, że brak codziennej dawki endorfin znacznie osłabia energię życiową. Brak treningów to jednak nie koniec świata. Trudno uwierzyć, spoglądając na kolejnych cieszących się ze startów. Gdy właśnie czujemy, że ktoś rozszarpał nasz świat na strzępy. Wszystko straciło sens. Czas usunąć ze znajomych wszystkich biegaczy. I z miasta najlepiej wyjeżdżać w dniu dużej imprezy sportowej. Brzmi przesadnie? Praktyka pokazuje co innego. To realna sytuacja zachowania jednego ze znanych mi biegaczy. Być może sami mieliście do tego tendencje bądź też znacie kogoś w swoim otoczeniu. To już wyższy stopień uzależnienia. I chyba właśnie wtedy kontuzja jest najcenniejszą lekcją. Dobrem, gdy zachłysnęliśmy się sportem za bardzo.

Jedna z zasad medycyny sportowej sugeruje – „Każdy dzień biegania z bólem potrzebuje dwóch dni odpoczynku”. To trudne, ale trzeba umieć odróżnić ból „dobry” od tego złego. Daleko nam do naturalnego biegania. I nie ma znaczenia, że sport znany jest od początków życia człowieka na ziemi. Świat ewoluował. My też. Siedzący tryb życia osłabił nasze struktury. Ćwiczeń siłowych czy rozciągających wielu unika. Rolowanie? Przecież to boli.

Najważniejsza diagnoza

Co zrobić gdy już dopadnie? Gdy znamy diagnozę, jesteśmy krok do przodu. Jeśli zajmuje się nami lekarz sportowy – to już dwa kroki. Czasami wystarczy fizjoterapeuta. Często to on jest swego rodzaju pogotowiem ratunkowym. Rozumiejącym potrzeby sportowca. Boli nas kolano? Znajdzie przyczynę leżącą w kręgosłupie. Na ból bowiem trzeba spojrzeć zazwyczaj bardziej kompleksowo. Nie zawsze krzyżyk stawiany przy naszym nazwisku na listach startowych oznacza koniec. Czasem potrzeba tylko więcej czasu by wrócić na ścieżki. Cierpliwości, determinacji i wiary. I szczęścia, by właśnie trafić pod skrzydła odpowiednich ludzi, którzy nie tylko pokierują naszym leczeniem, ale i wskażą jak uniknąć błędów w przyszłości.

kontuzja

Łatwo się wymądrzać. Pamiętam, gdy trafiałam na stół operacyjny z powodu licznych uszkodzeń. Lekceważyłam mały ból podczas biegania do czasu gdy stał się poważny. Miałam też pecha, bo podczas pierwszej operacji połamał się drut kierunkowy. Ten został zaszyty. Konieczna okazała się reoperacja. Wielu mawiało – ale bieganie już chyba odpuścisz. Moim codziennym ćwiczeniem było leżenie. Człowieka ze sportowym ADHD. Choć medycyna nakazuje szybko przywracać staw kolanowy do pracy, ja miałam zakaz.  Co prawda organizm osłabiony nie buntował się tak bardzo. Zamknięcie czy odizolowanie się nie wchodziło w grę. Nikt mi na to nie pozwolił. Przyjaciele zabierali mnie na zawody ze sobą. Choć bywało, jedynym transportem był wózek. Chowałam się co najwyżej za obiektywem. Czerpiąc radość w niebieganiu, a kibicowaniu. Naprawdę można. Zaprzyjaźniłam się z wolontariatem. Doceniając jego walory. Zostałam nawet wolontariuszem roku. O powrót walczyłam. Wyznaczyłam sobie cel. Ambitny. Może trochę zbyt – ukończyłam Bieg 7 Dolin.

Lekcja

Kontuzja to nie takie zło wcielone, choć nie życzę jej nikomu. Przypomina, jest tyle pięknych rzeczy dookoła. Poza bieganiem świat istnieje. Przerwa? Pozwala wracać silniejszym. Nie tylko psychicznie. Nigdzie człowiek nie wzmocni tak mięśni jak na rehabilitacji. Zauważyłam też jedno, po kontuzji biegacze jakby wracali z mniejszą presją. Znów czerpiąc radość, tak prostą. zwyczajną, bo mogą. Niektórzy rozpoczynają przygodę z inną dyscypliną – zazwyczaj triathlonem. Kontuzja to lekcja, która powinna skłonić nas do przemyśleń. Co było nie tak i jak to poprawić? To od nas zależy jak ją odrobimy. Do refleksji zostawiam inne słowa Dr Kelly Starret:

„A może oprócz pudła pełnego maratońskich medali uzbierałeś już tak dużą liczbę chronicznych dolegliwości, że zaczynasz myśleć o przesiadce na rower? Albo nabrałeś przeświadczenia, że bieganie najwyraźniej nie jest dla ciebie?”

Dlatego jeśli cierpisz, nie łam się. Masz okazję rozpocząć od nowa. Lepiej znając siebie. To cenna wiedza. O formę się nie martw. Wróci. Organizm pamięta włożony wysiłek.