Karkonoski Festiwal Biegowy to wciąż nowa, lecz prężnie rozwijająca się impreza biegowa. Ze względu na swoją młodość, nie jest tak mocno rozpoznawalna jak np. sławny na całą Polskę Bieg Rzeźnika i towarzyszące mu inne biegi. Mimo to, biegi o krótszym dystansie wchodzące w jej skład, cieszą się ogromnym zainteresowaniem i gromadzą komplet uczestników.

Można powiedzieć, że ten bieg górski jest podobny do wielu innych w kraju, lecz każdy bieg jest przecież inny. Każdy bieg przyciąga czymś innym: regionem, atrakcjami turystycznymi, czy np. niepowodzeniem w losowaniu na potężnie obleganego rzeźnika;).

To właśnie ten ostatni powód mnie skłonił do szukania innej imprezy. Zwyczajnie nie zamierzałem się pchać na siłę tam, gdzie są tłumy. Pomyślałem: „Już raz przebiegłem Rzeźnika. Zapewne kiedyś tam wrócę i zmierzę się z nim jeszcze raz, bo jest w tym biegu coś magicznego, ale… teraz widocznie pora na nowe przygody”. Ze względu na rodzaj gór, które są zdecydowanie bardziej kamieniste i wyższe w stosunku do Bieszczad uważam, że Karkonosze to „cięższy kawałek chleba”. Choćby ze względu na wysokość gór, często przypomina bardziej wspinaczkę z zejściami rozwiniętą o odcinki biegowe. W moim osobistym odczuciu Rzeźnik to świetne przygotowanie do Ultra Chojnika, o czym może świadczyć chociażby suma wzniesień. Orientacyjnie, przy pokonaniu dystansu Biegu Rzeźnika na koncie mamy już ponad 4500 m wzniesień. Każdy lubi porównania, lecz…

Skupmy się na Chojniku.

Organizacja na najwyższym poziomie, bez stania w kolejkach po odbiór pakietów, przemiła atmosfera, brak problemów z noclegami. Z przyjemnością chce się przyjechać i biec. Podobnie jak w innych biegach w ostatnim czasie i Chojnika nie ominęły zmiany podyktowane przez rozdających karty urzędników i dyrektorów. Całe szczęście, zmianie uległa tylko pora startu, która nie pokrzyżowała planów na pokonanie trasy, a tylko podniosła poprzeczkę w postaci skróconego limitu czasowego na ukończenie biegu. Ze względu na późniejszą w stosunku do planowanej godziny startu, uczestnicy mieli aż 4 godziny mniej.

Czas start!

13268223_986298321468583_4898186591910472073_oDojazd, odbiór pakietów startowych, zakwaterowanie, krótka drzemka i… na starcie pojawiło się ok. 70 uczestniczek i uczestników gotowych na kolejną górską przygodę. Druga w nocy, czas startu i do lasu w góry. Na początku spokojnie, rozgrzewając się przed wymagającymi podejściami, które czekały na zaliczenie jak punkty kontrolne. Rozgrzewka zrobiona, zaczyna świtać i każdy z biegaczy otrzymuje prezent w postaci wschodu słońca. Wszyscy uważają ten moment za jeden z najprzyjemniejszych elementów biegów górskich. Niektórzy do tego stopnia, że zatrzymują się, aby zrobić zdjęcie pt. „pamiątka z biegu dla żony”.

Nieustannie kukające kukułki umilają kolejne, coraz cięższe etapy biegu. Punkty odżywcze są dość ubogie, lecz wszystko jest kwestią podejścia. Wszystko zależy od tego, czego uczestnik oczekuje. Ja osobiście, na pierwszym „przepaku”, miałem nadzieję na bardziej konkretny posiłek. Niby nic wielkiego, ale brak cukru czy owsianka zalewana wrzątkiem, może lekko rozczarować nawet moje skromne 70 kilogramów. Marzyłem o zjedzeniu zupy i wypiciu ciepłej słodkiej herbaty, zwłaszcza, że „stuknęło” już 49 km biegu, a w perspektywie było rozpoczęcie najtrudniejszego etapu trasy, przy ciągle zmieniającej się pogodzie.

No nic! Jak się powiedziało „A”, to trzeba powiedzieć „B” i ruszać w dalszą drogę, która dla większości osób jest wycieczką w nieznane, gdyż trasa biegnie szlakami po czeskiej stronie. Tam, po zbiegnięciu z potwornie zatłoczonych szlaków, po których turyści wchodzą na Śnieżkę, przemierzam dotąd nieznane mi rejony Karkonoszy, mimo, że wiele razy byłem w tym rejonie na obozach biegowych.

Po pierwszym punkcie odżywczym z ciepłym posiłkiem moja nadzieja i chęć na ciepłą pomidorową odeszła w zapomnienie, a ja postanowiłem zgodzić się na to co jest i korzystać z tego najlepiej jak się da. Dobiegłem do kolejnego punktu i ku mojemu zaskoczeniu ukazała się wymarzona ciepła zupa pomidorowa, a potem dwa kawałki arbuza na deser. Żołądek nakarmiony, głowa zadowolona przed ostatnim z cięższych podejść, czas ruszać dalej.

13198468_978480948916987_8228433919349868671_oWybija 70 kilometr, a ja na szczycie kolejnego wzniesienia dostaję skrzydeł. Czuję się, jakbym dopiero zaczął ten bieg. Wielki zastrzyk motywacji i siły sprawia, że postanawiam zbierać się do finishu na 30 km przed metą. Turyści i mijani zawodnicy na trasie są w szoku, widząc co się dzieje. W pełnym skupieniu układam w głowie plan i szybko urywam kolejne kilometry. Poprawiam tym swoją lokatę w stawce biegaczy, która „na pomidorowej” plasowała się na 27. miejscu. Z myślą, że za chwilę czeka mnie ostatni zbieg i upragniona meta, jestem jak w transie. Na krótkim odcinku wyprzedzam kolejne kilka osób. Niestety przed nimi nieoczekiwanie pojawia się niespodzianka w postaci toru przeszkód obsianego kamieniami, korzeniami i drewnianymi mostkami. Ku mojemu zdziwieniu spotykam tam nawet dwoje turystów. Zastanawiam się wtedy, kto w ogóle chodzi takimi leśnymi szlakami, które nie mają końca.

W końcu pojawia się upragniony ostatni zbieg.

Przynajmniej tak mi się wydaje – taki właśnie profil trasy miałem w głowie. Jakże przyjemnie było by zbiec z góry prosto na linię mety… Niestety nagle kręta droga ciągnąca się bez końca i wspinaczka pod zamek rozkładają moją psychikę na łopatki. Za chwilę kolejne skałki i w głowie tylko „ktoś chyba specjalnie pokręcił tą trasę, żeby uzbierać te 100 km”.

Z oddali słychać muzykę na mecie. Rozbity psychicznie na ostatnich skałkach, zbieram się w sobie, żeby ukończyć ten bieg ładnym technicznym biegiem jak na profesjonalistę przystało. Ostatnia długa prosta, czekający przyjaciele i kibice, zagrzewający do samego końca speaker i wymarzony koniec. Radość i niedowierzanie towarzyszą mi, gdy kończę ten morderczy, pierwszy ponad 100. kilometrowy bieg 11-tą pozycją w open i 4-tym miejscem w kategorii wiekowej.