Wielka Prehyba. Mistrzostwa Polski w długodystansowych biegach górskich. 43,3 km, 1920m podejścia w górę. Skąd pomysł na ten start?

Wczesną jesienią, kończąc sezon 2014/15, miałem dużo czasu na ułożenie planu startowego na przyszły rok. Zdecydowałem, że wszystkie swoje “wyścigi” ułożę pod ten jeden konkretny, który ma być startem sezonu – MP w skyrunning, czyli „Bieg Marduły”. Dał mi on porządnego klapsa w tyłkek w zeszłym roku i muszę ponownie stawić się na starcie podejmując trud tej wymagającej trasy.

1Biegów w Szczawnicy nie brałem kompletnie pod uwagę, lecz po wielu namowach (dzięki Kasiu!) wpisałem się na listę startową i oczekiwałem na wynik w losowaniu.

Wielką Prehybę miałem potraktować jako start kontrolny. Ewentualnie mocny trening. Bez napinki, na pełnym luzie. Na trasie chciałem podziwiać widoki na Tatry oraz dobrze się bawić na zbiegach.

Na kilka tygodni przed startem w Szczawnicy ogłoszono wyniki losowania uczestników na „Mardułę”. Dwukrotnie mnie nie wylosowano… Nie ukrywam, byłem strasznie zły z tego powodu. Wszystkie najmniejsze starty oraz treningi podporządkowywałem pod czerwcowy bieg. No cóż – nie można mieć wszystkiego. Szybko się więc otrząsnąłem, zmieniłem plan i postanowiłem mocno pobiec na Wielkiej Prehybie.

Przygotowania do startu

Plan treningowy na pierwszą część sezonu opierałem o płaski maraton (metodą hansonów lekko zmodyfikowaną przeze mnie). Wszystkie treningi wykonywałem na miejscu, w swoim rodzinnym mieście Krakowie. Zarówno rozbiegania jak i regenerujące treningi standardowo wykonywałem na wałach wiślanych, a crossy/podbiegi w lesie Wolskim.

Na kilka tygodni przed startem wybrałem się dwukrotnie na rekonesans trasy, by zapoznać się z każdą nierównością i kamieniami na zbiegach :). Do tej pory nie zwiedzałem trasy przed zawodami, jedynie sugerowałem się profilem wysokości, jaki zamieszczali organizatorzy na stronie biegów. Czy dzięki tej wyprawie lepiej pobiegłem? Za chwilę się dowiecie.

Dzień startu

Zazwyczaj nie planuję strategii przed biegiem. Nie rozpisuję sobie międzyczasów (w ile mam się zmieścić od punktu a do punktu b, następnie od b do c itd.), tylko biegnę na samopoczucie. Nie chciałem popełnić błędu z zeszłego roku (DFBG – złoty maraton), kiedy mimo dobrego samopoczucia pierwszą połowę pobiegłem zbyt mocno. Wynikiem tego było odcięcie energii na drugiej części trasy, przez co czułem się jak sz…sami wiecie :)

Opierając się o zeszłoroczne wyniki czasowe, założenie miałem tym razem jedno: Złamać pięć godzin i być w pierwszej 50-tce. Taktyka: trzymać się czołówki kobiet, pierwszą połówkę pobiec awaryjnie, natomiast na drugiej „dorzucić do pieca”.

Ostatnie minuty do startu…

Ustawiłem się mniej więcej w połowie stawki, by za mocno nie zacząć. Końcowe odliczanie.. 3..2…1.. START!

(Z reguły mało pamiętam z tego, co się działo w trakcie biegu na trasie. Podobnie jak z dobrym snem – budzisz się twarzą w stronę okna i nagle wszystko zapominasz #takmówią).

Punktualnie o 9 wystartowaliśmy. Pierwsze 21 km biegłem bardzo zachowawczo, bałem się odcięcia na drugiej połowie tak jak w zeszłym roku. Na większych podbiegach podchodziłem szybkim marszem, na płaskim terenie – w 2 strefie tętna, natomiast na zbiegach awaryjnie. Bez większego ciśnienia, czasem nawet hamowałem nogi, by mocno nie lecieć. Do Bacówki na Obidzy, gdzie znajdował się 2 punkt żywieniowy (dokładnie połowa trasy) biegło mi się bardzo komfortowo. Na punktach zatrzymywałem się tylko po to, by uzupełnić wodę do butelek. Zdecydowanie dużo w siebie wlewałem :). Jeśli chodzi o żywienie: tradycyjnie co godzinę żel – zupełnie wystarczyło.

Druga część była znacznie ciekawsza. Nie było długich podbiegów jak w części pierwszej tylko krótkie, mocne podejścia oraz bardziej strome zbiegi z kamieniami.

FB_IMG_1461693569832

Postanowiłem „dorzucić do pieca” – przyśpieszyłem. Na zbiegach leciałem jak dzik w żołędzie – puszczałem nogi jak się tylko da. Czuję się dobrze w tym elemencie i wiem, że jestem w stanie urwać tam trochę czasu. Na zbiegu do schroniska pod Durbaszką złapał mnie skurcz (prawy dwugłowy uda). I Niestety mu się udało – potrzebny był chwilowy postój, który poświęciłem na rozciąganie „dwójki” i zbiegnięcie (ciągnąłem bardziej tę nogę za sobą) do schroniska. Na postoju zobaczyłem jednego z dobrych biegaczy i naszła mnie myśl: „Co on tu robi?! Nie powinno go tutaj być!” Po chwili pomyślałem: „Ale zaraz! Co JA tu robię?!”
Gdy w międzyczasie uzupełniałem „flaszki”, młoda wolontariuszka zasugerowała mi (drąc się na mnie niemiłosiernie), bym porzucił uzupełnianie wody i wrócił na trasę gonić zawodników. Nie zabrakło jej argumentów… Według niej byłem…..15!. Kompletnie w to nie wierzyłem. Dalej stałem i uzupełniałem wodę. Po chwili znowu krzyczy: „Biegnij! Jesteś 15!” Przeszły mnie ciarki. W jednego flaska załadowałem wodę, w drugiego colę (by nie tracić już czasu na jedzenie żelu), pół banana w rękę i „dzida” przed siebie.

Jak wcześniej wspominałem, druga część trasy była dosyć szarpana. Podejścia krótkie i mocne, zbiegi strome i kamieniste, prosto w dół. By nie przedobrzyć stale kontrolowałem profil wysokości w zegarku. Umożliwiło mi to lepsze rozłożenie sił na tej części.

Na zbiegach nadrabiałem. Udało mi się wyprzedzić jeszcze kilka osób. Na trasie dopingowali również uczestniczy z krótszego biegu. Dawało to niezłego kopa. Na przedostatnim biegu słyszałem dzwon i krzyk dopingujących osób. Wspaniałym uczuciem było zobaczyć znajomą twarz przy trasie, przybić „piątkę” i dostać kolejną dawkę „mocy” (dzięki Góral!). Po ostatnim podejściu zostało trochę prostej, ostatni zbieg wąwozem, a następnie 600m kostką brukową wzdłuż Grajcarka do mety. Zerknąłem na zegarek. Na stoperze czas w okolicach 3:50 (nie pamiętam dokładnie, wszystko szybko się działo). W takich momentach w głowie rodzą się wielkie nadzieje. Tym razem na złamanie 4 godzin. Nie będzie to łatwe zadanie, więc staram się zacisnąć zęby mimo bólu jaki mi towarzyszył i napierać do przodu. Przed startem miałem dylemat z wyborem obuwia. Drobny bieżnik, a może coś na błoto? Nie żałuję swojego wyboru. S-lab Wings SoftGround przydały się właśnie na ten ostatni zbieg. Na zbieg w wąwozie, gdzie było dużo błota, a prędkość w min/km schodziła poniżej 3:30. Po zbiegu odcięło mi totalnie nogi. Na ostatniej prostej zobaczyłem Dominikę S., starłem się zmniejszyć przewagę lecz bez szans. Nogi i głowa już odmówiły posłuszeństwa.

Na metę wbiegam przeszczęśliwy (mimo okropnego grymasu na twarzy :D). Udało mi się dokonać czegoś, w co sam do końca nie wierzyłem. Ukończyłem zawody w klasyfikacji generalnej 18. W MP w kat. mężczyzn zająłem 16 miejsce, natomiast w swojej kategorii wiekowej 7 z czasem 4:03.

571ca27d07405_pWszystko było idealne.
Pogoda, żywienie, nawodnienie, taktyka…
dosłownie wszystko.
To był tak zwany „dzień konia” :)

Ps. Kończąc ten tekst otrzymałem wspaniałą wiadomość! Pojawię się w czerwcu na starcie „Marduły” :). Nie mogę się doczekać! Trzymajcie kciuki.

Michał