Charty vs Lemingi – majówka. Długi majowy weekend to dla biegaczy okazja do wytężonego treningu lub … intensywnego wypoczynku. Różni ludzie, wspólna pasja i stereotypy.

Poznajcie Marka, którego Czarek nazwałby „chartem” i Czarka, którego Marek nazwałby „biegowym lemingiem”. Przed nami końcówka długiego weekendu, przeczytaj tekst, zrelaksuj się przed powrotem do codziennych obowiązków i nabierz dystansu do stereotypów świata biegowego.

Każdy z nas jest inny, ale nikt nie jest gorszy.

Marek:

Nareszcie długi weekend! Wziąłem sobie dzień urlopu i wreszcie będę mógł trochę pobiegać.

Żona chciała mnie wyciągnąć w góry, nagabywała na romantyczny długi weekend na agroturystyce, ale przecież nie mogę się nigdzie ruszyć, bo trzeciego mam kontrolny półmaraton. Ósmy w tym roku. Gdzie ja będę tam trenował? Na wykopkach? – Nie kochanie, nie możemy wrócić drugiego wieczorem, bo drugiego muszę zjeść makaron wedle własnego przepisu. Znów foch, znów pretensje, że życiówka to jedyny rzeczownik w rodzaju żeńskim, na jakim mi zależy. Gdyby tylko ta niewiasta potrafiła zrozumieć, że jestem w gazie i teraz nie mogę odpuścić. Po kontuzji łydki nie ma już śladu. Forma pęcznieje z tygodnia na tydzień jak kolejka przed toi-toi’ami na 10 min. przed startem.

Poza tym nie cierpię majówek. Pogańskie zwyczaje. Imprezy, wyjazdy, zarwane noce. I wszędzie te przeklęte grile – na działkach, na balkonach, przy garażach. Gardło mnie drapie na treningu, bo ci samozwańczy naśladowcy Master Chefa popisują się swoim karkówkami a’la moi fundując porządnym biegaczom niską emisję. Czy Ci ludzie nie pilnują diety? Czy oni są w stanie wybiegać te wszystkie kiełbasiane kalorie?! W zeszłym roku trzeciego maja (podobnie z resztą jak drugiego i pierwszego) biegałem na bieżni. Na 11. okrążeniu zaczęła się schodzić jakaś młodzież: ognisko, gitara, te sprawy. Na 32. przeczytali już wszystkie Pany Tadeusze, które ze sobą zabrali. Wydzierając się wniebogłosy odprawili notowanie Polskiego Topu Wszechczasów. Na podium zameldowały się: „Gdy widzę słodyce to kwice”, „Hej Sokoły!” i „Ona tańczy dla mnie”, czyli bez niespodzianek. Nie umiałem tego znieść i musiałem zejść po 52. okrążeniu z 60 zaplanowanych. Trening niezrealizowany, więc jakby go nie było.

Podobno chcą zakazać kolejnych biegów w Warszawie. Może to i dobrze. Namnożyło się tych dziwnych imprez. Weganie, hipsterzy, mańkuci, narodowcy, coachowie, rolnicy małorolni, prekariusze, emeryci i renciści, alimenciarze, frankowicze, feministki  – wszyscy chcą mieć swoje zawody. Każdy chce dziś biegać, a nawet jeśli nie biegać, to przynajmniej mówić, że biega. Kiedyś był jeden Maraton Warszawski i wystarczało. Nie było żadnych gadżetów, transmisji, kolorowych strojów, kibiców na trasie, aplikacji i medali dla każdego. Biegało się dla biegania, a nie dla lansowania. Jedno się nie zmieniło: nadal nie dają nic ciekawego w pakietach startowych!

Czarek:

Nareszcie długi weekend! Wziąłem sobie dzień urlopu i wreszcie będę mógł trochę odpocząć.

Przyszła wiosna, a wraz z nią moja forma biegowa kwitnie niczym korupcja w FIFA. W zeszłym tygodniu biegałem, tzn. trenowałem całe 2 razy. Czuję, że się uzależniam jak gimnazjalista od Counter Strike. Żona mówi, bym przyhamował trochę i przerwał ten ślepy ciąg. Ale jak tu zwolnić, skoro moi followersi na blogu domagają się kolejnych wpisów? O ja biedny, sam sobie ten bicz ukręciłem! Zostanę męczennikiem biegowym. O rany! Ale to jest motyw na bloga! I ten podtytuł: „Tu spoczywa Czarek, który przedawkował bieganie”. Przecież to się nada nawet do TVN Active! Lajki będą słały się gęsto jak ludzie na plaży w Jelitkowie w sezonie.

Ale to dopiero po majówce. Dziś wrzucę sobie na luz i na ruszt. It’s grill time baby! Byłem dziś w kilku dyskontach, ale wszędzie brykiet był już wykupiony. Rodacy są w formie. Do boju Polsko! Drugiego wybieram się ze znajomymi na działkę. Zabieram z sobą karkówkę, cebulkę z boczkiem, sos czosnkowy, kilka puszek króla puszczy i amnezję na wszystkie wskazówki dietetyczne, o których ostatnio czytałem. Wrzucę mema: „Dziś trening triathlonowy: Leżing – smażing – browaring ;)”. Nie dość, że wysportowanym, to jeszcze zabawnym. Pośpiewamy coś, powspominamy młode lata, dziabniemy kilka selfie. Pójdę na sportowo, bo jeszcze minie uwierzą, że jestem uzależniony od biegania. Jeśli będę występował cały wieczór w singlecie, to z pewnością wszystkie okoliczne komary dołączą do grona moich fanów. Trudno. To będzie tylko kolejny cios w moje męczeńskie lico.

Słyszałem ostatnio, że jakiś polityk kręci nosem na to, że jest za dużo biegów w Warszawie. Podobno chcą je ograniczyć. Też mi pomysł! Rozumiem, że można być niezadowolonym z małych, powiatowych zawodów o puchar zastępcy księgowej regionalnej izby hodowców trzody, ale w Warszawie?! Przecież stamtąd są najlepsze fotki! Tylko tam można zrobić sobie selfie z M. Sthurem (241 lajków i 4 sherowania – dziękuję kochani). Tylko tam można się licytować na Expo tak bardzo, że nawet poznaniacy patrzą na ciebie z uznaniem. Tylko tam do biura zawodów można dostać się drugą linią metra. Tylko tam na trasie można spotkać ludzi z takim aplikacjami, przy których gadżety Jamesa Bonda równie nieaktualne jak tajemnica powierzona kobiecie. Królestwo za Warszawę!

 baner trail