Dokładnie trzy lata temu, nieżyjąca już gwiazda kobiecego maratonu, Norweżka Grete Waitz (m.in. 9-krotna zwyciężczyni maratonu nowojorskiego) życzyła mi jako pierwsza złamania bariery 3:30 w maratonie w Nowym Jorku. Nie udało się. Potem jeszcze wiele osób, w tym również z grona moich biegowych przyjaciół życzyło mi tego samego. Niestety, wciąż się nie udawało, a guru polskich maratończyków, czyli Jerzy Skarżyński to już chyba w ogóle we mnie zwątpił, bo życzył mi już tyle razy złamania tego przeklętego 3:30, że lepiej nie mówić…

Całkiem ostatnio, do tego szacownego grona dołączyli jeszcze – zwycięzca tegorocznego triatlonu w Wińcu Marcin Konieczny oraz sam Henryk Szost, czyli aktualny rekordzista Polski w maratonie i najszybszy biały maratończyk na igrzyskach w Londynie 2012. Liczyłem w duchu, że może tym razem – z ich życzliwą pomocą – się uda.

Przyznam szczerze, że okrutnie się bałem tego maratonu, mimo, że tyle ich już przebiegłem ! Po pierwsze dlatego, że dobrze pamiętałem z wiosennego maratonu w Krakowie, co to znaczy biec bez przerwy przez 42 km, nawet nie zwalniając na punktach odżywiania. Piekący ból w płucach, tętno powyżej maksymalnego i drewniane nogi na ostatnich kilometrach. Do tego jeszcze, bolące stopy, ponadrywane paznokcie u nóg, skurcze w łydkach i dwugłowych. Tak wyglądałem na mecie maratonu w Krakowie, gdzie zabrakło mi tylko dwóch minut do osiągnięcia celu. Po drugie, bałem się również dlatego, że nie wszystko z moim aparatem ruchowym było ostatnio w porządku. Dokuczało naciągnięte od wielu tygodni, „zatejpowane” ścięgno Achillesa w prawej nodze, tajemniczy ból w lewym biodrze, który pojawiał się i znikał, a do tego przeciążeniowe bóle guzów kulszowych (jak mi wyjaśniono na masażu). O drobniejszych urazach nawet nie warto wspominać. Ciągle też, różni „życzliwi” ludzie przypominali mi, że czas nie stoi w miejscu i jestem coraz starszy, więc nie powinienem biegać po 100-130 km tygodniowo, bo w moim wieku to już naprawdę niezdrowo. Ale się uparłem i postanowiłem, że albo teraz, albo nigdy ! Albo tym razem złamię to cholerne 3:30, albo… mnie zniosą z trasy i pierwszy raz w życiu nie ukończę maratonu.
Już z pierwszych „przecieków” wynikało, że tegoroczny maraton warszawski może być naprawdę wyjątkowy, ale to, co zobaczyłem w sobotę, gdy odbierałem pakiet startowy przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Stadion Narodowy – wspaniały, organizacja imprezy – poziom światowy ! I naprawdę wiem, co mówię, bo zaledwie kilka maratonów na świecie, w których brałem udział reprezentowało podobnie wysoki poziom (Nowy Jork – poza konkurencją oraz Berlin, Wiedeń i może jeszcze Paryż…). Reszta nie miałaby absolutnie szans w rywalizacji z tegoroczną Warszawą ! I mogę dać głowę, że jak cudzoziemscy biegacze przekażą innym swoje wrażenia, to za rok w Warszawie będzie prawdziwy najazd ponad 10 tysięcy biegaczy. Ale wracając do biegu, to…
W niedzielę rano, pogoda dostroiła się do poziomu organizacyjnego imprezy i była naprawdę super – słonecznie i chłodno (ok. 10-12 stopni). Stojąc na moście Poniatowskiego pomyślałem sobie, to jest TEN dzień ! Tym razem musi się udać, jeżeli… No właśnie, to „jeżeli” ! Już tyle tych maratonów przebiegłem, że doskonale wiem, jak „obszerne” może być to jeżeli… Jeżeli nie złapie mnie kontuzja, jeżeli nie popełnię jakiegoś głupiego błędu na trasie, jeżeli nie zmieni się pogoda, itd. Pokora, pokora i jeszcze raz pokora dla tego dystansu – powtarzałem sobie w myślach po raz n-ty ! To nie żadna „dyszka”, tylko pełne 42 km i 195 metrów i wszystko się może zdarzyć… Założeń żadnych nie robiłem, z wyjątkiem tego jednego, złamać 3:30, ale w sposób dojrzały, czyli rozsądnie. Dlatego pierwsze kilometry pobiegłem stosunkowo wolno, żeby zachować jak najwięcej energii na później. Po piątym musiałem trochę przyśpieszyć, żeby podążać w założonym czasie. Biegło mi się świetnie, nic nie dolegało, a prawdziwe tłumy kibiców na trasie dodawały adrenaliny. Dzięki temu pierwsza „dycha” zleciała błyskawicznie w czasie 47:44, czyli dwie minuty szybciej niż powinienem tam się znaleźć ! Gdy minąłem ogromny tłum kibiców zebranych pod mostem Poniatowskiego (10-11 km) trochę mnie otrzeźwiło, bo sobie przypomniałem moje „jeżeli…” Pomny wcześniejszych doświadczeń, odpuściłem sobie grupę biegaczy z którą biegłem i zwolniłem. Tak przynajmniej mi się wydawało, bo co chwila ktoś szybszy mnie mijał… Ok, są lepsi ode mnie, mogą biec szybciej – tłumaczyłem sobie. Na „połówce” się okazało, że to wcale nie ja zwolniłem, ale inni biegli dużo szybciej ode mnie ! Zegar pokazał niecałe 1:41 godz. (czyli już 4 minuty szybciej niż tempo na 3:30 !). Naprawdę zacząłem się obawiać, że skończy się jak zwykle, ale coś mnie kusiło, żeby jednak nie zwalniać, bo nic mi specjalnie nie dolegało z wyjątkiem prawego Achillesa, który odezwał się jak zwykle po 15-tym kilometrze. Postanowiłem tak ciągnąć do 30-go kilometra, który już tradycyjnie jest sprawdzianem mojej dyspozycji w danym maratonie. Niestety, koniec trzeciej „dychy” przypadał już na Ursynowie, gdzie zaczęło mocno wiać z przodu. Ponieważ jestem biegaczem dość lichej postury, więc miotało mną solidnie. Ale widziałem, że innym też nie było łatwo utrzymywać dotychczasowe tempo. Aha, czyli znowu zaczyna się moje „jeżeli…” ! Do mety było jeszcze daleko (12 km), a tu 30-kilometrowa rozgrzewka właśnie dobiegła końca i zaczął się prawdziwy maraton… Biegnąc wg podręcznikowego tempa miałem być na 30-tce w czasie nieco ponad 2:29 godz. Okazało się, że byłem tam cztery minuty wcześniej… Powinienem wtedy oprzytomnieć i zwolnić ! Zwłaszcza, że biegłem pod mocny wiatr. Ale nic z tego ! Nie potrafiłem zwolnić, ani na szczęście także przyśpieszyć. Wpadłem w jakiś trans i sunąłem do przodu cały czas jednym tempem. Jedni mnie mijali, innych ja mijałem, ale generalnie zaczynało być naprawdę ciężko. Żeby oderwać autodestrukcyjne myśli od samego biegu, zacząłem robić sobie w głowie wizualizację jednej z moich ulubionych tras treningowych, czyli trasy biegowej triatlonu w Wińcu, mającej również 10 „ciężkich” kilometrów. Teraz, po każdym, kolejnym, pokonanym w Warszawie przypominałem sobie miejsce w którym kończy się następny kilometr mojej ulubionej trasy. I robiłem tak, aż do 40-kilometra, gdy wbiegłem na rondo de Gaulle’a (to ze sztuczną palmą…) i zobaczyłem w oddali koronę Stadionu Narodowego. Zamiast 3:19 godz., zegarek pokazywał mi niecałe 3:14 ! Wtedy po raz pierwszy poczułem, że może to się stać właśnie dzisiaj ! Choć do mety było jeszcze ponad 2 km, to w myślach przypominałem sobie, jak szybko może iść piechur, na wypadek, gdybym trafił na słynną „ścianę” i musiał przejść do marszu. Wychodziło z obliczeń, że i tak powinienem złamać 3:30. Niestety, nie byłem pewny tych gorączkowych obliczeń, bo moje tętno przekraczało już dawno poziom maksymalny, a miejsc na ciele, które mnie nie bolały, było zdecydowanie mniej od tych, które bolały. I to dosłownie z każdym krokiem, coraz bardziej ! W dodatku, zaczęły mnie łapać bolesne skurcze w nogach, a z doświadczenia już wiedziałem, czym to grozi. Ze strachem na ramieniu doczłapałem do 41 km na moście Poniatowskiego, ale na finisz nie miałem już siły. W bramie stadionu, gdy przekraczałem 42 km, złapał mnie taki skurcz, że miałem prawie sztywną lewą nogę, a ból dosłownie rozsadzał mi czaszkę. Gdy dokuśtykałem do mety, zegar pokazywał 3:26:49 ! Ale już nie miałem siły się cieszyć. Byłem tak wyczerpany, że nie mogłem normalnie oddychać. Zawiesili mi medal, a w tunelu pod trybunami po raz pierwszy w życiu po maratonie omdlałem. Na szczęście na krótko.
I to by było na tyle mojej relacji z „łamania” 3:30, o co starałem się przez trzy długie lata mojego biegowego życia i tysiące przebiegniętych kilometrów. Na razie, nie chce mi się nawet myśleć o bieganiu, więc nie wiem jak pobiegnę za półtora miesiąca następny maraton w Atenach. Chyba będzie to po raz pierwszy, bieg na zupełnym luzie, bo swoje już w tym roku zrobiłem i nie mam zamiaru łamać kolejnych barier czasowych, ani ustanawiać nowych życiówek. Po wysiłku i cenie zdrowia, jaką zapłaciłem ostatniej niedzieli, zacząłem się poważnie zastanawiać, czy to w ogóle ma sens. Bo w końcu, to nasze całe bieganie, powinno nam raczej sprawiać radość, a nie ból i totalne sponiewieranie…

fot. Nie pamiętam, aby którykolwiek z moich wcześniejszych medali kosztował mnie, aż tyle zdrowia, co ten ostatni…