Ta historia zaczęła się kilkanaście lat temu, kiedy Japończyk Hiromu Inada przeszedł na zasłużoną emeryturę w wieku 69 lat i z braku lepszego zajęcia, zaczął uprawiać sport, czego nigdy wcześniej nie robił. Jak przystało na typowego obywatela Kraju Kwitnącej Wiśni zabrał się za to bardzo solidnie i przykładnie, trenując po 40 godzin tygodniowo, a jego ulubioną dyscypliną sportu stał się triatlon, na który jak wiadomo, składają się trzy inne dyscypliny, czyli: pływanie, kolarstwo i bieganie. Rodzina Hiromu stwierdziła krótko – mąż, ojciec i dziadek na stare lata zwariował ! Ale on się tym nie przejmował, zaliczając kolejne dziesiątki kilometrów: przepłyniętych, przejechanych na rowerze i przebiegniętych. A cel jaki sobie postawił był też bardzo ambitny – ukończyć zawody Ironman na Hawajach, czyli mistrzostwa świata w triatlonie. To było jego marzenie, które postanowił zrealizować, mimo, że inni „normalni” ludzie pukali się w czoło, jak o tym wspominał. Dla niezorientowanych warto przypomnieć, że pełny dystans triatlonu Ironman to: 3,8 km pływania, 180 km jazdy na rowerze oraz maraton na deser, czyli 42,195 km biegu.

Hiromu jak powiedział tak zrobił i po dziesięciu latach treningów w wieku 79 lat pojechał wiosną na zawody Ironman Korea do Jeju, które dawały kwalifikację na wspomniane mistrzostwa świata w triatlonie w 2011 roku. Będąc najstarszym uczestnikiem zawodów w swojej kategorii wiekowej okazał się najlepszy, co dało mu przepustkę na wymarzone Hawaje. Niebo otworzyło przed nim swoje bramy ! – cieszył się Hiromu. W pierwszych dniach listopada 2011 roku leciał już samolotem do Honolulu, by kilka dni później stanąć na starcie Kona-Ironman, spełniając tym samym swoje największe marzenie. O siódmej rano, w gronie ponad 1800 pozostałych uczestników, Hiromu rozpoczął pierwszą konkurencję, czyli pływanie na dystansie 3,8 km na otwartym akwenie oceanu. Niestety, nie czuł się tego dnia najlepiej i nie mógł złapać właściwego rytmu swojego pływania. W efekcie, gdy dopłynął do boi wyznaczającej połowę dystansu obsługa techniczna kazała mu wyjść z wody i wsiąść do łódki ponieważ płynął zbyt wolno i nie zmieściłby się w limicie czasu. Dla Hiromu oznaczało to jedno – marzenie ukończenia zawodów Kona-Ironman „odpłynęło” w siną dal Oceanu Spokojnego.

Nasz bohater wrócił do Japonii, ale nie rezygnował, bo marzenia są przecież po to by je spełniać ! Postanowił walczyć dalej i jeszcze tego samego, 2011 roku pojechał do Tajlandii, na wyspę Phuket by wziąć udział w kolejnych zawodach Ironman’a, które również dawały kwalifikację na mistrzostwa świata na Hawajach, ale już kolejnej edycji, czyli w 2012 roku. Hiromu w Tajlandii wystartował i po zawodach mógł zakrzyknąć jak rzymski cesarz: veni, vidi, vici! W swojej kategorii wiekowej znowu okazał się najlepszy, zyskując po raz drugi prawo startu w legendarnych zawodach Kona-Ironman, które dla triatlonistów na całym świecie są tym samym, czym dla biegaczy jest maraton w Nowym Jorku. Do startu było jeszcze wiele miesięcy, które Hiromu przeznaczył na intensywny trening, ze szczególnym uwzględnieniem pływania, które zawiodło go przy pierwszym podejściu. Teraz trenował już ponad 40 godzin tygodniowo… Pojawił się też dodatkowy problem polegający na tym, że Hiromu Inada przeszedł w tzw. międzyczasie do kolejnej kategorii wiekowej „plus 80”, w której od lat niepodzielnie rządził w Kona-Ironman ponad 85-letni Amerykanin Lew Hollander, startujący w zawodach na Hawajach od ponad 20 lat. Hiromu się jednak nie zrażał, bo najważniejsze dla niego było samo ukończenie Kona-Ironman.

I oto 13 października 2012 roku, 80-letni Hiromu Inada z Japonii, a także starszy od niego wspomniany wyżej faworyt Lew Hollander oraz ponad 2000 pozostałych uczestników Kona-Ironman 2012 rozpoczęło heroiczne (dla amatorów) zmagania, których bezwzględny limit czasu wynosi: 17 godzin 00 minut i 00 sekund. Kto się zmieści w tym limicie otrzymuje certyfikat oraz tytuł Ironman’a. Kto się spóźni choć o sekundę tytułu już nie ma… W 2011 roku, jednej z uczestniczek zabrakło zaledwie 4 sekund !

Wchodząc po raz drugi do ciepłej wody (26 stopni !) w zatoce Kona, Hiromu doskonale o tym pamiętał, mając nadzieję, iż tym razem popłynie na tyle szybko, że go z oceanu „nie wyciągną”. Nie wyciągnęli ! Pływanie (3,8 km) ukończył w czasie 1 godziny 49 minut, po czym wsiadł na rower i przejechał 180 km w czasie 7 godzin 42 minut. Gdy kończył, temperatura powietrza w Kona sięgała 31 stopni, a przed nim było jeszcze największe wyzwanie, czyli pełny maraton. Hiromu dał jednak radę i ukończył bieg w czasie 5 godzin 41 minut. Gdy przekraczał linię mety Kona-Ironman, zegar pokazywał 15 godzin 38 minut 25 sekund, a więc prawie 1,5 godziny przed oficjalnym zamknięciem linii mety ! Tym sposobem, Hiromu Inada zmieścił się nie tylko limicie czasu, zdobywając swój wymarzony tytuł i certyfikat Ironman’a – ale wygrał również w swojej kategorii wiekowej, pokonując faworyta gospodarzy i zostając mistrzem świata w triatlonie w kategorii wiekowej plus 80 ! Ale co najważniejsze, po 11 latach treningów i wyrzeczeń, w wieku uważanym przez większość ludzi za całkowicie niesportowy, bohaterski Hiromu Inada spełnił swoje największe marzenie, dając przy okazji przykład innym – wątpiącym na całym świecie, że nie ma rzeczy niemożliwych, a marzenia są to by je spełniać…

Wszystkim wątpiącym w celowość tego naszego biegania – w tym także czasem, sobie samemu… – przypowieść tę dedykuję. Naprawdę nigdy nie jest za późno, by zacząć się ruszać ! Ot tak po prostu, zwyczajnie. Dla siebie.

– na podstawie materiału aut. Emmy Bishop – Ironman.com
– zdjęcie: FinisherPix.com