Do Jawora jechałem na drugi bieg z cyklu pięciu biegów o puchar Komendanta Głównego Państwowej Straży Pożarnej. Pierwszym biegiem było 10 km w Gdyni – Bieg Europejski, który odbył się 12 maja, świetnie zorganizowany, bardzo polecam i myślę, że na drugi rok pomimo dużej odległości pojadę tam z całą rodziną, – bo warto, świetna trasa, bardzo dużo atrakcji, zorganizowane biegi dla dzieci, bardzo duża frekwencja, no i sygnałem startu był wystrzał z ORP Błyskawica(!), co także zrobiło na mnie duże wrażenie. Ale nie o tym biegu ta historia.

I tak 27 maja wybrałem się, na półmaraton do Jawora i właśnie tyle wiedziałem o tym biegu i o tej miejscowości, która leży niedaleko Legnicy. Do Jawora wybrałem się sam, żona moja Ania z powodu dyskopatii nie może biegać, więc została z całą naszą 10–tką dzieci w domu. W pociągu do Wrocławia bardzo dużo myślałem o mojej Ani, która już od 3 maja, zaraz po ukończonym, Silesia maratonie nie może biega. Ból uniemożliwia jej chodzenie, więc o bieganiu nie ma mowy, i tak w duchu powiedziałem sobie, że ten bieg zadedykuję mojej ukochanej żonie, aby się nie poddawała, bo na pewno wróci do biegania, więc moja motywacja była jeszcze większa.

Do samego biegu byłem całkiem nieźle przygotowany a na pewno pod kątem wybiegania gotów byłem na 100%. Od 15 kwietnia ukończyłem kilka niezłych biegów. 15 kwietnia półmaraton w Dąbrowie Górniczej, który razem z Anią ukończyliśmy z wynikiem  1.55:40, potem był Silesia Maraton w Katowicach, który opisałem w opowiadaniu pod tytułem „3 minuty”, no i jeszcze wspomniana wcześniej dziesiątka w Gdyni, więc o dyspozycję fizyczną się nie martwiłem.

Teoretycznie bieg ten rozpracowałem sobie w podobny sposób jak półmaraton w Dąbrowie Górniczej, gdzie każde 7 km biegliśmy szybciej tylko z tą różnicą, że tu bieg podzieliłem na 5. km odcinki no i tempo początkowe było trochę wyższe, aby na mecie zameldować się między 1:45 a 1:40, a po cichu liczyłem, że uda się zejść poniżej 1:40.

Wydawało mi się, że mam wszystko dopracowane i z takim przekonaniem wysiadłem z pociągu we Wrocławiu gdzie udałem się na autobus do Jawora. Jawor okazał się małym miasteczkiem osadzonym na niewielkim wzgórzu z bardzo ładnym rynkiem. Biuro zawodów mieściło się na obrzeżach tego miasteczka w ośrodku rekreacyjnym z jeziorem, kilkoma boiskami, dużym placem zabaw dla dzieci. Miejsce to było również metą biegu, natomiast linia startu była umieszczona na rynku w samym centrum miasteczka.

Po odebraniu numeru startowego i przebraniu, udałem się truchtem na linię startu. Po rozgrzewce tuż przed startem doszły do mnie informacje, że gdzieś około 5 km jest jakiś podbieg, pomyślałem: nic wielkiego, podbiegi są i będą, ale na wszelki wypadek pierwsze 5 km rozpocząłem troszeczkę wolniej niż zakładałem. Start i 1,5 okrążenia rynku lekko w dół, a potem trochę prostej i lekko pod górę. Zakładane tempo udało mi się utrzymać do 5. km, choć droga wiodła pod górę, tu miałem przyspieszyć, ale podbieg ten trochę mnie zatrzymał, więc postanowiłem utrzymywać wcześniejsze tempo i przyspieszyć jak zacznie się zbieganie albo równy teren. Pod górę było jeszcze jakieś 600m. Później trasa, zgodnie z moimi oczekiwaniami, zaczęła lekko opadać, a ja zacząłem przyspieszać, niestety w dół było tylko około 400m. Potem znowu zaczynał się podbieg, i tu przyszło mi do głowy, że jak będzie więcej takich podbiegów to mój misterny plan weźmie po prosu w łeb. Prawda okazała się jeszcze gorsza. Od tego miejsca rozpoczął się bardzo intensywny podbieg. Z każdym metrem coraz ostrzej było pod górę, zmusiło mnie to do zwolnienia i skrócenia kroku, nie dawałem rady.

Około 7km dopadła mnie złość, cały mój plan, był do wyrzucenia. Nie mogłem sobie podarować, że nie sprawdziłem profilu trasy, a podbieg nie miał końca i w tym momencie, gdy moje zmęczenie mieszało się z jeszcze większą frustracją przypomniałem sobie, że bieg ten dedykowałem mojej ukochanej żonie, którą wyobraziłem sobie jak trzyma za mnie kciuki, a pewnie dużo by dała, aby móc tu biec i pokonywać to wzniesienie. W tym momencie przewartościowałem swoje plany, co do tego biegu, jeszcze bardziej skróciłem krok, poprawiając rytm biegu, co pozwoliło na utrzymanie tempa i stopniowe pokonywanie wzniesienia, zacząłem mijać innych zawodników, dużo ludzi nie dawało sobie rady – stawali, maszerowali. Podbieg był bardzo stromy i nie widać było jego końca. Szczyt był na około 11km i od tego momentu trasa zaczęła gwałtownie opadać, więc wyciągnąłem swoje nogi i stopniowo przyspieszałem, aby nadrabiać utracony czas, ostro w dół było gdzieś około 5 km potem trasa zaczęła się lekko wyrównywać, cieszyłem się, że na dole miałem jeszcze tyle sił, aby utrzymywać niezłe tempo.

Do mety udało mi się dobiec, w 1.40:55, więc z wyniku byłem bardzo zadowolony, a wynik ten zawdzięczam swojej żonie i wiem na pewno, że „Ania była pod Jaworem” i biegła obok mnie pomagając mi pokonać to wzniesienie. Więc wynik ten i cały bieg, jak postanowiłem jeszcze w pociągu, dedykuję mojej żonie Ani, aby jak najszybciej wróciła do zdrowia i biegania, bo to dzięki niej moje bieganie ma sens, a chwile spędzone razem z nią są najwspanialszymi chwilami mojego życia.

Mariusz Niemas