Jest 3 maja, wstałem wcześniej, bo to właśnie dzisiaj mamy wystartować w maratonie. My – to znaczy ja i moja żona Ania. Założenie było jasne przebiec cały dystans poniżej 4 godzin i 30 minut. Ranek był ciepły i już wiedzieliśmy z Anią, że dzisiejszy bieg będzie się różnił od zeszłorocznego przede wszystkim pogodą. W tamtym roku był to nasz pierwszy maraton, przygotowaliśmy się do niego bardzo solidnie z założeniem, aby go ukończyć w pięć godzin, już na starcie czekały na nas niespodzianki typu niska temperatura i deszcz, a z biegiem czasu było coraz gorzej, temperatura spadła gdzieś w okolicę zera, a do tego deszcz i silny wiatr powodował, że musieliśmy walczyć, aby się nie poddać i dobiec do końca, co nam się udało i to jak dla nas w bardzo dobrym czasie, bo zameldowaliśmy się na miecie po 4 godzinach i 46 minutach i choć byliśmy przemoczeni do suchej nitki i bardzo zmarznięci to zarazem, przepełniała nas radość i satysfakcja. Więc dzisiejszy ranek zwiastował całkiem inny bieg, nie tylko ze względu na pogodę, ale i nasze założenia.

Wstaliśmy, koło 5: 30 bo w tym roku jechaliśmy na ten maraton całą rodziną, a jest nas razem 12 osób, dziesięcioro dzieci i my a do tego przyjechał do nas kuzyn Ani z Warszawy z żoną i dwójką dzieci, więc było co pakować. Jak już pisałem wstaliśmy wcześnie rano przygotowaliśmy śniadanie dla wszystkich i o godzinie 6:00 zrobiliśmy pobudkę, chcieliśmy wyjechać o godzinie, 7: 00 co nam się nie udało i wyjechaliśmy, o 7:20. To i tak niezły wynik. Do Parku Śląskiego w Chorzowie dotarliśmy na 8:10, więc jak najszybciej pobiegliśmy po pakiety startowe, a dzieci zostawiliśmy pod opieką kuzynów. Czasu było niewiele, po odebraniu pakietów startowych pobiegliśmy do autobusu, który zawiózł nas pod spodek, tam lekka rozgrzewka i czekaliśmy na start. Wszystko wyglądało dobrze niezła pogoda no i nastawienie. Ruszyliśmy w tempie na 4: 15, niestety po 3 km Anię dopadł ból brzucha, może nie najmocniejszy ale jednak ból, który towarzyszył jej aż do ostatnich metrów. W trakcie biegu musieliśmy zrobić dwa postoje na toaletę. Do tego ciągła walka z bólem i rosnącą temperaturą sprawiły, że ta edycja Silesia maratonu okazała się dużo cięższa od zeszłorocznej. Jak dobiegliśmy do mety okazało się, że brakło nam 3 minuty do naszego celu. W tamtym roku myślałem, że gorszych warunków na trasie maratonu nie może być, no i się myliłem. Wysokie temperatury są przeszkadzają jeszcze bardziej, a  do tego trzeba o wiele bardziej uważać na trasie, aby np. się nie odwodnić. Ale dość narzekania, bo przecież bieganie w piękny słoneczny dzień, jakim był 3 maja w tym roku sprawił, że można było bardziej się przyjrzeć całej trasie i tak cały kompleks Nikiszowiec, przez który przebiegała trasa jest czymś niezwykłym a do tego w samym jego środku przygrywał jakiś kwartet smyczkowy, wszystko to sprawiało, że przez moment mogliśmy się przenieś do innej epoki, co było wspaniałym uczuciem, które zapadnie w naszej pamięci. Dodajmy do tego jeszcze przebiegnięcie przez główne rondo Katowic, obok Spodka oraz Park Śląski w Chorzowie, a śmiało można powiedzieć, że Silesia maraton to jeden z ciekawszych maratonów w kraju. Na koniec muszę wrócić do naszego wyniku 4: 33: 46, te 3 minuty sprawiły, że cel nie został osiągnięty, ale trzeba wziąć pod uwagę warunki, jakie panowały na trasie i dolegliwości mojej żony (i tu należy się jej prawdziwe uznanie, bo przebiec ponad 42 km z bólem żołądka i w doskwierającym upale to prawdziwy hart ducha, zaciętość, wytrzymałość, a wszystkie te cechy charakteryzują najlepszych sportowców). Pomimo tych 3 minut na mecie czuliśmy się zwycięzcami, pokonaliśmy swoje słabości, a wynik i tak jest naszym najlepszym rezultatem na tym dystansie. Na mecie czekały na nas nasze dzieci, które nas dopingowały i były świadkami jak dużo trzeba wysiłku i samozaparcia by dopiąć celu, a to są ważne lekcje. Przecież ukończenie maratonu można w bezpośredni sposób przełożyć na życie, bo tak jak podczas biegu, tak i w życiu trzeba umieć pokonywać swoje słabości, aby osiągnąć zamierzony cel, czy sukces, i ten maraton właśnie stanowił taką wspaniałą lekcję wychowawczą dla nas jak i naszych dzieci. A te 3 minuty mam nadzieję, że zostaną pokonane przy następnej okazji a będzie nią Maraton Warszawski.

 

Mariusz Niemas