Trzy tygodnie temu dowiedziałem się, że w sprawach zawodowych muszę być w Krakowie 21 kwietnia. Coś mnie tknęło i zaraz spojrzałem w biegowy kalendarz. Okazało się, że pamiętałem dobrze – dzień później miał się odbywać maraton w Krakowie. Decyzję podjąłem w jednej chwili. Startuję ! Mimo, że nigdy w Krakowie nie biegałem, ani tego maratonu nie miałem tym bardziej w planie. Zwłaszcza, że od mojej rzymskiej wpadki upłynął ledwie miesiąc w czasie którego nic specjalnego – w sensie biegowym – nie robiłem. Coś tam sobie biegałem, tak dla podtrzymania formy i jeden raz zrobiłem dłuższe wybieganie na 30 km.

Ponieważ wyjazd do Krakowa nie był wcześniej planowany, więc i założeń pod ten maraton żadnych nie miałem. Po raz pierwszy, miałem wystartować na luzie, na zasadzie – co ma być, to będzie… I tak oto, nikomu nic nie mówiąc o swoich biegowych planach, wylądowałem w Krakowie.

W sobotę, prawie cały dzień padało i było chłodno, więc sądziłem, że w niedzielę będzie podobnie. Odebrałem pakiet startowy i postanowiłem jednak przyjąć jedno, przedstartowe założenie, a mianowicie takie, że pobiegnę tak, jakby maraton miał tylko 30 km, a dalej to się już zobaczy na trasie… Prawdę mówiąc, z profesjonalizmem w bieganiu maratonów takie podejście nie miało nic wspólnego. Zaraz jednak przypomniałem sobie moją rzymską klęskę, gdzie wszystko planowałem, rozważałem w najdrobniejszych szczegółach, a wyszło jak wyszło… Teraz, zdecydowałem, że będzie inaczej, więc się niczym nie przejmowałem, a wieczorem zjadłem nawet dużą pizzę i wypiłem jeszcze większe piwo.
Rano w niedzielę, niespodzianka – zamiast ołowianych chmur nad Krakowem pojawiło się błękitne niebo i piękne słońce. Godzinę przed startem byłem już na miejscu. Ku mojemu zdziwieniu, wcale nie odczuwałem zwykłej, przedstartowej gorączki i nawet spokojnie usiadłem sobie pod płotem obserwując tłum podekscytowanych biegaczy. Starałem sobie za to przypomnieć, który to już raz staję na maratońskim starcie. Wyszło mi, że już chyba około dwudziesty, ale pewien nie byłem. Za to, dość szybko ustaliłem swoją taktykę na ten dzień. Była nadzwyczaj prosta – pierwsze 30 km w 2:30, a dalej się zobaczy… Pogoda była bardzo przyjemna, organizatorzy też mocno się starali, żeby uczestnicy maratonu byli zadowoleni, więc i czas do startu płynął szybko w miłej atmosferze.

O 9:30 ruszyliśmy. Pierwsze kilometry były również bardzo przyjemne, w ocienionych uliczkach zabytków Starego Miasta i przez Główny Rynek obok Sukiennic (i to dwa razy !). Po prostu bajka ! Nic dziwnego, że cudzoziemców biorących udział w krakowskim maratonie przybywa, chyba najszybciej w Polsce – w tym roku już z ponad 30 krajów. Biegło mi się super, do momentu gdy zobaczyłem swój międzyczas na 10 km – 47:50, aż o ponad 2,5 minuty szybciej niż powinienem się tam pojawić ! Pomny, wielu przykrych doświadczeń z wcześniejszych maratonów zacząłem zwalniać. W okolicach Wawelu zauważyłem, że było już dużo cieplej niż rano, ale mknąłem chyżo dalej. Mimo zwalniania miałem problemy z utrzymaniem właściwego dla mnie – wolniejszego – tempa i na 15 km moja ”nadróbka” czasowa wynosiła już 3 minuty. Nawet nie zauważyłem, gdy w prawie nienaruszonym stanie, pokonałem „połówkę” w niecałą 1 godzinę i 43 minuty ! Tymczasem z opaski, którą miałem na ręku wynikało, że zrobiłem to znowu o 3 minuty za szybko. Ciekawe, na którym kilometrze zostanę za to ukarany, pomyślałem…W tzw. międzyczasie wybiegliśmy na szosę prowadzącą do Nowej Huty i tam dopiero maraton zaczął się na dobre – żadnych drzew, ani budynków, wielokilometrowy asfalt z przodu i prażące słońce. Teraz już naprawdę zacząłem zwalniać, czekając kiedy mnie „zetnie”… W okolicy, 24 kilometra minąłem jeszcze jakiegoś Japończyka w koszulce z napisem „Drunken Samurai” (pijany samuraj), który wcześniej zaraz po 10 kilometrze dość szybko mi uciekł.

A tak przy okazji, to bardzo lubię czytać różne fajne napisy na strojach w których ludzie biegają te swoje maratony. Z tego ostatniego w Rzymie, nie zapomnę ślicznej blond dziewczyny (chyba z Norwegii), która na szortach na pupie miała wypisane: „don’t even think about it !” (nawet o tym nie myśl…). Wracając do Krakowa, to niestety, dwa kilometry dalej to mnie z kolei dogonił pacemaker z balonikiem na 3:30, co oznaczało, że z mojej „nadróbki” czasowej już nic nie zostało. Ale jakoś mnie to specjalnie nie zmartwiło i postanowiłem biec dalej swoje, obserwując oddalający się balonik. W końcu, mój dzisiejszy maraton ma tylko 30 km, a dalej się zobaczy – przypomniałem sobie. Bez przerywania biegu dokończyłem batona, oblałem głowę i ręce wodą pochwyconą z punktu odżywiania i podążałem dalej. Postanowiłem nie patrzeć na zegarek, aż do 30 km… Kiedy w końcu trzecia „dycha” pękła, myślałem, że mi ta woda jeszcze z oczu nie spłynęła, bo jak wreszcie spojrzałem na zegarek to nie wierzyłem temu, co widzę – 2 godz. 28 minut ! A ja wciąż mogłem biec swoim tempem, mimo naprawdę dużego już gorąca. Jakoś mnie to podniosło na duchu i zacząłem coraz częściej mijać biegaczy, którzy na wcześniejszych kilometrach pozwalali mi oglądać co najwyżej swoje plecy. Teraz oni przechodzili do marszu…

Starałem się wciąż kontrolować własne tempo, bo upał był coraz większy, a mnie już został tylko jeden żel Vitargo i puste bidoniki w pasie biegowym. Dalej byłem więc już zdany wyłącznie na organizatorów, którzy nie wiedzieć czemu na drugiej „połówce” maratonu postanowili utrudnić biegaczom zadanie, podając międzyczasy na tak nietypowych punktach trasy, jak: 27, 32 lub 37 km. Zamiast jak wszędzie indziej, po 25, 30 i 35 kilometrze. W efekcie, co sam widziałem, wielu maratończyków miało problemy, żeby się połapać w jakim tempie biegną. Mnie, po 30 km to już specjalnie nie przeszkadzało, gdyż z braku wcześniejszych założeń, biegłem nadal swoim tempem, choć już oczywiście wolniejszym, wskutek panującego na „nowohuckiej” szosie upału. Wreszcie, z ulgą dobiegłem do nadwiślańskiego fragmentu trasy maratonu w Krakowie. Tutaj było już na szczęście chłodniej (wiaterek od rzeki i drzewa…). Mimowolnie zacząłem przyśpieszać. Może dlatego, że nie widziałem już przed sobą mocno dołującej, asfaltowej wstęgi do Nowej Huty, lecz zielone alejki nad Wisłą. I jak tak sobie biegłem, nagle szok ! Oto, pacemaker z balonikiem na 3:30 maszerował wzdłuż alejki, którą właśnie pokonywałem ! Nie wytrzymał własnego tempa ? Coś mu się przytrafiło, a może ze mną nie jest jeszcze, aż tak źle. Po raz kolejny się przekonałem, że z tymi pacemakerami na maratonach naprawdę różnie bywa… Raz biegną za wolno, czasem zdecydowanie za szybko i kierowanie się tylko widokiem balonika – zamiast własnym zegarkiem – może zaprowadzić niejednego biegacza na manowce…

Niestety, mój międzyczas na 37 km (3:02 godz.) niewiele mi powiedział poza tym, że pozostało do końca jeszcze 5 km, a ja miałem zero wiedzy na temat ostatniego odcinka trasy krakowskiego maratonu, który wracał znad Wisły w kierunku miejsca startu. Ale wtedy, biegłem już niemal jak w transie, mijając pod drodze kolejnych biegaczy (jak się potem okazało na mecie, wyprzedziłem ich na ostatnich kilometrach około setki !). Niestety jednak, w tym maratońskim amoku nie zauważyłem, że moje własne tempo także spadało, a to, że mijam kolejnych rywali nie wynikało z tego, że ja biegłem, tak szybko, ile z tego, że oni poruszają się tak wolno… W efekcie, na 40 km maratonu już wiedziałem, że bariery 3:30 znowu nie złamię, gdyż było wykluczone, abym ostatnie 2 km pokonał w tempie Usaina Bolta. Gdy przekraczałem linię mety, zegar pokazywał 3:32:31, co było – i odtąd jest – moim nowym rekordem życiowym w maratonie, o minutę lepszym od poprzedniego. Chociaż znowu nie złamałem tej przeklętej bariery 3:30, z którą mierzę się już od ponad 2 lat, byłem zadowolony. W Rzymie poniosłem zupełną klęskę. Tym razem w Krakowie, było o wiele lepiej. Gdyby było o kilka stopni chłodniej, to kto wie… Wprawdzie znowu się nie udało, ale teraz już wiem, że stać mnie na wynik poniżej 3:30 godz. Może znowu jesienią w Poznaniu ? W każdym razie, aby złamać 3:30 w maratonie trzeba utrzymać na całym dystansie średnie tempo 4:59 min/km. W Krakowie, moje średnie tempo wyniosło 5:02 min/km, czyli jestem już bardzo, bardzo blisko. Jeszcze tylko 3 sekundy na kilometr szybciej i cel zostanie osiągnięty…