Kolejna krzepiąca historia, która pokazuje, że bieganie to naprawdę sport dla wszystkich. Autorem jest Krzysztof Wierzbicki.

 

1994.

Mam 12 lat, słońce ogrzewa mi twarz, jestem zmęczony i zły.

– Nie dam rady – wiem to na pewno – kłębi mi się w głowie.

Trwa lekcja wuefu, sprawdzian w biegu na 1000 metrów. Wyglądam źle, koszulka opięta na zbyt dużym brzuchu, na nogach obcisłe spodenki. Startuję. Z szybkością i wdziękiem mola książkowego pokonuję kolejne metry. Czerwcowe słońce jest moim wrogiem, gdyby padał deszcz nie musiałbym kręcić tych idiotycznych kółek na bieżni. Nie daję rady, po 600 metrach bardziej idę niż biegnę. Koledzy z klasy śmieją się ze mnie, tumany kurzu unoszą się nad żużlową bieżnią i drażnią mi gardło. W nosie mam kurz, na sobie mam kurz, cały jestem kurzem. Gdy myślę o tym, że to koniec i czas zejść z trasy, podbiega do mnie jeden z kumpli i motywuje do dalszej walki. Pomaga mi. Razem dobiegamy na metę. Do dziś pamiętam tę radość i szczęście, że mi się udało. I czas, chyba najsłabszy w klasie.

2012.

Mam 30 lat, słońce ogrzewa mi twarz, jest luty. Biegnę w 10 stopniowym mrozie, jestem zadowolony i spokojny. W uszach słuchawki, dziś gra Joe Strummer i śpiewa buntownicze piosenki. Mam za sobą 7 km, przed sobą jeszcze 3.

Cztery miesiące wcześniej miałem 20 kg nadwagi, siedziałem po
12 godzin dziennie przed komputerem i hodowałem swój przyszły zawał.
I zmieniłem to. Wyszedłem pobiegać i chyba nigdy nie wróciłem.

Teraz mam 10 kg mniej, biegnę przed siebie mroźnym popołudniem
i myślę o tym, że pięknie jest żyć. Pięknie jest zmieniać siebie, przełamywać
w sobie wszystko co złe. Za mną pierwszy krok, przede mną tysiące.

Śmierć lub chwała – śpiewa Joe. Każdy ma dostęp do swojego prywatnego zwycięstwa, wystarczy tylko zacząć biec. A potem się nie zatrzymywać…