Dziś pora na kawał dobrej, pełnokrwistej prozy. Poniżej prezentujemy opowieść o Franku – zagubionym biegaczu. Autorem jest Kamil Gajewski.

 

Koleżeński Klub Sportowy ,,Kończynka”  jak co roku zorganizował bieg o Puchar Sołtysa. Do biegu zaproszono najlepszych długodystansowców z okolicy, ale żaden nie mógł się równać z drużyną obrońców pucharu – reprezentacji Klubu Tajfun.

Niestety, już na starcie niespodziewany wypadek przekreślił szanse na zwycięstwo faworyta, gdyż niedoświadczony starter zamiast w powietrze wystrzelił właśnie w mistrza i trafił go w kostkę. Kontuzja ta nie pozwoliła niestety na wystartowanie faworyta a reprezentacja Tajfuna nie miała rezerwowego zawodnika, który mógłby wygrać zawody. Zespół rozważał nawet wycofanie się z imprezy, kiedy w beznadziejnej ciszy zabrzmiał jakiś głos:

– Czy ja nie mógłbym wystartować zamiast mistrza? Nieśmiało zapytał Rudy Franek, który uważany był za sprintera o słabych predyspozycjach. Graniczyło to z absurdem, ale większość zespołu zadecydowało by Franka dopuścić do biegu. Przynajmniej pozwoliło to na zapobiegnięciu plotki, że obrońcy pucharu nie mają odwagi stanąć do walki.

Szybko ustawił się na start z innymi zawodnikami a po jego minie było widać, że zrobi naprawdę wszystko by odnieść sukces. Ku zdziwieniu wszystkich Rudy po dwudziestym kilometrze znalazł się w ścisłej czołówce, a po kolejnych trzydziestu wyszedł na prowadzenie.

Trzeba przyznać z jego twarzy można było odczytać, że jeżeli trzeba, to w podobnym tempie przebiegnie jeszcze i tysiąc kilometrów. Takich oto cudów może dokonać prawdziwe umiłowanie sportu i biało-czarnych barw klubu.

Zwycięstwo Rudego było już prawie pewne, dlatego też wszyscy przenieśli się na metę by oklaskiwać niesamowity wyczyn Franka. Niestety ku zdziwieniu wszystkich zgromadzonych na mecie pojawił się pierwszy Marek z Klubu Tęcza. Pomyślałem, sobie, że na pewno jakiś nagły skurcz lub atak kolki spowodowały, że pozostał w tyle, ale biegacz nie pojawił się ani w głównej grupie zawodników, ani też na końcu.  Nic nie wiedziano o nim także w samochodzie, zabierającym z trasy biegaczy. Ostatni raz widziano go jak na półmetku ostro przyspieszył i oderwał się od głównej grupy.

Zawodnik nie pojawił się ani drugiego, ani trzeciego dnia. O sprawie została poinformowana Policja, ale szybko utknęła w martwym punkcie.

Klęskę Rudego Franka spowodowała droga, która odchodziła od trasy biegu niebudząca podejrzeń i niczym nieróżniąca się od głównej trasy.  Oślepiony spływającym mu do oczu potem i chęcią zwycięstwa zawodnik skręcił właśnie w tę drogę, a potem nie mógł już zauważyć swojej pomyłki.

Zawzięcie biegł dalej swoim równym krokiem z myślą, że jego konkurenci zostali gdzieś daleko w tyle. W momencie, gdy się ściemniło Rudy coraz częściej zaczął wypatrywać mety, ale ponieważ nigdzie jej nie widział to nie mógł się zatrzymać – oznaczałoby to przecież rezygnacje z walki.

Upragniona meta nie pojawiła się również i drugiego dnia, ale to go nie zaniepokoiło, pierwszy raz biegł na dystansie dwustu kilometrów, więc uważał, że widocznie nie jest w stanie właściwie ocenić odległość. W czasie biegu przespał się trochę z otwartymi oczami, nauczył się tego jak kiedyś był motorniczym. Ponieważ dalej nie widział punktów odżywczych, zerwał sobie kilka dojrzałych jabłek z przydrożnego drzewa.

Podczas swojego biegu napotykał różne przygody, zarówno przyjemne jak i mniej przyjemne.  Najbardziej kochał biec przez las, w którym to miał swoich kochanych zwierzęcych przyjaciół.  Czasem do niego przyłączały się piękne sarny, które nadawały mu rytm biegu a ptaki swoim śpiewem uprzyjemniały trudy wysiłku.

Po upływie miesiąca powietrze nagle się ochłodziło i zaczynał padać rzęsisty deszcz. Podczas takiej pogody najbardziej Franka denerwowali kierowcy samochodów, którzy zamiast zachować szczególną ostrożność i zdjąć nogę z gazu stwarzali bardzo groźne sytuacje.

Nie upłynął jeszcze nawet rok od chwili, kiedy starter dał znać do rozpoczęcia biegu o Puchar Sołtysa, a Rudy zaczął tracić zapał. Coraz bardziej męczyły go samotnie pokonywane kilometry. By nie zrezygnować z dalszego wysiłku zaczął nawet rozmawiać sam ze sobą.

Pewnego dnia jednak zauważył grupę biegaczy, których w końcu dogonił i zapytał się:

– co to za zawody?

– Puchar Sołtysa!

– roku 2319?

– chyba zwariowałeś! – 2321!

Nagle w oddali zauważył upragnioną linie mety, ale Franek ku swojemu zaskoczeniu nie poczuł ulgi. Pomyślał o czekającym go zmianie trybu życia. Nie chciał już startować w beznadziejnie krótkich dystansach.

Rudy po przekroczeniu mety nie zatrzymał się, lecz długim krokiem pobiegł dalej, aż w końcu jego postać przesłonił obłok unoszącego się kurzu. Nikomu jeszcze nie udało się go dogonić, przeprowadzić wywiadu, nikt nie wie czy kiedyś zatrzyma się by odpocząć, skąd przybywa i dokąd się udaje.