Dopiero co odeszły syberyjskie mrozy, a po nich nadciągnęły śnieżne nawałnice. Teraz ulewy i wszystko wokół płynie. Oj, zima naprawdę nie rozpieszcza biegaczy w naszym, pięknym kraju… Niestety, zmagania większości polskich biegaczy z zimową aurą ostatnio mało mnie dotyczyły wskutek kontuzji, której się nabawiłem ponad 2 tygodnie temu. Najprawdopodobniej za sprawą butów, które w styczniu chyba już dożyły swojej emerytury, a ja mimo to dalej w nich uparcie biegałem, zwiększając w dodatku obciążenia treningowe. W efekcie, do końca ubiegłego tygodnia o bieganiu mogłem sobie jedynie pomyśleć, co w sumie może oznaczać tylko tyle, że ponad 300 km przebiegniętych od początku roku poszło w diabły, a maraton w Rzymie (już za 30 dni !) okaże się jedną wielką porażką…

Teraz zacząłem sobie truchtać, tak do 10 km (czyli praktycznie dookoła domu…), co 2-3 dni, wczuwając się cały czas w każdy centymetr mojej prawej pięty. Na szczęście na razie nie boli, ale nie wiadomo co będzie, gdy wznowię normalne treningi z początkiem przyszłego tygodnia. Może ta poprawa jest zasługą nowych butów, w których teraz sobie truchtam? Nie wiem, ale to w jakiej jestem formie okaże się już niebawem, bo 26 lutego, na półmaratonie w Wiązownie, który ma być moim generalnym sprawdzianem przed marcowym startem w Rzymie. Gdyby nie ta przymusowa, 2-tygodniowa przerwa w treningach, może powalczyłbym o nową życiówkę w wiązowskim biegu. Teraz niestety mogę o tym jedynie pomarzyć, modląc się w duchu, żeby tylko nie bolało. Oby jeszcze tylko dopisała pogoda, bo na bieganie w siarczystym mrozie, śnieżnej zadymce lub marznącym deszczu ze śniegiem już tej zimy naprawdę nie mam ochoty. I z tego co wokół słyszę, chyba nie tylko ja…