Dziś zamieszczamy krzepiący tekst Jerzego Szołdry.

I choć jest to faza rozwoju złożonego u owadów,  ja jako reprezentant ssaków też jej doświadczam i śmiem twierdzić, że jest to niezwykle zjawiskowy i przyjemny proces.

Chciałbym kiedyś być motylem…ech.

Życie moje przez 32 lata płynęło podobnie jak statystycznego Kowalskiego czyli mężczyzny strasznie lubiącego wyrazy i czynności z literą P na początku.

P- jak piwo, papieros, przerwa, poduszka….. I tak z dnia na dzień  mój organizm powoli zmierzał do kolejnego wyrazu na P – PRZEGRANEJ. Nigdy jeszcze tak bliskiej.

Dlaczego tak długo ograniczał mnie ten „kokon”? Do teraz zadaję sobie to pytanie i niestety odpowiedź jest śmiesznie ogólna – to moje wrodzone lenistwo. Tak, lenistwo nie tylko dotyczące wysiłku fizycznego, ale lenistwo ogólnie życiowe. Żona – cóż ona ze nie miała każdego dnia? NIC. Siedmioletni syn potrzebujący ojca co miał? NIC.

Mój byt wobec nich ograniczał się tylko do wymagań spełniających jakieś tam moje oczekiwania. Wstyd mi bardzo, że musieli żyć nie tylko ze mną lecz też z moimi nałogami.

Zawieszony w próżni dnia codziennego dotarłem do punktu, w którym czułem się jak starzec z zachowaniem egoisty bez perspektyw na poprawę.

Pewnego dnia  musiałem skorzystać z komunikacji miejskiej jadąc do pracy.

Szybko wypalany papieros i wskok do tramwaju. Pogoda była straszna, lało i wiało powodując drgawki i podniesione kołnierze u przechodniów. Stojąc w rogu, tępym wzrokiem śledziłem tę całą szarość na zewnątrz – szarość taką jak ja. W pewnym momencie zauważyłem biegacza.

Biegacz jak to biegacz nie zwrócił na mnie zbytniej uwagi  w pierwszym momencie. Wysiadłem z tramwaju i wtulony w kurtkę, dość energicznym jak na mnie krokiem, obrałem kierunek przed siebie. Przystanąłem przy rogu budynku z zamiarem odpalenia papierosa. Zapalniczka niestety nie dawała rady ostrym podmuchom i moim nerwowym próbom wskrzeszenia ognia. Lekko podrażniony porażką  stałem w bezruchu jak dziecko, które nie umiało odpakować lizaka. Zastanawiając się nad rozwiązaniem patrzyłem tak samo tępo jak w tramwaju; w tym momencie przede mną pojawia się wspomniany biegacz!

Uśmiechnięty starszy  Pan w czapeczce na głowie, w bluzie i krótkich spodenkach przemknął obok mnie z niewyobrażalną dla mnie lekkością,  nie zważając na pogodę.

Przebiegając spojrzał na mnie, na człowieka o dużo młodszego od siebie z niezapalonym papierosem w ustach rzucając na mnie czar.

Do końca dnia rozmyślałem o tym zdarzeniu doszukując się jakiegoś znaku i robiąc co pięć minut rachunek sumienia. Z całych sił odpychałem swoje poczucie winy za swój styl życia i szukałem usprawiedliwienia. Siedząc wieczorem w fotelu, zacząłem przeglądać strony propagujące zdrowie i na początek wyznaczyłem sobie cel – przestać palić!

Udało mi się wytrwać w moim postanowieniu od 17 listopada 2011 roku aż do dzisiaj.

Dwa tygodnie później postanowiłem postawić swój pierwszy KROK w bieganiu!

Po pierwszym treningu (jeżeli można nazwać to treningiem) miałem totalnie dość!

Każda chwila rezygnacji jakby z automatu była zastąpiona obrazem” deszczowego”

biegacza, który dodawał mi sił. Wiedziałem, że nie mogę się poddać i zmuszałem organizm do kolejnego kroku, kroku do lepszego życia!

Dzisiaj od tamtego wydarzenia mija ok. dwóch i pół miesiąca. Nie jestem już  szarym kokonem. Teraz jestem rozwijającą się larwą. Nabrałem doświadczenia, biegam według planu, uczę się od najlepszych czytając ich książki czy porady na portalach biegowych.

Największym moim mistrzem pozostanie jednak starszy uśmiechnięty pan, który przebiegając obok mnie zmienił moje życie czyniąc ze mnie człowieka kochającego bieganie. Mimo, że nie spotkałem więcej „mojego mistrza” ciągle mam nadzieję, że kiedyś mu osobiście podziękuję.

Kim teraz jestem?

Nie mnie to oceniać, ale zrozumiałem, że miłość do sportu, do rodziny, do życia jest najpiękniejszym uczuciem jakiego doświadcza człowiek.

Kim chciałbym być?

Chciałbym być motylem takim jak człowiek, który mimo swojego wieku majestatycznie przefrunął obok mnie …..

Już za pół roku mój pierwszy półmaraton.